- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Królewski rejs

Strona głównaKrólewski rejs

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Chyba każdy oglądał film „Titanic” i potrafi wyobrazić sobie ogromny, ekskluzywny statek pasażerski. Nie każdy jednak oglądał go z bliska ani nim płynął. Właściciele biura podróży Apollo Tour Izabela i Rafał Stenclowie, którzy widzieli już niejeden piękny zakątek świata, zgodnie twierdzą, że rejs takim kolosem to jedna z najpiękniejszych podróży w ich życiu.

Byli już w wielu krajach, nie tylko w Europie. Praca zmusza ich do tego, by oglądać miejsca, do których potem zapraszają swoich klientów. W rejs po Morzu Śródziemnym wybrali się po raz drugi.

– W tym roku postanowiliśmy po raz kolejny odbyć taki rejs, bo to niesamowite przeżycie – opowiada Iza Stencel. – Za pierwszym razem nie zdążyłam nasycić swoich oczu zarówno pięknymi krajobrazami, jak i samym statkiem. On jest tak duży, że w ciągu sześciu dni rejsu nie sposób się znudzić. Nie mówiąc o tym, żeby naprawdę porządnie go poznać czy skorzystać ze wszystkich atrakcji – dodaje.

Początek maja okazał się idealnym czasem na taką wycieczkę. Razem z około setką swoich klientów z Polski spotkali się w Barcelonie. To tam zaczynała się przygoda. Choć nie było zbyt wiele czasu na zwiedzanie miasta, zdążyli pójść na szybkie zakupy. – Jak to zwykle bywa, panie zaczęły od butików z ubraniami – śmieje się Iza.

A Barcelona słynie z wielu znanych sklepów, tu także mają swoje pracownie światowi projektanci.

Navigator of the seas

Celem jednak było pływanie statkiem „Navigator of the seas”. – Ubiegłoroczny rejs, dzięki któremu zwiedziliśmy Chorwację i wyspy greckie, Wenecję i Maltę, tak nam się spodobał, że tym razem namówiliśmy swoich przyjaciół i bliskich – mówi Rafał Stencel. – W tym roku reprezentacja polska była naprawdę okazała, dzięki czemu mogliśmy nawet na pokładzie „Navigatora” rozegrać mecz Polska – Anglia – śmieje się.

Statek ten jest jedną z największych na świecie jednostek pasażerskich, a jego matką chrzestną została tenisistka Steffi Graf. Na miejscu znajdują się baseny, pole golfowe, pełnowymiarowe boisko do koszykówki, ściana do wspinaczki, kasyna, restauracje, puby i mnóstwo sklepów. Statek ma ponad 300 metrów długości i może pomieścić ponad 4300 osób.

– Od lat organizujemy wycieczki, a w tym przypadku nie mamy wątpliwości, że taki statek trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. Żadne zdjęcia nie oddają tego imponującego widoku – zachwyca się Iza.

Szczególnie byli pod wrażeniem załogi, która okazała się bardzo profesjonalna. – Obsługa hotelowa była na najwyższym poziomie. Spośród 1200 osób i 70 narodowości wśród załogi było troje Polaków. Zostali przydzieleni specjalnie do naszej grupy. Trzy razy dziennie dbali o czystość pokoju, a także co kilka godzin donosili kubełek mrożonego lodu – wspomina Rafał. – Serwis był naprawdę znakomity – dodaje.

– Reklama –

spot_img

Ze statku przez cały tydzień można było praktycznie nie schodzić. – Zdarzali się i tacy – wspomina Iza. – Rodziny z dziećmi czy starsi uczestnicy, którzy w taki rejs płynęli już któryś raz z kolei, nie wysiadali w kolejnych portach – mówi.

Wypady na ląd

Większość pasażerów jednak była ciekawa miejsc, do których przybywali. Pierwszy postój to Villefranche na Lazurowym Wybrzeżu. Ponieważ jest to bardzo mały port, do brzegu dostawali się mniejszymi łodziami. Miejscowość leży pomiędzy Niceą a Monte Carlo. – Uwielbiamy Monte Carlo. Kupiliśmy od razu bilet na pociąg i w ciągu 20 minut byliśmy już w naszym ulubionym miejscu – wspomina Rafał.

– Monte Carlo jest miastem wybudowanym na skale. Zaczęliśmy spacer od jego najniższej części, stopniowo wspinając się na szczyt – wspomina Iza. – Po drodze mijaliśmy ekskluzywne małe butiki znanych projektantów aż doszliśmy do Place du Casino. Jest to małe rondo, wokół którego znajduje się najsłynniejszy hotel w Europie – Hotel De Paris.

