Kobiety rakiety

Katarzyna Opiekulska- Sozańska, Daria Prochenka, Monika Pyszkowska

Są mądre, atrakcyjne, bardzo pracowite, wychowując dzieci zarządzają firmami. Do tego: wrażliwe, empatyczne, choć potrafią być też twarde i zdecydowane. Wszystkie trzy działają w biznesie. Zarządzają ludźmi, pomagają tworzyć nowe miejsca pracy, produkują lub sprawnie funkcjonują w korporacyjnym świecie. Ich historie są szczere, nie pozbawione wzlotów i upadków – przez co inspirujące. Chociaż zdecydowanie odniosły sukces, do tego słowa podchodzą z rezerwą. Po prostu robią swoje. Oto klub trzech niezwykłych kobiet: Katarzyna Opiekulska-
-Sozańska, Daria Prochenka i Monika Pyszkowska.


Autor

Aneta Dolega

Katarzyna Opiekulska-Sozańska, założycielka LSJ HR Group

Kobieta sukcesu – zgadza się Pani z tym określeniem?

Często słyszę, że jestem osobą sukcesu, czy odniosłam sukces. Jest to jednak trochę krępujące, gdyż nie postrzegam siebie w ten sposób. Dla mnie sukces, to coś więcej niż praca. To zadbanie o siebie, czas na prawdziwe bycie ze sobą, work-life balance, a tu mam wiele do zrobienia... Są blaski i cienie tego czym się zajmuję – prowadzenie firmy z branży HR to ciężka i wymagająca praca.

Jesienią minie 20 lat, odkąd zarządza Pani ludźmi. To spory kawałek czasu i pracy.

Zaraz po studiach wyjechałam do Wielkiej Brytanii i tam się narodził pomysł na własną działalność. Kiedy jechałam na Wyspy, a był to rok 1999, Polska nie była jeszcze w Unii, mieliśmy dwucyfrowe bezrobocie. Wiele osób po studiach wyjeżdżało, żeby zarobić i nauczyć się języka. Ja też wyjechałam mając wykupiony półroczy kurs językowy w jednej z londyńskich szkół.

Było to niezbędne, żeby dostać wizę studencką, która umożliwiała legalne zatrudnienie. Po miesiącu, do szkoły sprowadziłam wielu moich znajomych, część nadal jest w Londynie. W pewnym momencie pomyślałam: skoro tylu ludzi jest zainteresowanych wyjazdami, w Polsce mamy trudną sytuację, ludzie proszą mnie o pomoc, szkoła szuka nowych klientów, z pracą nie ma problemu, to chyba można z tego zrobić biznes? Poszłam do dyrektora szkoły, przedstawiłam mały biznes plan, bardzo mocno wierząc w sukces tej inicjatywy. Dyrektor po 3 tygodniach powiedział, „idziemy w to”. Zostałam więc promotorem koncepcji połączenia nauki z pracą. I tak się zaczął mój biznes. Ostatecznie byłam przedstawicielem kilkunastu szkół językowych w UK.

Po trzech latach pracy w Londynie, wróciliśmy z mężem do Polski i otworzyliśmy firmę, która się nazywała LSJ – Londyńskie Szkoły Językowe. Rekrutowaliśmy ludzi na kursy, pomagaliśmy znaleźć pracę i zakwaterowanie, byliśmy niezwykle wiarygodni.

W 2004 roku nastąpił pierwszy kryzys. Polska weszła do Unii Europejskiej i mój czas jako firmy sprzedającej kursy językowe się skończył. Jestem osobą, która bardzo szybko odnajduje się w nowej rzeczywistości, jestem elastyczna i nie zamartwiam się. W sytuacjach kryzysowych przechodzę w tryb działania.

Po otwarciu granic zobaczyłam dla siebie szansę. Zdobyłam odpowiednią licencję i zaczęłam rekrutować ludzi z Polski do pracy w Wielkiej Brytanii. Drugi kryzys się pojawił w 2008 roku. Był to ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny. Do tego momentu moja firma bardzo dobrze prosperowała, zdążyłam w międzyczasie urodzić dwoje dzieci i… nagle koniec. Moi klienci przestali się zgłaszać z potrzebami rekrutacyjnymi. Ale tam gdzie kryzys, tam też przecież są szanse. W Norwegii, a był to kraj do którego również rekrutowałam pracowników – zmieniły się regulacje prawne i pojawiła się konieczność odbycia specjalistycznych szkoleń dla monterów rusztowań.

