Już w samolocie do Barcelony z Berlina było pełno Polaków, którzy jechali na mecz, ale bez biletów. Liczyli na to, że uda im się je kupić pod stadionem. Czy się udało wszystkim? Nie wiadomo. Wiem na pewno, że ci, którym się udało musieli płacić aż 600 euro za bilet. My mieliśmy już wcześniej kupiony bilet od „socios”, czyli kibiców BCN z Barcelony. Czym to skutkowało? Wpuszczając nas na stadion sprawdzali czy nie mamy pod ubraniem koszulek Realu Madryt! Całe miasto żyło meczem Mecz oglądany był wszędzie – w klubach, przed stadionem, nawet w kinach były specjalne projekcje live.
Na meczu było prawie 98 tysięcy ludzi, wejście i wyjście ze stadionu zajęło około 15 minut, nikt nikogo nie bił, nie szarpał, nic nie demolował. Na stadionie nie było żadnych mundurowych – to jest chyba największy szok jeśli idzie o porównanie z naszą piłką. Kibice drużyn nienawidzą się, a jednak nie było żadnych awantur. Porządek robił tym bardziej wrażenie, że przecież dodatkowym czynnikiem ryzyka w takich meczach jest konflikt narodowościowy. Po jednej stronie stanął hiszpański i jednocześnie królewski Real Madryt, a po drugiej FC Barcelona, duma walczących o większą suwerenność Katalończyków. Hymn Barcelony śpiewany jest po katalońsku, na stadionie wywieszono flagę „Katalonia to nie Hiszpania”. Ale na tym się skończyło.
Mecz stał na bardzo wysokim poziomie i tak naprawdę Barcelona miała dużo szczęścia, że go wygrała. Od tego dnia nie myślę o niczym innym tylko o następnych Grand Derby w Katalonii.
Atrakcją jest też sama Barcelona, miasto magiczne. W naszej dzielnicy trafiliśmy akurat na fiestę. W kolorowych korowodach maszerowały reprezentacje poszczególnych osiedli, śpiewając i grając. Fantastyczne!
Marcin Kowalski







