Gosha Kowalińska:
Możesz nazwać mnie Carmen

„I myślę, myślenie nie jest zabronione” – śpiewa Carmen George’a Bizeta w operze o tym samym tytule. O zbuntowanej, wolnej kobiecie, feminizmie, wolności i równouprawnieniu z Goshą Kowalinską, odtwórczynią tej roli w szczecińskiej inscenizacji rozmawiała Magdalena Jagiełło-Kmieciak. 

Autor

Aneta Dolega

Ty jesteś wręcz urodzoną Carmen. Ile razy już ją grałaś?

Urodzoną? (śmiech) Jest to jedna z większych partii, które śpiewam od ostatnich trzech lat bardzo często. Trudno policzyć… Już chyba w jedenastu inscenizacjach. Jest to jedna z niewielu ról pierwszoplanowych dla mezzosopranu. Głos, wygląd, wiek, gra aktorska – to wszystko razem sprawia, że – dobrze – możesz nazwać mnie Carmen. Mam niełatwy charakter, często chcę mieć rację, głośno się śmieję, dużo mówię, gdy coś mnie pasjonuje, mam rude, ogniste włosy…  Zawsze chciałam mieć rude jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, która była w dzieciństwie moją idolką. To romantyczka, marzycielka i wielbicielka Szekspira jak ja, ale też silna dziewczyna, która nie da sobie dmuchać w kaszę.

Twoja Carmen może trochę niepokoić. W szczecińskiej inscenizacji jesteś demoniczną kobietą z wyniosłą miną, momentami pogardliwą. W wizji tej postaci mniej jest kusicielki, więcej buntowniczki.

Oczywiście to, co widzi się na scenie, to w wielu procentach kreacja artystyczna, ale to także rezultat wymagań reżysera. W tej realizacji mam spięte włosy, ogromny tatuaż. Reżyserka Ewelina Pietrowiak chciała, by Carmen samym wyglądem zastanawiała nas, żeby była bardzo kobieca, ale również bardzo męska. Merimée opisał w swojej noweli, na podstawie której napisano libretto, kobietę wolną, która sama na siebie zarabia, sama o sobie decyduje. W czasach, gdy powstała ta nowela i kiedy skomponowano operę to było właściwie niedopuszczalne. Kobiety miały nad sobą zawsze męską rękę. W szczecińskiej inscenizacji Carmen jest bardzo współczesna. Dla reżyserki ważniejsze było pokazanie, że ta bohaterka jest silna aniżeli seksowna. Nie chciała podkreślać tego, co jej zdaniem jest w innych inscenizacjach. A czy siła lub władza nie ma w sobie seksapilu? Coś w tym chyba jest.

W szczecińskiej inscenizacji nie pracujesz w fabryce cygar, zakochujesz się w piłkarzu, nie torreadorze, nie masz falban. Jesteś współczesną Carmen. Ta kobieta jest Ci bliska czy wolisz Carmen sprzed wieków?

Jako jedyna ze wszystkich kobiet na scenie mam spodnie (śmiech). Carmen to Carmen, rdzeń jest zawsze ten sam, jest tylko inaczej pokazywany. Ważne, by postać była prawdziwa, szczera. A Carmen jest po prostu wolnym człowiekiem. Tak, musi chodzić do pracy, bo życiem zawsze rządzą pieniądze. Ale jest wolna duchem. Carmen jest silną kobietą, która chce być wolna. Przede wszystkim, sama o sobie decyduje, nie idzie na kompromis i jest niezależna. Carmen to postać, której będę bronić w każdej realizacji.

Flaubert powiedział kiedyś o głównej tytułowej bohaterce swojej książki „Pani Bovary to ja”. Czy Carmen to Ty?

Jeżeli tak się wydaje, to bardzo się cieszę, bo to oznacza, że na scenie udaje mi się przekazać to, co jest w libretcie. W życiu jestem innym człowiekiem Możemy powiedzieć, że Carmen nie przywiązuje się do kwestii moralności. Jeżeli przemyca, to tylko dlatego by sobie udowodnić, że nic jej nie zatrzyma, łamie regulaminy nakreślone przez społeczeństwo. Ja chyba aż tak bardzo się nie wychylam (śmiech). Ale tak – dużo mnie z nią łączy. Ta kobieta jest uosobieniem dążenia do równouprawnienia, a to jest bardzo ważny dla mnie temat. O mężczyznach, którzy mają wiele kobiet, mówi się zdobywca, Don Juan, Casanova, z pewną nutą podziwu. O  kobietach mówi się zupełnie inaczej, pejoratywnie, i tego nie rozumiem.

Carmen jest feministką?

Ja mam problem ze słowem „feministka”. Stało się coś takiego, że to słowo budzi negatywne skojarzenia. A ja kocham mężczyzn. Potrzebujemy sie nawzajem. Carmen też kocha mężczyzn, w ogóle kocha ludzi. „Bije się” o wolność, i to nie tylko wolność kobiet, o możliwość podejmowania przez każdego z nas samodzielnych decyzji, potrafi sama myśleć i chce, byśmy myśleli samodzielnie. Ale tak, można powiedzieć, że w tym sensie jest feministką. Opera „Carmen” była w postrzeganiu świata kobiet i mężczyzn absolutnie przełomowa. To Carmen decyduje, to ona mówi „tak” albo „nie”, to ona wybiera mężczyzn. Daje sobie do tego prawo. Choć sądzę, że wciąż ta postać wiele osób denerwuje, nawet teraz. Taka niezależność?! Spotkałam się z publicznością, która bardziej oklaskuje Micaelę niż Carmen. Micaela jest symbolem matki oraz pewnego społecznego cliché, stereotypu, normy. Ile jeszcze pracy przed nami?! Nie mówię, że teraz mamy się mścić na mężczyznach za te wszystkie wieki, kiedy miałyśmy do powiedzenia nie więcej niż dziecko, ale żeby doszło do zrozumienia równości płci. Ale do tego potrzeba jeszcze wielu, wielu pokoleń. Właśnie przez stereotypy. Przypomnę Ci tylko że nowelę, libretto i operę – wszystko to napisali mężczyźni.
Czyli już wtedy było coś na rzeczy.

Współczesna Carmen też musi ”się bić”. Jaka jest Twoje spojrzenie na nią w czasie #metoo, przemówienia Frances Mc Dormand podczas Gali Oscarowej?

Nareszcie mówi się o seksistowskich zachowaniach. I oby więcej. #metoo to taka Carmen XXI wieku. Pewne zachowania mężczyzn wobec kobiet są uznane za normę, ale przecież nie są normalne. To dotyczy szerszej sfery, nie tylko płci, także koloru skóry czy religii. Teraz odezwały się kobiety, ale wcześniej głowy podniosły osoby czarnoskóre, potem homoseksualiści. Na szczęście. Uważam, że jeżeli trzeba się bić o tak ważną ideę jak prawa czlowieka, o szacunek do każdej istoty, to absolutnie stoję na czele. Ale nie przeciwko mężczyznom. Niestety przykre jest to, że na manifestacjach o prawa kobiet jest ich tak mało.

Przecież sama Carmen nie ma dla mężczyzn litości….

Nie zgadzam się. Ona każdemu mężczyźnie, którego kocha, oddaje wszystko… całą miłość, całą siebie. A kto nie jest wymagający w miłości? (śmiech)

Czy teraz „Carmen” jest w stanie coś zmienić w naszej mentalności? Czy przyjdzie kiedyś czas, że będziemy oglądać tę operę jak filmy o dinozaurach?

Minęło 100 lat od I wojny światowej, ponad 70 od II wojny światowej. Spójrzmy, jakie mamy problemy polityczne, jakie wróciło zacofanie, nienawiść do drugiego człowieka. I jaką mamy znieczulicę. Jak łatwo zapomnieć ogromne tragedie… A tak bardzo potrzebna jest edukacja, zdefiniowanie wartości i  wychowanie w domu, szkole, w mediach. A przede wszystkim myślenie. Bo dlaczego moja prawda ma być bardziej prawdziwa od Twojej? Wszyscy jesteśmy wolni, wszyscy jesteśmy równi, i wszyscy jesteśmy braćmi. Prawa człowieka są dla mnie bardzo ważne. Dam Ci przykład. Śpiewałam w styczniu Carmen w Algierii,
w kraju, w którym rządzi policja oraz politycy wykorzystujący religię, by rządzic, w kraju, w którym kobiety są czymś w rodzaju gorszego gatunku. Tam mowa o wolności jest zupełnie czymś innym niż w Europie. Nie palę, ale nawet gdybym paliła, to nie wolno byłoby mi zapalić papierosa, nie wolno mi było wypić publicznie lampki wina. Nie wolno tam trzymać swojego mężczyzny za rękę. Homoseksualizm jest karany. Nie mogłam mieć odkrytych pleców na scenie, odkrytego dekoltu. Był szereg takich ograniczeń. Ale to niesamowite, że w ogóle udało się zorganizować taki koncert. Na szczęście są tam ludzie wykształceni, którzy dążą do tego, by ich kraj się rozwijał.

Tam Twój przekaz był mocniejszy niż gdziekolwiek indziej…

Czułam się bardzo zaszczycona reakcją publiczności, ale w pewnym momencie dostałam ostrzeżenie od dyrektora artystycznego, że minister do spraw kultury wyszedł z sali nie żegnając się z nami i że to zły znak.
A wyszedl dlatego, że pocałowałam Jose na scenie. Za ten gest mogłabym mieć klopoty. Gdy śpiewałam hymn o wolności – finał drugiego aktu, widziałam łzy w niektórych oczach. Szczęśliwie skończyło się owacją na stojąco. Wróciłam tam dwa tygodnie później. Byłam już bardziej przygotowana i nie pocałowałam Don Jose na scenie. To by było za łatwe. Znalazłam inny sposób, żeby przekazać dokładnie to samo. Wzięłam jego twarz w ręce, trzymałam swoją bardzo blisko aż do końca braw. Niby nic dla nas, prawda? Ale tam miało to potężną siłę. Jako artystka mam misję, muszę nie tylko walczyć o dziedzictwo, sztukę i kulturę, ale moim zadaniem jest znalezienie takiego przekazu, by dla każdego był  dostępny i zrozumialy.

Carmen wierzy w przeznaczenie, w karty. A Ty? Masz swoje karty, w które wierzysz?

Wierzę, że ktoś nade mną czuwa, że ktoś się mną opiekuje. Ale jak na prawdziwą Wagę przystało, to z drugiej strony przecież nigdy nie wiadomo, co by się stało, gdyby wybrało się inaczej. Nie lubię prostej drogi. Jeżeli mogę skręcić w bok do lasu i pochodzić ścieżkami, których nie znam, to to robię.

Gosha Kowalinska

Gosha Kowalinska – mezzosopran. Urodzona w Poznaniu,. Absolwentka studiów wokalnych w Ecole Normale de Musique de Paris, swoje zamiłowania aktorskie rozwija również w szkole sztuk teatralnych Ecole Claude Mathieu, gdzie uzyskuje dyplom aktorski w 2009 roku. Aktualnie doskonali swoje umiejętności wokalne we Włoszech u  profesor Gabrielli Ravazzi. Laureatka wielu konkursów, w 2010 roku wygrywa główną nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym Spazio Musica we Włoszech. W 2014 roku dostaje specjalną nagrodę w Konkursie Armell Opera na Węgrzech. Wybrane partie operowe: Carmen - Bizet, Amneris (Aida), Azucena (Il Trovatore), Maddalena (Rigoletto), Fenena (Nabucco), Mrs Quickly (Falstaff), Ulrica (Bal maskowy) – Verdi, Suzuki (Madama Butterfly).

Prestiż  
Październik 2021