Ostatni raz oszczędzałem w SKO. Ten zadziwiający twór ekonomiczno–socjalistyczny, w pełnym brzmieniu nazywał się „Szkolna Kasa Oszczędności”. Zaoszczędzone drobniaki wpłacało się na lekcji wychowawczej, Pani zapisywała kwotę w swoim zeszycie i w kartonowej książeczce dumnego ciułacza, a na koniec roku można było w nagrodę dostać książkę. Tak, droga młodzieży, książkę, nie pendriva.

Te drobne sumy zdobywało się w rozmaity sposób. Najprościej było sprzedać butelki po mleku, lub śmietanie, albo, nie wstydźmy się tego, po wódce wypitej przez patologicznych rodziców. Za butelki po śmietanie i mleku można było dostać w tyłek, bo towar ten był deficytowy i podlegał wymianie przy zakupie nabiału. Jakoś nigdy nie dostałem batów za flaszki po wódce. Pewnie rodzice byli szczęśliwi, że oszczędne dziecko uprzątnęło dowód ich pijaństwa.

Oszczędzanie w SKO było obowiązkiem naszego socjalistycznego wychowania.

Dziś, obowiązkiem kapitalistycznego trybu życia są promocje, bonusy i sezonowe obniżki cen.

Dobrowolnie, z baranią bezmyślnością i absolutnym brakiem refleksji, dajemy nabierać się na hasło „wielka obniżka cen!”. Nie zastanawiając się nad przemyślnością i podstępnym charakterem sprzedawców, leziemy do sklepów i z miną zwycięzcy kupujemy kolejny niepotrzebny gadżet, bo przecież dziś taniej.

A ja to sobie myślę tak: skoro do dziś ten telewizor kosztował 1000 zł, ale obniżają cenę do 850 zł, to przez ten cały czas, sklep rżnął mnie na 150 zeta!  Jeśli mam kupić dwa mydła za dychę, a jedno kosztuje 7.50 to znów ktoś obrabia moją kieszeń na dwa pięćdziesiąt. Skoro im się to opłaca, to znaczy, że dotychczasowa cena była w cholerę zawyżona. Taki mam prosty tok myślenia. Dwa piwa +dwa piwa gratis, to nic innego jak sprzedawanie jednego piwa za podwójną cenę. czy to trudno zrozumieć? Chyba tak, skoro na promocjach wciąż tłumy spragnionych darmochy. I naiwnie wierzą, że jakikolwiek sklep da coś człowiekowi za darmo. Gdyby tak było w istocie, to ja dziękuję za te dwa piwa, a poproszę wyłącznie  dwa gratisy.

Jak nadmieniłem na wstępie, oszczędzanie zakończyłem w podstawówce. Później jakoś wciąż miałem na co wydawać, a potrzeby były zazwyczaj odrobinę większe niż możliwości. Wciąż, to moi pracodawcy wykazywali się o wiele większą oszczędnością, niż ja możliwościami oszczędzania. Moją naczelną zasadę życiową najlepiej określa hasło: „Skromnie, ale za to ubogo”. W końcu dostatek to tylko słowo określające stan przejściowy, bo jak pokazuje życie, ludzie bogaci nie zadowalają się tym co mają, pragnąc mieć jeszcze więcej.

Największą jednak oszczędność, obserwuję ostatnio w bogatej ofercie programowej telewizji zarówno rządowej, jak i tej drugiej. Większość programów publicystycznych okupowana jest przez osobników, którzy w skrajnie oszczędny sposób posługują się rozumem. Nie mam pojęcia czy to efekt ich skąpstwa, czy też, o zgrozo, brak wspomnianego rozumu? W każdym bądź razie, nie widać go, podobnie jak nie widzieliśmy nigdy naszych uciułanych groszaków w SKO. O ile jednak w SKO były to sumki skromniutkie i nie mające wielkiego wpływu na rozwój cywilizacji zachodnio-chrześcijańskiej końca XX wieku, to już oszczędni intelektualnie politycy dysponują kwotami przyprawiającymi nas o zawrót głowy.

Ich oszczędność widoczna jest na każdym kroku: oszczędnie komentują swoje wybryki, oszczędnie cedzą słowa w odpowiedzi na niewygodne pytania. Przyłapani na kolejnym draństwie, oszczędnie używają tego samego tłumaczenia: „to prowokacja politycznych przeciwników”. I sprawa załatwiona.

Z okazji miesiąca oszczędności, ja również pozwolę sobie zaoszczędzić Państwu słów niewyobrażalnie wulgarnych, które cisną mi się na usta za każdym razem, gdy oszczędny w rozum polityk sugeruje mi bym żył oszczędniej.

Prestiż  
Październik 2021