- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Krzysztof Antkowiak. Powroty są zawsze trudne

Strona głównaKrzysztof Antkowiak. Powroty są zawsze trudne

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px
Podpisałeś pięcioletni kontrakt z Pomatonem. Przygotowałeś płytę z Grzegorzem Ciechowskim. Można by powiedzieć, że złapałeś pana Boga za nogi. Postanowiłeś jednak zerwać umowę i działać na własną rękę. Co takiego się stało, że podjąłeś tak radykalną decyzję?
Chyba wiele czynników się na to nałożyło. Po pierwsze, z Grześkiem pracowaliśmy nad płytą w Lublinie, kiedy przyjechał menadżer Republiki i stwierdził, że musimy już kończyć, bo przekroczyliśmy budżet. Problem był w tym, że naszym zdaniem, płyta była jeszcze nieskończona… Nikogo jednak to w wytwórni nie interesowało. Oni, mam wrażenie, chcieli miałką, popową płytkę, słowem taki „Zakazany owoc” w nowej odsłonie, a my z Grzegorzem poszliśmy w zupełnie innym kierunku. „Delfin” brzmieniowo bardzo wyprzedzał ówczesny rynek. Odpuściłem. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że nic nie wyciągnąłem z tego okresu dla siebie. Wiele się nauczyłem, bardzo dużo dały mi wielogodzinne rozmowy z Grzegorzem, tematem nie była tylko muzyka. Dziś mogę powiedzieć, że wtedy wskazał mi odpowiednią drogę. Nakierował.  
 
A może trzeba było jednak posłuchać wytwórni i nagrać „Zakazany owoc” w nowej odsłonie? Sam mówiłeś, że nic się tak nie sprzedaje i nie daje takiej rozpoznawalności jak „trzymiesięczny hit”…
Nie lubię iść na łatwiznę. Póki co nie zamierzam coverować „Zakazanego owocu”, chociaż zdaję sobie sprawę jak piosenka weszła w świadomość mojego pokolenia. Może kiedyś, w innej odsłonie, ale na pewno nie zrobię tego po to, by wrócić na rynek. Robię to, co robię i dobrze mi z tym. Wciąż pracuję, płyta „Dirt on TV” projektu Simplefields sprzedaje się – nie powiem – ku naszemu zdziwieniu bardzo dobrze. Mamy sporo koncertów. Na dzisiaj mam już w głowie materiał na kolejne rzeczy, ale póki co niech jeszcze poczekają. Niech wybrzmi materiał z Simplefields.
 
Seweryn Krajewski, by nie wylecieć ze Szkoły Muzycznej, występował na koncertach z Czerwonymi Gitarami pod pseudonimem… Też miałeś takie problemy?
Oj było wesoło. Parokrotnie chcieli mnie relegować. Ojciec był wzywany na dywanik do dyrektora i musiał się gęsto tłumaczyć dlaczego pozwala, by syn uprawiał tzw. muzykę rozrywkową. Moim zdaniem nie było to normalne. Dzisiaj mam wrażenie, że był to wynik zawiści, złośliwości czy niechęci. Dosyć wcześnie zacząłem zarabiać niezłe pieniądze, wyjeżdżałem na trasy koncertowe. Kiedy grałem w Stanach dla Polonii czy w Kanadzie, to płacono mi w dolarach, a wtedy w Polsce to była waluta, za którą kupowałeś, co tylko chciałeś. Ponadto przywoziłem sobie modne ciuchy, najnowsze kompakty, a w „Baltonie” kupowałem najlepszy sprzęt muzyczny. To drażniło, więc co rusz mi przywalano, jak nie koledzy, to nauczyciele. Z przedmiotów muzycznych byłem dobry, jako jeden z niewielu w szkole, miałem piątkę z fortepianu, ale z matmą czy polskim było już gorzej. Tutaj pokazywano mi wielokrotnie, że dziennik jest po stronie nauczyciela i że tylko on ma rację. Złośliwe komentarze: „Czego to nasza gwiazda dzisiaj się nauczyła?”, albo: „no to może do odpowiedzi przyjedzie nasz gwiazdor?” dosłownie mnie paraliżowały i… bardzo bolały, gdyż nigdy tak siebie nie postrzegałem. Na polskim i matematyce przechodziłem dosłownie jakieś traumy, bałem się chodzić na lekcje. Zacząłem się jąkać! Totalny obłęd. 
 
Czyli życie chłopaka z plakatu nie było zbyt różowe…
Nie było. Nieraz musiałem się bić z chłopakami, bo ich dziewczyny miały mój plakat nad łóżkiem. Ponadto zupełnie nie byłem przygotowany na popularność. W czerwcu, przed wakacyjną przerwą, żegnałem się z kolegami mówiąc, że zaśpiewam w Opolu, a potem nie było już spokojnego powrotu we wrześniu. Po festiwalu wybuchł bowiem szał. Mnóstwo koncertów, płyty, programy telewizyjne… Miałem rzesze fanek, które dosłownie koczowały pod drzwiami naszego mieszkania. Mama nie raz robiła dla nich kanapki. Wycieczki autokarowe przyjeżdżały pod nasz blok, by pokazać, gdzie mieszkam. To było jakieś szaleństwo! Ja starałem się żyć normalnie. Bez żadnej obstawy wychodziłem rano do szkoły, wsiadałem do autobusu miejskiego i jechałem. Nie raz, nie dwa słyszałem za plecami: „Patrz, Antkowiak!” albo ktoś na mój widok zaczynał nucić jakąś moją piosenkę, czekając – podejrzewam – na moją reakcję. Nie dawałem się jednak sprowokować. Słowem, łatwo nie było.
 
Z wykształcenia jesteś pianistą klasycznym… Da się z tego wyżyć?
Nie… No, chyba że jesteś wybitnym pianistą… 
 
Rozumiem. Od twojej ostatniej płyty minęło prawie 16 lat. Wróciłeś – jak się to mówi – z przytupem. Grafik pęcznieje od terminów kolejnych koncertów, płyta znakomicie się sprzedaje… Super, ale co robiłeś jak cię nie było?
Cały czas zajmowałem się muzyką. Grałem w knajpach, na statkach. W międzyczasie w Szwecji nagrałem materiał na płytę, ale póki co cały czas czeka on w tzw. „poczekalni”.
 
Łatwo jest wrócić?
Bardzo trudno, ale powroty zawsze są trudne. Trochę się obawiałem… Widzę jednak, że niepotrzebnie. Mam swoją publiczność.  
 
Twoja kariera przypomina trochę sinusoidę. Zacząłeś od wysokiego „C”: ogromna popularność, rzesze fanów, potem okres wyciszenia i próba powrotu, choć nie do końca udana. Potem upadek: używki, hazard i teraz znów, powoli, idziesz w górę… Nie masz żalu do losu za te kłody rzucanie ci pod nogi? 
Dzisiaj już nie mam, kiedyś oczywiście miałem okresy buntu, niezgody, jakiegoś wewnętrznego żalu, ale widać tak musiało być, w życiu nic się nie dzieje bez przyczyny. Podejrzewam, że gdyby nie te wszystkie doświadczenia, dzisiaj moja muzyka nie byłaby tak autentyczna.
 
Dziękuję za rozmowę.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać