NNa Brzezińskiego chodziło się do Teatru Współczesnego tak jak na kolejną premierę Anny Augustynowicz, z przyjemnością i z lekką ekscytacją. Wojtek grał w rzeczach nie tylko popularnych, ale także głośnych, o których później dyskutowano. Czy to „Polaroidy” z udziałem Marii Seweryn, czy „Śmieci” gdzie partnerowała mu Maria Peszek czy wspomniane wcześniej „Napis” i „Oscar i Pani Róża” a także „Kaligula” Każdy spektakl z jego udziałem był wydarzeniem.
– Jeśli uda mi się wcześniej przyjechać do Szczecina to oglądam inne spektakle. Widziałem ostatnio „Dobry wieczór Fogg”, który jest genialnym spektaklem, obejrzałem też „39 stopni”, podczas którego popłakałem się ze śmiechu – wymienia Wojtek. – Mam wielki sentyment do tego miasta i za każdym razem cieszę się, że tu jestem. Widzę jak się zmienia, ale fajne jest to, że niektóre miejsca wciąż są takie same.
Z wesela do stolicy
Ze Szczecina wyjechał w momencie, kiedy „Wesele” z jego udziałem zaczęło zdobywać publiczność poza swoją rodzinną sceną. Był 2007 rok.
– Kiedy dojeżdżaliśmy do Warszawy, zadzwonił do mnie Jerzy Satanowski znakomity kompozytor, z którym wcześniej już pracowałem i powiedział mi, że Izabela Cywińska, po śmierci Gustawa Holoubka, objęła kierownictwo warszawskiego Teatru Ataneum i poszukuje aktorów między 30 a 40 rokiem życia – mówi aktor. – Akurat byłem w stolicy, więc poszedłem na spotkanie z Cywińską. Spojrzała na mnie i stwierdziła, że wyglądam na 25 lat, a nie na mężczyznę po trzydziestce, choć w rzeczywistości miałem wtedy jakieś 33 lata. Poprosiła jednak bym wysłał CV i zobaczymy co z tego wyjdzie. Przez te 9 lat mojej bytności szczecińskiej zrobiłem dużo ważnych rzeczy i to moje CV jakoś wyglądało, więc rozpoczęliśmy współpracę.
Czas na przygodę
Podjecie decyzji o wyprowadzce do stolicy nie pojawiło się od razu.
– Miałem w Szczecinie bardzo dobrze, ale zacząłem w między czasie wygrywać castingi do różnych seriali – kontynuuje. – Zagrałem m.in. w „Odwróconych”, w „Twarzą w twarz”. Zaczęło być mi trudno łączyć oba zajęcia i być jednocześnie w Szczecinie i w Warszawie. Trzeba było podjąć męską decyzję. Kiedy zacząłem się poważnie zastanawiać nad przeprowadzką przestałem brać role w niektórych spektaklach, bo groziło to wyeksploatowaniem. Miałem lata gdzie grałem po dwadzieścia spektakli w miesiącu. Jak tylko pojawiał się repertuar na kolejny miesiąc to były wyliczenia, że jak zwykle Brzeziński gra najwięcej. Były takie spektakle, które po prostu nie schodziły z afisza, np. „Oscar i Pani Róża. „Napis” czy „Moralność Pani Dulskiej”. Zacząłem więc rezygnować z grania. Wyjazd do Warszawy był wspólną decyzja moją i mojej żony Karoliny, która wówczas była aktorką w Koszalinie. Decyzja była taka, że zaczynamy przygodę w nowym mieście.
Początki nie były łatwe, w ciągu pięciu lat pobytu w Warszawie para przeprowadzała się cztery razy. Ale szczęśliwie Wojtek dostał pracę w Ateneum, a jego żona zaszła w ciążę.
-Sytuacja zaczęła wyglądać tak, że nie miałem jeszcze żadnych spektakli, a do tego 1 września urodził się Karol – mówi ze śmiechem. – Mogę uczciwie powiedzieć, że początki mieliśmy iście „zawodowe”. Aktualnie zapłaciliśmy już swoje frycowe, odnaleźliśmy się w nowym miejscu. Każdy z nas funkcjonuje i prywatnie i zawodowo.
Długa droga cesarza
Po przeprowadzce do Warszawy bywało różnie. W jednym z trudniejszych momentów aktor spotkał się z Anną Augustynowicz. Jego była dyrektor i reżyser zrobiła mu wykaz głównych ról jakie zagrał w Teatrze Współczesnym i jak te spektakle sobie radziły. W zestawieniu z tym co wówczas robił w Warszawie (grał w jednym spektaklu w Ateneum i gościnne w Teatrze Kamienica) było to jak nokaut. Wtedy Augustynowicz zaproponowała mu współpracę.
– Podrzuciła mi kilka scenariuszy, w tym „Kaligulę” w starym tłumaczeniu. „Kaligula” był dla mnie najciekawszy i powiedziałem, że robimy to – wspomina.- Ustaliliśmy, że spektakl robi Szczecin, a ja występuje w nim gościnnie.
Niestety tak się złożyło, że aktor w tym samym czasie dostał rolę w serialu „Rezydencja”.
