Wszystko, co nam się przytrafia ma sens

Urzeka głosem, hipnotyzuje spojrzeniem. Chociaż Anita Lipnicka ocenia siebie jako antygwiazdę, każdą jedną piosenką na długi czas wdziera się w serca słuchaczy. Jej przeboje są ponadczasowe, a głębia treści i towarzysząca im refleksja pomogły w wielu przełomach i na życiowych zakrętach. Stając przed szczecińską publicznością „Intymnie”, w zjawiskowym ogrodzie, w którym zamiast śpiewu ptaków słychać smyczkowe trio po raz kolejny zafundowała fanom niesamowite przeżycie.

Autor

Dagmara Rybicka

25 lat na scenie powoduje ogromny bagaż doświadczeń. Czy dziś, gdyby mogła pani cofnąć czas zmieniłaby pani przebieg kariery?

Nie zastanawiam się w ten sposób nad życiem. Jestem osobą, która niechętnie patrzy wstecz i ten jubileusz zmusił mnie, aby obejrzeć się przez ramię i spróbować dokonać podsumowań. Nie zmieniłabym jednak niczego, wyznaję teorię, że wszystko, co nam się przytrafia ma sens nawet jeśli w danej chwili wydawać by się mogło inaczej – to, że znajdujemy się w danym miejscu, jest konsekwencją kolejnych kroków, a każde zdarzenie jest częścią większej układanki, która ma logiczny sens.

Świadomość, ile upłynęło czasu inspiruje do kolejnych działań?

Raczej odwrotnie (śmiech)! To świętowanie trochę mnie zatrzymało w myśleniu o czymś nowym, a to z uwagi na fakt, że wyruszyłam w jubileuszową trasę tuż przed pandemią. W wyniku zamrożenia na długi czas muzycznej branży koncerty były wielokrotnie przekładane. W konsekwencji moje 25-lecie zmieniło się 27-lecie!  Przez ostatnie dwa lata cały czas jestem skupiona na kolejnych działaniach związanych ze wspominaniem, a nie patrzeniem do przodu. Powoli zbliżamy się jednak do końca trasy INTYMNIE, której podsumowaniem będzie dwu płytowy album z premierą w grudniu. Wyjątkowe wydawnictwo w mojej karierze – materiał live zarejestrowany w wersji CD plus DVD! –  czegoś takiego jeszcze nie miałam, więc cieszę się, że nadarzyła się fantastyczna okazja do realizacji podobnego przedsięwzięcia.

Jakie były kulisy powstania albumu i trasy koncertowej „Intymnie”?

Album jest owocem spotkań z pewnymi ludźmi, których pewnie nigdy bym nie poznała, gdybym nie podjęła wcześniej określonych decyzji, między innymi o zmianie managementu. To idealnie obrazuje moje przekonanie, że wszystko dzieje się po coś. Nie byłoby także tego wydawnictwa, gdyby nie pandemia, więc są i jej jasne strony. Trasa Intymnie w początkowym założeniu miała zawierać 25 koncertów na 25 lat. Spotkała się jednak z tak olbrzymim zainteresowaniem publiczności, że w efekcie zagramy ich w sumie ponad 50! I to po części sami moi fani sprowokowali nagranie albumu live, będącego pamiątką tych spotkań. Po każdym koncercie otrzymywałam mnóstwo wzruszających komentarzy i sygnałów, że warto nagrać jeden z koncertów i wydać go w formie DVD. Zarówno cała ta trasa jak i realizacja marzenia o dwupłytowym albumie jest wynikiem mojej współpracy z What If Management – Moniką Małyszek i Pawłem Talagą, których entuzjazm i serce, jakie angażują w kolejne nasze wspólne przedsięwzięcia jest nieoceniony.

Towarzyszy pani na scenie smyczkowe trio – co spowodowało, że zaprosiła pani tych artystów do współpracy?

Chciałam, aby trasa „Intymnie” była bardzo osobista, konfesyjna, w której miałabym przestrzeń, by nie tylko śpiewać, ale też dużo opowiadać o swoich piosenkach, w jakich okolicznościach powstawały, jakimi zdarzeniami były inspirowane. Chodziło mi o stworzenie nie tylko optymalnych warunków akustycznych, ale także unikalnej oprawy wizualnej dla całego przedsięwzięcia. Na każdej scenie, gdzie się pojawiam, zakwita mój ogród, w którym prezentuję utwory z przekroju mojej twórczości w odsłonie akustycznej, bez użycia żadnych instrumentów elektrycznych, po to by jeszcze bardziej skrócić dystans między mną, a publicznością, co powoduje, że nawet w dużej sali robi się kameralnie.

Wydaje mi się, że pomiędzy panią, a publicznością nigdy nie było dystansu. Panią publiczność uwielbia!