Dziesiątki tysięcy Polaków pracowało na budowach norweskich, więc wykorzystałam szansę i nawiązałam współpracę z norweską firmą autoryzowaną do prowadzenia tego typu szkoleń. LSJ stało się operatorem tych szkoleń. W ciągu kilku lat przeszkoliliśmy ponad 7000 osób. Dzięki temu udało mi się utrzymać ciągłość naszej działalności. Po 2010 roku zaczęłam relacje z biznesem w Szczecinie. W 2015 roku uruchomiałam kolejną linię biznesową – była to praca tymczasowa.

Pandemia, która pojawiła się dwa lata temu, akurat nie wpłynęła na nas jakoś negatywnie, choć dla wszystkich był to szok. Jedyne co się zmieniło przez ostatnie lata, to praca z ludźmi – stała się bardziej złożona. Bycie liderem nie jest łatwe i oczywiste, jego rola się zmieniła. Teraz lider musi być bardziej empatyczny, uważny, nie może widzieć w pracowniku tylko osoby, która zarabia pieniądze dla firmy. Dzisiejszy lider musi być wyjątkowo elastyczny, co akurat jest jedną z moich mocnych stron.

I nie jedyną. Dzięki jakim innym cechom udało się Pani przejść te trudne momenty?

W sytuacjach mocno stresujących, które są związane z moją pracą, stosuję wobec siebie elementu autocoachingu.

Staram się nie przeżywać tego co się wydarzyło, tylko wyciągam wnioski. Mam zdolność do szybkiego otrzepywania się z trudnych sytuacji, co jest niezwykle pomocne w prowadzeniu biznesu. Ponadto jestem optymistyczną osobą i wierzę w pozytywne zakończenie spraw. Konsekwencja, relacyjność, wiara, że będzie dobrze to moje cechy, które bardzo lubię. Bardzo pomagają w trudnych chwilach.

A jak godzi Pani pracę z życiem prywatnym?

Prowadzę firmę razem z moim mężem. Śmieję się, że robimy show-biznes, ja robię show, a Irek biznes. Jestem od relacji, nawiązywania kontaktów, nowych pomysłów. Irek trzyma w ryzach kwestie finansowe, prawne, tematy informatyczne. Jesteśmy świetnymi partnerami biznesowymi, nie mamy na tym tle konfliktów. Są dni kiedy prawie się nie widzimy. Irek nie przynosi pracy do domu, a ja niestety tak, aczkolwiek już się to zmienia. Mam fajny kontakt z synami, jeden za chwilę będzie miał 18 lat, drugi 16. Kiedy byli młodsi miałam poczucie winy, że nie spędzałam z nimi tyle czasu, ile powinnam. Rodziłam jednego z chłopców i na sali porodowej jeszcze załatwiałam interesy. Kiedy jeden z nich miał 3 miesiące jeździłam do Londynu na spotkania biznesowe w towarzystwie niani. W przerwach biegałam do łazienki z laktatorem. To było jakieś szaleństwo, ale sobie radziłam. Nie czułam, żebym robiła coś heroicznego. Po prostu – było dziecko do nakarmienia i praca do zrobienia. Poza tym, lubię życie towarzyskie. Mam przyjaciół, znajomych z którymi się regularnie spotykam. Stąd też pomysł na Szczecin Business Ladies, który założyłam trzy lata temu i do którego należą wyłącznie panie. Zainspirowałam się tą ideą będąc w Warszawie. Koleżanka, która jest dyrektorem w dużej firmie logistycznej zaprosiła mnie na spotkanie z „fajnymi babkami”.

Tam spotkałam i prawniczki, i właścicielki firm, i dyrektorki różnych instytucji. Przeniosłam to na nasz szczeciński grunt. Spotykamy się, integrujemy, wymieniamy doświadczeniami, poglądami, rozmawiamy na różne tematy, organizujemy warsztaty, odwiedzamy ciekawe miejsca, udzielamy się również charytatywnie.

 

Daria Prochenka, współwłaścicielka Clochee, marki kosmetyków naturalnych

Czym dla Ciebie jest sukces?

Dla każdego sukces oznacza coś innego, to może być zupełnie drobna rzecz albo coś tak spektakularnego jak lot w kosmos. Nie ma spójnej definicji sukcesu. Sama też nie do końca potrafię mówić o sobie w tym kontekście.

A jednak patrząc na to co robisz i co do tej pory osiągnęłaś, można śmiało użyć tego słowa… No właśnie, historia Clochee nie jest wszystkim znana. Skąd pomysł, żeby produkować kosmetyki?

Pomysł był bardzo spontaniczny. Moje życie ewoluowało, także pod kątem zawodowym. Miałam pragnienie zrobić „coś” innego, otworzyć własną firmę. Pomysłów miałam dużo, myślałam m.in. o portalach turystycznych, ponieważ fascynują mnie podróże, a wcześniej byłam związana z dziennikarstwem. Kosmetyki były na szarym końcu. Gdyby ktoś mnie zapytał 10 lat temu czy chciałabym je produkować, kazałabym tej osobie popukać się w głowę. Nie zajmował mnie ten temat, nie miałam żadnego pojęcia o ich tworzeniu. Wszystko zaczęło się zmieniać razem ze mną. Zainteresowałam się ekologią, tym co się dzieje z naszą planetą. Wprowadziłam w swoim życiu wiele zmian, począwszy od segregowania śmieci, co ponad dekadę temu nie było takie oczywiste, przez robienie porządków w lesie, po czytanie etykiet. Obok ekologii, w moim życiu pojawiła się koleżanka – Justyna Szuszkiewicz, która interesowała się kosmetologią i podczas naszego spotkania przy kawie, zaczęłyśmy o tym rozmawiać. I nagle, w środku tej rozmowy pojawiła się iskra i myśl: „Może połączmy siły, zainteresowania i zrobimy coś wspólnie razem!”. A że był to czas, kiedy na rynku w Polsce nie było właściwie ekologicznych kosmetyków, nasz pomysł wydał się nam godny ryzyka. Myślę, że przypadek i spotkanie odpowiedniej osoby spowodowało, że jestem tu, gdzie jestem. A ponieważ jestem równocześnie zadaniową osobą, staram się mocno zagłębić w temat zanim go wdrożę w życie. Zaczęłam więc czytać ustawy unijne oraz szkolić w zakresie wprowadzenia kosmetyków do obrotu. Gdy zaczęłam opowiadać ludziom czym chcę się zajmować, to patrzyli na mnie jak na kosmitkę. Głównie z tego względu, że według nich, trzeba było naprawdę wielu milionów, żeby zbudować swój zakład produkcyjny. No i trzeba się na tym po prostu znać.

Po zgłębieniu wiedzy i ustawodawstwa stwierdziłam, że wcale nie trzeba lubić chemii, ponieważ można działać na zasadzie outsourcingu. Mimo to, każdy mi wróżył porażkę, że to nie wyjdzie… no bo jak ma wyjść, skoro ja na produkcji się nie znam.

Ale mi zawsze przyświecała myśl, że nawet prezes fabryki Mercedesa nie musi być mechanikiem, ani konstruktorem aby prowadzić firmę motoryzacyjną.

I zaczęłaś ideę wprowadzać konkretnie w życie.

Kilkanaście lat temu było dużo projektów unijnych, które wspierały pomysły związane z przedsiębiorczością. Wystaruczyło mieć dobry pomysł, określony budżet oraz wiarę, że się uda. Idąc tym tropem trafiłam na Polską Fundację Przedsiębiorczości, której spodobał się nasz pomysł. Zaufała nam i na dobry początek zainwestowała. Później pojawili się prywatni inwestorzy. Od samego początku miałam wizję, że jak już coś produkować, to nie można robić tego wyłącznie lokalnie, trzeba postawić na skalę ogólnopolską i międzynarodową. Zaufanie PFP dodało nam skrzydeł. Ja byłam mocna pod względem organizacji pracy, zarządzania i marketingu, Justyna przejęła rozwój produktów, a reszta została powierzona specjalistom, którzy znali się na technologii i produkcji.