– Były miesiące, że miałem po 14 dni zdjęciowych, co było dużą ilością i zadzwoniłem do Ani, że może być duży problem żeby zrobić „Kaligulę”. Ani i mi było ciężko, ale postanowiliśmy, że rezygnujemy z tego projektu. Ania postanowiła, że zrobi spektakl w Łodzi.
Tymczasem Augustynowicz zrezygnowała z pomysłu i zajęła się premierą „Rodzinnego interesu” w Szczecinie. Tydzień później serial „Rezydencja” przestał być emitowany i wszystko wróciło do stanu pierwotnego. Przez ponad pół roku trwała cisza. Przez ten czas Wojtek przestał myśleć o „Kaliguli”.
– Ania, wiedząc, co się u mnie wydarzyło, zadzwoniła do mnie po tym czasie mówiąc, że znowu ma pomysł na „Kaligulę”, w nowym tłumaczeniu, w koprodukcji z Łodzią i co ja na to, bym zagrał tytułową rolę. Pomyślałem, że fajnie, że uparła się na mnie – opowiada dalej.
I co się stało? Wojtek dostał dużą rolę w serialu „Na Wspólnej”…
– No cóż, zadzwoniłem znowu do Ani, mówiąc, że mamy powtórkę z rozrywki i musimy cos wymyślić, bo będziemy mieli pod górkę. Ania się zgodziła, więc pierwszy miesiąc, czyli wrzesień był bardziej pod kątem pracy w serialu, następnie w październiku producent poszedł mi na rękę i skupiłem się na teatrze. Później było gęsto – jeden dzień byłem w Łodzi na próbach do spektaklu, by na drugi wracać do Warszawy na plan zdjęciowy. Ta nasza praca była bardzo zwariowana, ale najważniejsza w moim życiu. Każdy z nas tęsknił za spotkaniem. Traktowaliśmy siebie partnersko, nie było podziału reżyser – aktor. I może dzięki temu ten „Kaligula” jest taki, jaki jest.
Z małego na duży?
Będąc jeszcze w Szczecinie, Brzeziński zaczął wygrywać castingi do różnych seriali. Żeby jednak zaistnieć na ekranie niezbędna była stała obecność w Warszawie. To także zaważyło na decyzji o przeprowadzce do stolicy.
-Po pierwsze miałem zwyczajnie na to ochotę – tłumaczy Brzeziński. – Po drugie łączą się z tym czysto przyziemne sprawy finansowe. Dzięki kilku dniom zdjęciowym „Na Wspólnej”, mogłem spokojnie się oddać pracy nad „Kaligulą”. Mając rodzinę w mieście dość drogim, jakim jest Warszawa, chcąc pracować w Szczecinie i w Łodzi kilka miesięcy nad spektaklem, udział w serialu, w którym dostaje się o wiele większe pieniądze niż w teatrze jest swego rodzaju luksusem. Poza tym praca przy filmie to inny rodzaj doświadczenia aktorskiego, nie znaczy, że łatwiejszego. Czasem spędzam na planie zdjęciowym kilkanaście godzin, moja postać jest dość złożona, bo jestem samotnie wychowującym trójkę dzieci ojcem. Jest to fajnie napisane a moja postać ciekawie się rozwija. Udział w serialu to także wstęp do grania na dużym ekranie.
W domu bez kostiumu
Funkcjonowanie jednocześnie w trzech różnych światach: teatralnym, filmowym i prywatnym dla aktora może być trudne.
– Wchodzę bardzo mocno w każdą rolę i cały czas uczę się zostawiać ją i nie przenosić na życie prywatne – wyznaje aktor. – Wcześniej było różnie i czasem był problem. To taki zawód, że trochę zostaje z tyłu głowy. Ale nauczyłem się odwieszać moją postać w garderobie i nie przyprowadzać jej do domu. To naprawdę przynosi ulgę.
Wojciech Brzeziński urodził się w 1975 roku w Jaworznie. Ukończył Akademię Sztuk Wizualnych w Poznaniu. Zadebiutował 29 października 1994 roku na scenie Teatru Nowego w Poznaniu w przedstawieniu Jacka Kaczmarskiego i Jerzego Satanowskiego „Kuglarze i wisielcy” w reż. Krzysztofa Zaleskiego. W latach 1997-1998 był związany ze sceną Centrum Kultury Teatr w Grudziądzu. Od stycznia do czerwca 1999 roku był aktorem Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Tu zagrał swoja pierwszą ważną rolę – tytułową postać w „Kordianie” Juliusza Słowackiego w reż. Józefa Jasielskiego. Od połowy 1999 roku związany ze Szczecinem. W latach 1999–2008 był aktorem Teatru Współczesnego. Na szczecińskiej scenie zadebiutował rolą Demetriusza w Śnie nocy letniej Williama Shakespeare’a w reż. Anny Augustynowicz. Obecnie jest aktorem Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Grywa także w filmach fabularnym i serialach telewizyjnych. Stworzył kilka interesujących kreacji w dubbingu. W 2001 roku wydał własną płytę „Od wschodu do wschodu”