Bardzo mi miło! Faktycznie od początku kariery miałam problem z byciem „gwiazdą”, z pozowaniem, pokazywaniem siebie jako osoby nieosiągalnej i wykreowanej. Im dłużej jestem na scenie, tym bliżej mi do publiczności. Muszę przyznać, że najbardziej lubię małe sale, w których mam ludzi na wyciągnięcie ręki. Tak się znacznie lepiej czuję niż na wielkich estradach przed morzem anonimowych osób. Gubię się w takich sytuacjach.

Co daje bliski kontakt?

Powoduje rodzaj wspólnego przeżycia, tworzy wyjątkową więź, kiedy możemy się wszyscy spotkać w dźwiękach i słowach. Największą magią mojego zawodu jest kreowanie czegoś z niczego, czasem czuję się, jak magik, który nagle wyciąga królika z kapelusza. Tak myślę o tworzeniu piosenek – to są czary! Muzyka jest też dla mnie azylem, takim osobistym obszarem, gdzie mogę być sobą – bez względu na to, co dzieje się w moim życiu prywatnym, czy jest zamężna, czy samotna, czy jest mi źle, czy dobrze, czy trapią mnie rodzicielskie troski – gdy spotykam się w muzyce z moimi przyjaciółmi jestem tam na 100 procent. I to jest tylko moje. Tam są ważne różnice kulturowe, charakterologiczne, nie ma znaczenia wiek, wszyscy jesteśmy równi i robimy coś razem. I to jest piękne.

Jako artystka jest pani symbolem niezłomności i wysokiego poziomu. Zdarzały się naciski, że warto coś zmienić, aby lepiej się sprzedawało?

Oczywiście, nie żyję w próżni. Jako twórca jestem związana z wytwórniami, managementami, osobami, które odpowiadają za efekt końcowy tego co robię, często mierząc poziom sukcesu słupkami sprzedaży. Wielokrotnie musiałam walczyć o swoje i zderzać się z sytuacją, gdy ktoś usiłował narzucić mi swoje wyobrażenia, próbując wymóc bym zrobiła coś inaczej. Wiem, że są artyści, którzy się w tym odnajdują, sami wiedzą, jak zagrać, jak wykreować siebie, aby coś się sprzedało. Ja nie mam do tego talentu, po mnie wszystko widać. Nie jestem handlarą, nie potrafię niczego sprzedać, stąd na moich social mediach rzadko taguję marki czy firmy. Jeśli to robię to tylko dlatego, że jestem do czegoś przekonana lub nawiązałam współpracę np. z projektantem, który podarował mi suknię budzącą mój zachwyt. Absolutnie nie jestem osobą, która za pieniądze będzie wrzucać sponsorowane posty z produktami – czasem zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią. To samo tyczy się mojego życia na scenie, wychodzę na nią jako ja, nie udając kogoś innego.

Która z piosenek z albumu „Intymnie” jest dziś najbliżej pani?

Część z nich powstała bardzo dawno, napisałam je jako młoda osoba. Z niektórymi nie mam już żadnej wspólnej linii i styku, nie czuję ich. Ale są takie, które kocham do tej pory, jak „Piękna i rycerz” – wciąż magiczna, pomimo że nie jestem już z chłopakiem, dla którego ją napisałam. Z resztą ja stworzyłam wiele miłosnych pieśni dla autentycznie żyjących konkretnych osób, z którymi dziś już nic mnie nie łączy i do tej twórczości wracam z sentymentem. Myślę, że z tej płyty najbardziej piosenka „Ptasiek”, która była dla mnie ważna z osobistych względów. Bardziej świeże utwory są bliższe temu, kim dziś jestem – piosenki nad którymi obecnie pracuję opowiadają o tym, co dzieje się ze mną w tym momencie, a publiczność jak zwykle pozna je z opóźnieniem, chociaż ja wewnętrznie żyję nimi teraz.

Wróciła pani do Szczecina z koncertem w wyjątkowej oprawie w murach Filharmonii. Takie uzupełnienie scenografii sobie pani wyobrażała i kto odpowiadał za bajeczną scenerię?

„Sprawcą” scenografii ogrodu, który zakwitł w Filharmonii jest Paweł Talaga. Mam wielkie szczęście, że nie tylko jeździ z nami na koncerty ogarniając je od strony technicznej, ale też jest bardzo uwrażliwiony estetycznie, pomaga mi się odpowiednio ubrać, robi mi przed koncertami fryzury i także własnoręcznie rozkłada nasz ogród, który za każdym razem wygląda inaczej, to żywy organizm dostosowujący się do wymiarów i kształtu danej sceny. Jestem pełna podziwu!

Magia scenografii tkwi w państwa zaangażowaniu?

Tak chcieliśmy, tak sobie wymyśliliśmy i magią jest to, że jestem dziś z ludźmi, którym też się chce spełniać te moje wizje...

 

Prestiż  
Grudzień 2021