Czyli byłaś trochę jak ten prezes fabryki Mercedesa…

Niby tak, ale oczywiście nie wszystko było takie łatwe i różowe. Na etapie szukania prywatnych sponsorów, nie raz się odbijałam od drzwi i to zazwyczaj z prozaicznego powodu.

Wiele firm czy osób chciało inwestować w startupy IT. Na samym początku ciężko było także oszacować, ile kosmetyków należy wyprodukować. Musiałyśmy zlecić pierwszą produkcję i nagle pojawiło się pytanie – ile? Skąd ja miałam wiedzieć: ile się sprzeda? Czy uda w pierwszym miesiącu sprzedać sto, a może tylko pięć butelek? Nie muszę też mówić, ile błędów popełniłyśmy na początku: niepoprawne etykiety, zatykające się pompki, które z czasem trzeba było wymieniać. Te błędy wynikały też z tego, że na początku byłyśmy dwuosobowym zespołem.

Byłyśmy jednocześnie: sprzedawcami, paniami prezes, dermokonsultantkami na targach, pakowałyśmy paczki, zamawiałyśmy towar, robiłyśmy marketing, prowadziłyśmy social media. Nie robiłyśmy tylko zdjęć i nie zajmowałyśmy się stroną graficzną, za którą od samego początku jest odpowiedzialna jedna z najzdolniejszych osób jaką znam, Ewa Kaziszko, właścicielka z Motif Studio. Miałyśmy też zewnętrzne biuro prawne i księgowe, ale resztą zajmowałyśmy się same. Błędy w takim układzie były nieuniknione.

Poważne były to błędy?

Do tej pory wspominam jedną z najśmieszniejszych historii, gdy Clochee zablokowało pół ulicy Bogusława. Tam od samego początku jest sklep i biuro, a wtedy znajdował się tam również magazyn. Pamiętam oczekiwanie na pierwszy duży transport opakowań, który miał przyjechać z Wielkiej Brytanii. Nie miałyśmy wtedy jeszcze takiej wyobraźni, że duży transport przyjeżdża tirem, który najczęściej zjeżdża do centrum logistycznego lub miejsca przeładunkowego. Natomiast my zamówiłyśmy ten transport z adresem dostawy na ulicę Bogusława. Kierowca tira, który do nas jechał, zadzwonił informując, że będzie u nas za dwie godziny, ale chyba wyskoczył mu błąd w adresie, gdyż mapa kierowała go do centrum miasta. Wtedy sobie uświadomiłyśmy, że jedzie do nas wielki tir (śmiech). Bogusława jest wąską ulicą, więc czatowałyśmy aby zrobić miejsce, żeby ten tir mógł się gdzieś zatrzymać. Zadzwoniłyśmy do kilku kolegów z prośbą o pomoc. Kiedy kierowca wjechał i zatarasował całą ulicę, w tym momencie najważniejsze było, żeby jak najszybciej rozładować samochód i przenieść towar do naszego sklepu.

Kolejne, z perspektywy czasu śmieszne wspomnienie, jest takie, że przez pierwszy rok funkcjonowały kremy z literówką na etykiecie. Krem nazywał się „przeciwzmarszkowy”, bez „cz” (śmiech), ale na szczęście prawie nikt tego nie wyłapał. Może dwie czy trzy osoby zwróciły na to uwagę.

Clochee to popularna i znana marka kosmetyków,

która wypracowała sobie renomę. Dowodem tego jest nie tylko sprzedaż, ale też liczne nagrody. To dodaje pewności siebie w tym biznesie?

