Pół żartem, pół serio szczecińskiej operetki i opery

Zaczęło się od prywatnej operetki w czasach socrealizmu i występach w sali podarowanej przez MO. Dziś to Opera, która mieści się w zamkowych wnętrzach i jest jednym z najnowocześniejszych obiektów tego typu w Europie. W ciągu 65 lat istnienia szczecińskiego teatru muzycznego odbyło się 200 premier różnego repertuaru. Ale to sztuka żywa, nie zawsze więc wszystko przebiegało zgodnie z planem i życzeniem reżysera. Wpadki i zabawne sytuacje były nieuniknione. Ale to także element historii tej instytucji przypominany m.in. przez wielkich artystów, z których słynęła szczecińska scena.

Autor

Dariusz Staniewski

Najpierw tzw. rys historyczny. Wszystko zaczęło się w 1956 roku. A był to bardzo burzliwy czas dla Polski. Najpierw wydarzenia poznańskiego czerwca, potem październikowy przełom i w końcu w samym Szczecinie w grudniu doszło do antysowieckich zamieszek, w wyniku których m.in. mieszkańcy stolicy Pomorza Zachodniego zdemolowali konsulat ZSRR na Jasnych Błoniach. Jesienią 1956 roku zawiązało się w Szczecinie Towarzystwo Miłośników Teatru Muzycznego – prywatna inicjatywa kilkunastu osób. We wrześniu liczyło już 37 osób. Wszystkim przyświecał jeden cel – utworzenie pierwszego w Szczecinie profesjonalnego teatru muzycznego. Pomysłodawcą powstania teatru muzycznego był Jacek Nieżychowski. Nowa scena była w zasadzie prywatną inicjatywą, choć wykorzystującą do działalności państwowe środki. Mimo to niezależną od władz samorządowych i państwowych. W październiku 1956 roku powstała Operetka Szczecińska Towarzystwa Miłośników Teatru Muzycznego. Pierwszym dyrektorem nowej instytucji został Jacek Nieżychowski.

Premiera

25 stycznia 1957 roku w Domu Kultury Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego przy ulicy Bohaterów Warszawy odbyła się pierwsza premiera. To była operetka „Kraina Uśmiechu” Franza Lehára. Debiutowała w niej Irena Brodzińska, późniejsza gwiazda szczecińskiej sceny.

– Doskonale pamiętam tę premierę. Zima, przeraźliwy ziąb, między sceną a widownią w suficie była dziura. My w eleganckich, wydekoltowanych sukniach, widzowie siedzieli w futrach, a z dachu sypał autentyczny śnieg! – wspominała artystka w rozmowie z Magazynem Szczeciński Prestiż.

Wkrótce po premierze zmieniono siedzibę. Od Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej uzyskano salę gimnastyczną przy ulicy Potulickiej i zaadaptowano ją na potrzeby teatru.

31 grudnia 1957 roku odbyła się w niej premiera operetki „Cnotliwa Zuzanna” J. Gilberta. Sala mająca być tylko tymczasową została siedzibą operetki na 20 lat. Ale władze centralne krzywo patrzyły na istnienie takiego prywatnego, de facto, tworu jakim było TMTM. Operetka została upaństwowiona 1 maja 1958 roku. W jej miejsce powstało przedsiębiorstwo pod nazwą Państwowy Teatr Muzyczny w Szczecinie. Na Potulickiej, w ciągu dwóch dekad działalności, odbyło się 71 premier, zagrano 5500 przedstawień, które obejrzało ponad 3 mln widzów. Największą popularnością cieszyły się spektakle: „Baron Cygański, My Fair Lady, Zemsta nietoperza, Kraina uśmiechu czy Życie paryskie„.

W latach 1965 – 69 z teatrem związany był Ryszard Karczykowski, światowej sławy solista, który współpracował i występował ze sławami wokalistyki światowej, m.in. z Kiri Te Kanawa i Placido Domingo. Przypomina jedną z zabawnych sytuacji ze sceny szczecińskiego teatru.

Podczas prób do operetki „Noc w Wenecji” J. Straussa kreuję postać Caramella. Reżyser daje mi zadanie: trzeba „dopłynąć” gondolą zza kulis do przystani. Ta przystanią jest podest.

