Rzadko teraz oglądam i słucham serwisów informacyjnych. Bo to zwykłe samobójstwo psychiczne. A zdrowie już nie to co kiedyś i nerwy zszargane. Poza tym jak długo można miętolić przez zęby słowa powszechnie uznane za obraźliwe albo lepić z gliny lub plasteliny różne figurki i nakłuwać je szpilkami. Kapci („laczków”, „japonek” itp. podobnego obuwia domowego) zabrakłoby, żeby wzorem byłego I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, miotać nimi w telewizor jak człowieka coś wnerwi. Jego akurat do szału doprowadził podobno gigantyczny dekolt (ciekawostka – z tyłu sukienki nie z przodu) jaki zaprezentowała w „Kabarecie Starszych Panów” Kalina Jędrusik – polska seksbomba lat 60. ubiegłego wieku. Od czasu do czasu jednak, mimo wszystko, chcąc nie chcąc, człowiek natknie się na informacje z kraju, świata i lokalnego podwórka. I trzy takie oto wyłowiłem ostatnio. W USA jakiś gościu, na podwórkowej wyprzedaży, kupił za 35 dolarów miskę. Ktoś pewnie wzruszy ramionami i rzeknie – ale sensacja! No niby fakt. Tylko okazało się, że to była misa z chińskiej dynastii Ming warta prawie pół miliona dolarów! Kurcze, ale facet miał farta! A ja nawet „dychy” w życiu na ulicy nie znalazłem… – Dlaczego znów nie ja?!!! – zawył mój głos wewnętrzny fragmentem jednego z przebojów grupy Lombard. Pełen rozczarowania, niechęci, zawiści i zazdrości, pretensji do świata i ludzi (czyli głos typowego Polaka). Jakby tego było mało kilka dni później pojawiła się informacja, że w jednym z angielskich kościołów, od ponad 100 lat wisiał jakiś zniszczony obraz. Już go mieli wyrzucić na śmietnik, ale jeszcze mu się przyjrzano po raz ostatni. I odkryto, że to dzieło Tycjana, jednego z najważniejszych włoskich artystów renesansu! Nie minęło kilka dni i media poinformowały o kolejnym odkryciu, ale lokalnym. Podczas remontu dotychczasowej sali sesyjnej Rady Miasta Szczecin w zapomnianej szafie odnaleziono notatki i raporty Piotra Zaremby – pierwszego prezydenta stolicy Pomorza Zachodniego m.in. protokół przejęcia miasta, mapę z zaznaczoną i opieczętowaną granicą państwa polskiego oraz akt nadania honorowego obywatelstwa radzieckiemu generałowi Pawłowi Batowowi (którego wojska zdobyły Szczecin). I w tym momencie czara z goryczą się przelała. – Dosyć tego! Wszędzie na świecie coś odkrywają. Jakaś kumulacja, czy co? Kiedy ja coś wreszcie znajdę? Czas najwyższy na moje Eldorado! – pomyślałem. Z energią godną Indiany Jonesa i Pana Samochodzika rzuciłem się na poszukiwania. No i znalazłem. Resztki środków finansowych na koncie, kilka przeterminowanych produktów spożywczych w lodówce oraz trzy zaległe rachunki do zapłacenia połączone z groźbami od jakichś instytucji napuszczenia na mnie jednego z Jeźdźców Apokalipsy, czyli pracownika działu windykacji lub komornika. Ale nie o takie znaleziska mi chodziło! Nie poddałam się jednak. Z nadzieją wielką, bo przecież nie minął miesiąc od ostatniej przeprowadzki jakiej z moja piękniejszą połową musieliśmy dokonać, spoglądałem na kilka nierozpakowanych kartonów. – Może one skrywają jakieś cenne artefakty? Może nie od razu dorównujące chińskiej misce, czy renesansowym malowidłom, ale… W poprzednim miejscu zamieszkania jakiś bohomaz wisiał na ścianie, kilka różnych misek w kuchennej szafce też można było znaleźć – łudziłem się w duszy. Wpadłem więc w te kartony prawie z takim impetem jak Hanka Mostowiak z „M jak miłość”. Po kilkudziesięciu minutach mogłem podziwiać znaleziska. Jedno nawet miało związek z chińszczyzną – błyskawiczna zupka na ostro o smaku curry. Na szczęście nie była tak wiekowa jak miska z dynastii Ming.  Nie odnalazłem też ani jednego Tycjana. Choć pojawił się jeden obraz – pobojowiska po otwarciu kartonów. Na pocieszenie udało mi się natknąć na zapomnianą butelkę „żmijówki” podarowaną przez przyjaciół, którzy kiedyś pojechali na wakacje do jakiegoś Wietnamu, Kambodży (jakby nie mogli do Międzyzdrojów – równie ekstremalnie i egzotycznie), czy innego podobnego miejsca, w którym ostro „naszumiał” przed laty niejaki Rambo. Popijając to świństwo z gadem w środku ze smutkiem układałem listę rzeczy, których po rzeczonej przeprowadzce do dzisiaj odnaleźć nie mogę. Ale moja pasja poszukiwacza została rozpalona.  Mam już łopatę, zaczynam zbierać pieniądze na wykrywacz metalu. I ruszę w zachodniopomorskie lasy, na łąki, plaże i użytki rolne. I nie dam się przegonić z pola jakiemuś krewkiemu gospodarzowi. co z tego, że łażę po jego hektarach? Pies ogrodnika – sam nie szuka, ale drugiemu nie da znaleźć.

 

Prestiż  
Kwiecień 2021