Nawet jeśli coś ci się uda w bizesie, to nigdy nie czujesz się pewnie. Zawsze są jakieś niespodzianki. Dwa lata temu pojawiła się pandemia. Na początku towarzyszył temu ogromny stres. Co z pracownikami? Co teraz będzie? Czy my wszyscy umrzemy? Co z produkcją? Wystarczy, że jedna osoba w fabryce zachoruje, wszystkie idą na kwarantannę. Przestały przychodzić opakowania, kontenery stanęły w portach. My co prawda nie zamawiamy towaru w Chinach, tylko w Polsce i Europie, ale w tym momencie ci wszyscy ludzie, którzy do tej pory robili zakupy w Chinach, zaczęli wykupywać opakowania w Europie, w tym moje. W międzyczasie też rynek naturalnych kosmetyków bardzo się rozwinął, pojawiły się nowe marki, potencjalna konkurencja. Ciągle więc musisz mieć gardę wysoko podniesioną. Ja nigdy jej nie odpuszczam. Nie miałam jeszcze takiej sytuacji, żebym sobie usiadła z kawą w fotelu i napawała się sukcesem. Kiedy prowadzisz swój biznes, ciągle są jakieś przygody. Ciągle trzeba gonić tego przysłowiowego króliczka.

Dużo chyba spędzasz czasu w pracy?

Zdałam sobie kiedyś sprawę, że nie byłam nawet na normalnym urlopie macierzyńskim. Związana jest z tym też zabawna historia. Moje pierwsze dziecko urodziłam przez cesarskie cięcie, więc wiedziałam, kiedy mam się zgłosić do szpitala. Dzień przed tym wielkim wydarzeniem, wysłałam do wszystkich pracowników maila, że nie ma mnie od jutra w pracy, że wszystkie zadania zostały podzielone i proszę do mnie nie dzwonić, nie pisać, bo o godzinie 9:00 będę rodziła. W szpitalu okazało się, że moja operacja została przesunięta o kilka godzin.

Co w tym czasie robi kobieta, która prowadzi swój biznes?

Zagląda do maila, na firmowy komunikator i zaczyna odpisywać na wiadomości. I nagle wszyscy do mnie zaczęli pisać: „Daria, urodziłaś 10 minut temu i już wróciłaś do pracy?!” (śmiech).Później będąc już w domu, w teorii na urlopie macierzyńskim, zajmując się dzieckiem, non stop wisiałam na telefonie.

Tak samo podczas każdych wakacji. Nie ma u mnie czegoś takiego jak urlop. Bardzo często zabieram komputer na wyjazdy. I zawsze do niego zaglądam. Może to być też związane z moją osobowością. Nie jestem typem człowieka, który ucieka na dwa tygodnie. Mnie praca interesuje, ciekawi. Ja to po prostu to lubię.

Praca sprawia mi bardzo dużo frajdy i satysfakcji.

A bliscy?

Czasami mają z tym problem. Moja mama ciągle mówi, że „wiszę na telefonie”, że się z nim nie rozstaję. Obraziła się nawet raz z tego powodu. Wzięłam sobie to bardzo do serca i staram się teraz odkładać wszystko i skupiać na rozmowie z nią. Oczywiście w domu też zdarzały się konflikty na tym tle. Na wakacjach ciągle słyszałam od partnera: „Weź się już odłącz!”(śmiech).

Tak było głównie na początku, gdy zespół Clochee był mały. Teraz mogę się skupić tylko na zarządzaniu, od tamtego czasu ekipa znacznie się rozrosła.

 

Monika Pyszkowska, ECE Projektmanagement Polska, członek zarządu, Dyrektor Działu Zarządzania Centrami Handlowymi w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech

Sukces – potrafi Pani zdefiniować to pojęcie?

Na pewno dla mnie sukcesem nie jest to, że ktoś zajmuje wysokie stanowisko, tylko że coś stworzył, że się angażuje, realizuje swoje plany i zamierzenia, że wchodzi w swoje działania całym sercem, a dzięki temu osiąga dobre wyniki. Sama robię swoje, nie skupiam się na tytułach. Kiedy zaczynałam pracę zawodową, miałam oczywiście ambicje, cele, ale nigdy nie chodziło o zdobycie konkretnego stanowiska tylko o generalny rozwój, o osiągnięcie satysfakcji. Po prostu robię to co lubię i angażuję się na 100 procent. Lubię pracować z ludźmi, lubię podejmować decyzje, lubię mieć na coś wpływ. Tym się kierowałam od samego początku.

A co Panią napędza w pracy?

Osiąganie założonych celów i konsekwentne do nich dążenie. Myślę, że trzeba mieć silny charakter, żeby nie dać się złamać przeciwnościom losu. Jeśli coś nie wyjdzie, to należy się nie poddawać, szukać nowych rozwiązań i szans. Trzeba mieć otwarty umysł i słuchać też innych.