Przy okazji mogli poczuć przedsmak słynnych wyścigów Formuły 1, które odbywają się w Monte Carlo w maju. – Całe miasto już żyło zawodami. Ulice powoli przygotowywano do wyścigów, wszędzie też można było kupić pamiątki – mówi Rafał. – Chociaż tak naprawdę wyścigi mogłyby tam się odbywać cały rok, bo po ulicach jeżdżą na co dzień tak luksusowe auta jak ferrari czy najnowszy mercedes SLR Maclaren – dodaje.

Oprócz gwarnego życia pełnego blichtru Monte Carlo ma swoje drugie oblicze. – Żałowaliśmy, że dzień jest tak krótki, bo kilka godzin to za mało, by zwiedzić także zamek nadal panującego rodu Grimaldich czy kupić pamiątki w małych, wąskich uliczkach, gdzie handel kwitnie w najlepsze – mówi Iza.

Gdy dzień się kończy, najlepiej nasycić się atmosferą tego miasta, siadając w Caffee De Paris, gdzie masa stolików wystawiona jest przy samym krawężniku. Właśnie w tym miejscu smakuje najlepiej pina colada.

Ponieważ statek pływał nocą, wieczorem trzeba było wrócić na pokład. Błyskawicznie następnego dnia przybili do Cagliari, stolicy Sardynii. Z powodu pięknych plaż okolice te często nazywane są europejskimi Karaibami. Swój dom wybudował tam też Berlusconi.

– Nie zachwyciliśmy się jednak widokami. Cagliari to typowe włoskie miasto z brudnymi wąskimi uliczkami. Nad naszymi głowami ciągle wisiało jakieś pranie, a ściany były poobijane – mówi Iza. – Ma to na pewno swój urok, tym bardziej że typowo po włosku było gwarno, a bary wszędzie były wypełnione po brzegi. Ale nastawiliśmy się na trochę inne klimaty – dodaje.

Po Sardynii kolejnym i ostatnim już przystankiem było Palermo na Sycylii. To prawdziwe południe Włoch. – Każdy kto pamięta serial „Ośmiornica” od razu między uliczkami będzie szukał śladów mafii – śmieje się Rafał. – Powiem szczerze, że czuliśmy lekki strach, zapuszczając się w podejrzane rewiry tego miasta – dodaje.

– Reklama –

spot_img

Południe Włoch jest ekonomicznie słabsze, co można zauważyć, rozglądając się po okolicy. Opuszczone miejsca, zaniedbane domy to stały widok w tamtych rejonach.

Jednak temperatura powyżej 30 stopni Celsjusza, wspaniałe jedzenie i temperament Włochów sprawiają, że nie zwraca się uwagi na niektóre rzeczy. Tylko żal opuszczać to miejsce.

– Zarówno oddalanie się od lądu, jak i zbliżanie do niego ze strony wody ma niesamowity urok i moc – wspomina Iza. – Dlatego rejs i przybywanie do kolejnych miejsc statkiem to zupełnie inne wrażenie niż dojeżdżanie samochodem czy przylot samolotem. Gdy dobijaliśmy do lądu, z wielką ciekawością oglądaliśmy pojawiające się widoki. Oddalając się od nich, czuliśmy większy smutek, niż gdy wsiada się do auta i po prostu odjeżdża – dodaje.

Rozrywkowe życie na statku

Ale nie mieli czasu na długie smucenie się, bo „Navigator of the seas” miał dla nich wystarczającą moc atrakcji. W drodze powrotnej Royal Promenada, czyli główna ulica na pokładzie, kusiła wyprzedażami, a teatry wystawiały po kilka sztuk w ciągu dnia. Można było iść na show na lodzie, posłuchać koncertu w amfiteatrze, który pomieści 1600 osób, lub napić się piwa w irlandzkim pubie.

– Obowiązkowym punktem rejsu jest także „Formal Night”, impreza podczas której obowiązują stroje wieczorowe, a na wykwintnej kolacji swoją obecnością zaszczyca wszystkich kapitan – opowiada Iza.

Menu nie tylko podczas tego wieczoru jest naprawdę wykwintne.

– Jedyny minus tego rejsu jest taki, że trwa za krótko – mówi z żalem Iza.

Dlatego rozważają kolejny taki wyjazd za rok. Rejsy tego typu startują z wielu miejsc, z opcją zwiedzania różnych portów. Wybór jest ogromny.

DARIA PROCHENKA

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać