Reżyseria: Jerzy Jan Połoński, kierownictwo muzyczne: Jerzy Wołosiuk
Twórcy libretta – Halévy i Crémieux – postanowili „wykorzystać” mit o Orfeuszu by obśmiać współczesne im realia (1858). Pod szlachetne przymioty z mitologii podstawili ich przeciwności. Zamiast wierność jest totalna zdrada (każdy każdego z każdym), zamiast czułości – wyuzdanie, zamiast czaru muzyki głównego bohatera – drażniące dźwięki. Znakomitą część dialogów należy wziąć w cudzysłów i absolutnie nie traktować serio. To pozwala też na lepsze zrozumienie inscenizacyjnego pomysłu Jerzego Jana Połońskiego. Pozornie tylko szalonego (sic!).
Pierwsza część to parodia infantylnych seriali dokumentalnych. Ubawiłem się po pachy i to szczerze. Na ów śmiech zapracowali soliści oraz telewizyjni technicy, wykonujący woje zadania z wielkim poświęceniem. Całość znakomicie puentowały przezabawne podpisy na belkach (osławione paski), bezlitośnie wyszydzające formułę dokuseriali.
Ewa Olszewska jako Eurydyka znakomicie czuła się w tej konwencji, dokonując niemożliwego: połączyła dwa żywioły – operetkową manierę z jeszcze bardziej przerysowanym gestem. Zrobiła to mistrzowsko, bawiąc siebie i publiczność do łez! Fry konwencja przeszkadzała za to tytułowemu Orfeuszowi, czyli Łukaszowi Ratajczakowi. To rola zdecydowanie poprawna, ale pozbawiona nuty szaleństwa i zabawy, którą tak znakomicie w swojej postaci wykorzystała jego sceniczna żona. Małgorzata Zgorzelska jako Opinia Publiczna, matka Eurydyki, przypominała późną Karolinę Korwin-Piotrowską, jedną z nieustraszonych krytyczek polskiego świata celebrytów. Miała tez znakomity kostium, będący przesadną kwintesencją „babci” stojącej na straży moralności. Zgorzelska poradziła sobie znakomicie, zarówno w scenach dramatycznych, jak wokalnych (szczególnie w drugiej części utworu).
Połoński zadbał o wyrazistość nie tylko solistów. Każdy z zespołu mógł liczyć na atencję realizatorów, czego efektem są nie tylko układy ruchowe, ale też misternie zbudowane charaktery postaci wszystkich planów. A, że zespół zaufał reżyserowi, można wyraźnie dostrzec sporo luzu i dystansu. Artyści autentycznie bawią się na scenie, co ma wielki wpływ na atmosferę realizacji.
W drugiej części spektaklu przenosimy się na Olimp i do Hadesu. Ten pierwszy Połoński przedstawia jako zdegenerowane i znudzone „zgrupowanie” celebrytów. Wśród osobliwego korowodu postaci z łatwością można było dostrzec znanych i lubianych z pierwszych stron plotkarskich pism. Jowisz zasiada wraz z Junoną (przypominając Magdę Gessler, serio!) nie na obłoku czy na złotym stolcu, ale za pulpitem rodem z telewizyjnych talent-show, nad którym wiszą neonowe znaki „X” (TAK / NIE). Hades „zamieszkują” zaś prawdziwe zombie oraz wiele intrygujących postaci horrorów straszących wielu we snach, a znanych z przebojowych horrorów.
Mało wyrazistego Orfeusza, zrekompensowali Tomasz Łuczak (Jowisz) oraz Rafał Żurek (Pluton). Obaj Panowie stworzyli świetne kreacje, aktorskie, taneczne (choreograficzne), ale przede wszystkim wokalne. To do nich należy ten spektakl! Jest jeszcze jedna rola zasługująca na uznanie. To Paweł Wolski, który zmierzył się z prowokacyjną interpretacją Styksa. Wolski zadziwił makijażem (nie do poznania) i zauroczył aktorskim i wokalnym talentem. W monumentalnych, zbiorowych scenach, bardzo dobrze poradził sobie operowy chór (przygotowanie: Małgorzata Bornowska). Dzięki rewelacyjnym kostiumom wyglądali zjawiskowo, a dzięki sprawnie opracowanemu ruchowi scenicznemu nie stanowi „żywego tła”, a stworzyli wyraziste postaci.
Gorzej niż w pierwszej części wypadło nawiązanie do massmediów, w tym przypadku celebryckich rolek z Instagrama. Śpiewacy zdawali się poświęcać więcej uwagi i zaangażowania nie roli, lecz poprawnemu kadrowaniu twarzy telefonem.
Z kolei jednym z najlepszych jego komponentów jest choreografia Karola Drozda. To przede wszystkim znakomicie zaaranżowane tańce najpierw pszczół a potem much. Obie choreografie były pełne humoru, niesamowitego dystansu i lekkości, przy absolutnie brawurowym wykonaniu tancerzy. Piekielny galop, czyli słynny kankan, Połoński i Drozd postanowili pokazać inaczej niż ktokolwiek dotychczas. Są spore szanse, że im się udało i „Kankan zombie” na stałe wejdzie do kanonu (lub/i annałów) interpretacji operetki Offenbacha.
Świetnie z trudną (zbyt małą) przestrzenią operowej sceny poradził sobie scenograf Wojciech Stefaniak. Nie tylko pod względem efektu wizualnego, ale przede wszystkim praktycznego. Stworzenie antresoli pozwoliło na pomieszczenie licznego chóru i baletu, ale także pomysłowe rozwiązania wielu scen. Wielkie brawa należą się Annie Chadaj, projektantce kostiumów. To imponujący ogrom pracy z fantastycznym efektem.
Orkiestra Opery na Zamku pod kierunkiem Jerzego Wołosiuka dołączyła do tego galopującego korowodu w sposób absolutnie mistrzowski. Ich muzyka nadaje szaleńcze tempo operetki. Niektóre z utworów to prawdziwe muzyczne petardy! Przebój goni przebój.
Odważny pomysł interpretacyjny Połońskiego, to nie tylko bardzo dobry efekt formalny, ale też udana próba uproszczenia skomplikowanego libretta. Zabieg przeniesienia akcji w świat celebrycki ułatwił zrozumienie intencji autorów sprzed ponad 150 lat. Parodia parodii? To lustro, które Połoński, nam publiczności, podstawia, pozwala zobaczyć infantylizacje współczesności, ukazuje prawdziwą naturę społeczeństwa. Chwila! Czy tak nie było w oryginale?