Była Pani dyrektorką C.H. Kaskada. Otwierała Pani centrum handlowe, które stanęło na miejscu dawnego, owianego kultem klubu nocnego, który spłonął i pozbawił wielu ludzi życia? Było to trudne zadanie?

Jestem szczecinianką, więc kiedy pojawiła się w mojej firmie opcja otwarcia Kaskady, to sama się zgłosiłam do tego projektu. Było to dla mnie ważne. Szczecin to moje rodzinne miasto i nikt inny nie spojrzałby na nie tak jak ja. Uwzględniłam historię tego miejsca, byłam otwarta na opnie z zewnętrz, spotykałam się z przedstawicielami szkoły gastronomicznej oraz rodzin osób, które zginęły podczas tego tragicznego pożaru, jaki miał miejsce w 1981 roku w dawnej Kaskadzie. Z nimi uzgodniłam umieszczenie tablicy pamiątkowej na fasadzie od strony ul. Bałuki. Kiedy przekazywałam zarządzenie Kaskady koledze, to zadbałam o to by pamięć o tym ważnym dla Szczecina wydarzeniu została zachowana i uszanowana. Otwarcie Galerii Kaskada było dla mnie ogromnym wyzwaniem, także z innego względu. Robiłam to po raz pierwszy sama jako dyrektor centrum, bez żadnego wsparcia drugiej osoby, jak to miało miejsce w Galerii Krakowskiej, którą otwieraliśmy wraz z kolegą. Oczywiście proces otwarcia i dalszego funkcjonowania galerii wspierał zespół wspaniałych i równie zaangażowanych osób, bez których sukces byłby niemożliwy, jednak pełna odpowiedzialność leżała po mojej stronie. Musiałam stworzyć wiele procesów i procedur, opracować i konsekwentnie realizować strategię marketingową, zatrudnić ludzi, zorganizować ich wyszkolenie. Do tego przygotować samo otwarcie i galę wieczorną. Po otwarciu nie było czasu na odpoczynek i świętowanie. Pojawiły się inne zadania. Nie ukrywam, że moment otwarcia Galerii Kaskada był mocno stresujący i tu można było łatwo ocenić czy udało się osiągnąć sukces. Oprócz takich ważnych gości jak prezydent miasta, który się pojawiał na przecięciu wstęgi, najważniejsi byli klienci – czy skorzystają z zaproszenia i licznie przyjdą na otwarcie, a następnie czy staną się naszymi stałymi klientami. Otwieraliśmy o 8 rano, a ja przechadzałam się po centrum już o siódmej. I byłam nieco przerażona. Nikogo nie ma, pewnie nikt nie przyjdzie – myślałam (śmiech). Byłam mocno przejęta, tym bardziej, że na otwarcie przyjechali moi przełożeni i sam właściciel naszej firmy. Poza tym w 2011 roku centrum handlowe nie było już taką atrakcją dla ludzi jak jeszcze 10 lat wcześniej, kiedy ta forma wchodziła dopiero na polski rynek. Stąd też moja trema. Na szczęście galeria szybko zapełniła się ludźmi.

A jak Pani zareagowała na wieść o pandemii. Lockdown-y uderzyły mocno w centra handlowe.

Kiedy pojawiła się informacja o pandemii to nie mogłam w to uwierzyć, że działalność centrów handlowych zostanie ograniczona. Myślałam, przecież nie można czegoś zamykać, odcinać ludzi od pracy, narażać ich na straty finansowe. Ale stało się i wszystko działo się bardzo szybko. Pamiętam, że centra handlowe musiały zostać zamknięte w sobotę, a w piątek wieczorem zorganizowałam wideokonferencję, w czasie której wraz z moimi współpracownikami podzieliliśmy się zadaniami, wszystko dokładnie omówiliśmy i w ciągu kilku godzin przygotowaliśmy czasowe zamknięcie naszych centrów handlowych. Postanowiłam, że trzeba skoncentrować się na działaniu, a nie narzekaniu. Mam coś takiego w sobie, że kiedy pojawia się sytuacja kryzysowa, to pojawia się coś w rodzaju siły, która mnie pcha do działania, na zasadzie akcja – reakcja. Kiedy opanowaliśmy sytuację, pojawiła się refleksja: co będzie dalej? Większość ludzi pracowała z domu ale dyrektorzy, osoby zarządzające musiały przychodzić do centrów handlowych. Pamiętam ten widok – był przygnębiający. Pusto i cicho. Naprawdę trzeba było włożyć sporo siły w to, żeby zmotywować swoich współpracowników, aby uwierzyli, że damy radę i to tylko przejściowe problemy, że za chwilę wszystko wróci do normy i centra handlowe będą tętniły życiem. Mimo, iż nie widzieliśmy się fizycznie, cała ta sytuacja bardzo nas do siebie zbliżyła i wzmocniła jako zespół. Moi współpracownicy poczuli, że nie są sami, zresztą z wzajemnością. Fajnie jest czasem samemu walczyć, ale cenne jest także wsparcie ludzi, którzy czują to samo i w pełni rozumieją sytuację.

Praca – drugi dom?

W pracy jestem właściwie cały czas, nawet jak jestem na urlopie, choć nie z taką samą intensywnością. Nie wiem czy powinnam się do tego przyznawać (śmiech).

Oczywiście potrafię ustawić priorytety oraz korzystać z wolnego czasu. Każdy ma na wypoczynek swoją metodę. Na przykład, wolę w miarę na bieżąco sprawdzać wiadomości niż po powrocie z urlopu zostać zarzucona mailami. Poza tym, lubię wiedzieć co się dzieje, lubię rozwiązywać problemy na bieżąco. Ważne jest dla mnie, aby moi współpracownicy mieli pewność, że mają we mnie wsparcie. Poza pracą i rodziną mam spore grono przyjaciół, swojego squasha, w którego namiętnie gram w każdej wolnej chwili. Moją pasją są również podróże, te bliskie i te dalekie. Myślę, że moi bliscy są ze mnie dumni, ale przede wszystkim bardzo mnie wspierają. Bez nich wiele rzeczy by się nie udało… Szczególnie częste służbowe podróże po Polsce czy po Europie. W tym też pomagają mi moje umiejętności organizacyjne. Pewnie też dlatego mój nastoletni syn ma mnie wpisaną w telefonie jako „Boss” (śmiech). Jestem elastyczną osobą, kilkukrotnie się przeprowadzałam, pracowałam w różnych miastach w Polsce i w Niemczech, gdzie zarządzałam kilkoma galeriami handlowymi.

Dobrze się czuje w międzynarodowym środowisku, potrafię się szybko zaadoptować w nowych okolicznościach, staram się zrozumieć inną mentalność, a procesy dostosowywać do warunków i zasad panujących w danym kraju. Dlatego też cieszę się z każdego kolejnego miejsca, którym mogę się zawodowo zajmować. A trochę się tego ostatnio nazbierało, bo obecnie odpowiadam za 18 centrów handlowych w czterech krajach, w Polsce, Czechach, na Słowacji i Węgrzech. Myślę, że warto odrzucać przerobione schematy, otwierać się na nowe rzeczy, czerpać inspirację z nowych zadań, kultur i starać się spojrzeć na daną sytuację z różnych perspektyw. To jest bardzo przydatne w naszej pracy i ogólnie w życiu.

Katarzyna Opiekulska-Sozańska

Jest dyrektor zarządzającą i współwłaścicielką firmy rekrutacyjno-szkoleniowej LSJ HR Group, która od 20 lat działa na szczecińskim rynku. Agencja LSJ wspiera przedsiębiorców w znalezieniu pracowników i w skutecznym motywowaniu zatrudnionych już ludzi,

jak i kandydatów w zdobyciu pracy adekwatnej do umiejętności, doświadczenia i aspiracji. Jest inicjatorką największej na Pomorzu Zachodnim konferencji dotyczącej kapitału ludzkiego, czyli #HRSzczecin. To także założycielka Fundacji Rozwoju Zawodowego Talent&Kariera, która wspiera młodych ludzi w wyborze drogi zawodowej i edukuje na temat rynku pracy. Jest również założycielką Szczecin Business Ladies – przestrzeni dla kobiet biznesu, które chcą dzielić się ze sobą swoimi doświadczeniami i wspierać swoje inicjatywy. To także propagatorka idei networkingu i „human relations” w HR-rze. Jest przekonana, że od dobrych relacji w głównej mierze zależy powodzenie podejmowanych działań. Dzięki takiemu podejściu firma, którą prowadzi z życiowym partnerem, Ireneuszem Sozańskim, z roku na rok się rozwija. Na liście płac LSJ HR Group jest aktualnie ok. 1,5 tys. pracowników tymczasowych oraz stały zespół 40 rekruterów, konsultantów i pracowników administracyjnych. Katarzyna Opiekulska-Sozańska to lokalna patriotka. Wszystkie podejmowane przez nią działania podszyte są dbałością o dobro regionu i pracodawców, którzy tutaj realizują swoje inwestycje i zatrudniają ludzi.

Daria Prochenka

Przez wiele lat związana z lokalnymi mediami (TV Gryf, TVP Szczecin, Hot magazine, Radio Szczecin, Magazyn Szczeciński Prestiż) jako dziennikarz i prezenter, redaktor naczelna i dyrektor wydawniczy. Od 2013 roku współzałożycielka i prezes marki kosmetyków naturalnych Clochee, po które sięgają także znani i lubiani: Katarzyna Tusk, Agnieszka Hyży, Małgorzata Rozenek-Majdan, Katarzyna Bujakiewicz, Zofia Zborowska, Wojciech Błach. Pod kierownictwem Darii z małej szczecińskiej firmy, Clochee rozbudowało asortyment do 130 kosmetyków, w kategoriach: pielęgnacji twarzy i ciała dla kobiet, pielęgnacja dla mężczyzn, dzieci oraz w marce Pure by Clochee. Kosmetyki otrzymały pokaźną listę nagród m.in.: Qltowy kosmetyk – magazynu Kosmetyki, Glammies – magazynu Glamour, Best Beauty Buys – magazynu In Style, czy Elle Beauty Awards. Filozofia marki oraz działania CRS zostały wyróżnione

w plebiscycie Równa Firma, zorganizowanym przez Uniwersytet Szczeciński i koła naukowe Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania, a także przez Prezydenta Miasta Szczecina jako marka „Zrobione w Szczecinie”. Daria jest laureatką konkursu Lady Business Awards 2018, Ikona Biznesu 2019 wg konkursu Magnolie Biznesu, Liderka Biznesu 2012 wg konkursu SheO Awards organizowanego przez magazyn WPROST oraz Liderka w kategorii polskich kosmetyków ekologicznych 2021 wg Magazynu Businesswoman & Life.

Monika Pyszkowska

Z firmą ECE związana jest od maja 2002 roku. Po szkoleniu w Niemczech zarządzała wieloma centrami handlowymi, między innymi Potsdamer Platz Arkaden w Berlinie, Galerią Dominikańską we Wrocławiu. W 2006 roku przygotowywała do otwarcia, a następnie zarządzała Galerią Krakowską. Natomiast od stycznia 2011 roku wróciła do rodzinnego miasta Szczecin, aby przygotować do otwarcia kolejne centrum firmy ECE – Galerię Kaskada, w której pozostała w funkcji dyrektora centrum do grudnia 2015. W okresie od 01.01.2016 do 30.06.2017 zarządzała największym centrum handlowym, znajdującym się w portfolio firmy ECE Polska, a mianowicie Silesią City Center w Katowicach. Od 1 lipca 2017 objęła funkcję Dyrektora Działu Zarządzania Centrami Handlowymi w 3 krajach: Polsce, Czechach oraz na Słowacji, a od lipca 2021 dodatkowo na Węgrzech, także obecnie odpowiada za cztery kraje i osiemnaście centrów handlowych. Dodatkowo od 01.01.2021 pełni funkcję członka zarządu firmy ECE w Polsce, w Czechach i na Słowacji.

foto: Aleksandra Medvey-Gruszkamakijaże: Agnieszka Noska, Ewelina Owsińska
włosy: Żaklina Mrozek
stylizacje: Justyna Galikowska

Podziękowania dla salonu Marella za udostępnienie ubrań do sesji.