W gondoli siedzi – udając zemdloną – moja koleżanka, którą po dotarciu do przystani mam podnieść, przełożyć przez ramię, a następnie ostrożnie usadowić na schodku. Zadanie dość proste dla kulturysty, ale nie dla wątłego tenora! Choć na próbach reżyserskich z tym problemem sobie radziłem. Niestety na próbie generalnej z udziałem publiczności moja koleżanka występuje w wielkim kostiumie ze stalowym stelażem w stylu rokoko, a ja mam na głowie wielki kapelusz gondoliera, co oczywiście diametralnie zmienia sytuację. A z prawami fizyki się nie dyskutuje... Kiedy usiłuję więc usadowić partnerkę na ramieniu, ciężar przeważa i.… oboje lądujemy w innej dekoracji – w Kanale Grande, ukazując publiczności fikające nogi. Na szczęście, oprócz siniaków nic nam nie jest. Jednak od tego czasu inny gondolier wykonuje to zadanie. Cóż, zawód amanta to niebezpieczna przygoda... – wspomina Ryszard Karczykowski.

Monika Myszkowska, solistka występująca na scenie operetki w latach 1970–1989 przytacza anegdotę ze spektaklu „Henryk VI na łowach” Polowanie. Na scenie jest kilku myśliwych w kostiumach z epoki. Na smyczach trzymają psy, własność aktorów. Nagle na scenę wchodzi kot. Dostojnym krokiem, jak to kot. Zaczyna się istne szaleństwo. Nie pamiętam, kto był głośniejszy, sfora czy orkiestra, ale raczej sfora. W teatrze tak już jest, że dziecko lub żywe zwierzę „załatwia” scenę. Reszta może już iść do domu. Od tej pory dyrekcja wydała kotom absolutny zakaz wchodzenia do Teatru. Jeśli jednak jakiś przemknął, to przedstawienie oglądał stojąc w kulisie – opowiada Monika Myszkowska.

Przeprowadzka

W 1971 roku dyrektorem szczecińskiej opery został Tadeusz Bursztynowicz. To dzięki niemu teatr został przeniesiony do nowej siedziby – południowego skrzydła wyremontowanego Zamku Książąt Pomorskich.

Ewa Rossa-Gowor była solistką związaną z operą w latach 1973–1993.

Próba generalną opery „Tosca“, w której w ostatniej scenie skaczę z murów zamku do Tybru. Wysokość godna – dobre kilka metrów, pod spodem ułożone są materace – mają być moją trampoliną. Skaczę wiec do tego Tybru… Ale – czego w zamierzeniach scenograficznych i artystycznych nie ma – odbijam się od trampoliny kilka razy ukazując się w locie wiele razy. Dobrze, że widownia jest pusta, bo w libretcie o tak wielu skokach Toski nie wspomniano. Po tej wpadce reżyser, dyrektor Tadeusz Bursztynowicz podejmuje decyzję, że na scenie zostanie tylko jeden mały materac, a w locie – w razie czego – łapać będą mnie maszyniści, skoro już taka skoczna jestem – mówi artystka.

I przytacza jeszcze jedną zabawną sytuację, która wydarzyła się podczas jednego ze spektakli „Madame Butterfly“.

Śpiewam bardzo dramatyczną arię z dzieckiem na ręku: „Żegnam cię, o skarbie drogi… “. Nagle czuję, jak robi mi się ciepło na sercu i… bardzo mokro na kimonie. Cóż, dziecko nie wytrzymuje decybeli i emocji… – opowiada Ewa Rossa – Gowor. Od 1975 roku z operą związany jest znany szczeciński aktor i solista Wiesław Łągiewka. Oto kilka jego anegdot. „Dobranoc, Bettino” to świetna komedia muzyczna, wyreżyserowana przez Ewę Kołogórską. Na scenie Grażyna Brodzińska

i ja. Po ślubie, w swojej scenicznej sypialni, szczęśliwi śpiewamy piosenkę „Na via Appia”. Na widowni siedzi Ewa Kołogórska, a przed nią dwie panie. Po skończonym duecie jedna do drugiej mówi o mojej partnerce na deskach: „– Ona to ładna kobieta, ale on jakiś taki kucaty” – stwierdził aktor.

Do innej zabawnej sytuacji doszło w trakcie jednego z przedstawień „Pięknej Heleny”.

Gram Ajaxa II. Aria Heleny (Jadwiga Bigoszewska) dramatyczna, wyrzuty w stosunku do Menelausa (Bogdan Rzeszowski). Helena śpiewa, Menelaus je śniadanie na kocu, wyciąga wiktuały: kanapki, napoje, dwa jajka – zawsze gotowane. Ale tym razem rekwizytorka Danusia Kowalska daje mu dla żartu surowe. Wszyscy o tym wiedzą i czekają za kulisami na to, co się wydarzy. Menelaus zjada kanapki, popija z butelki, wreszcie bierze jajko, by je rozbić, jak zwykle na czole. Teraz też rozbija na czole i jajko rozlewa mu się po twarzy. A Helena, widząc to, kończy arię tyłem do widowni. Bo podobnie jak widownia nie może powstrzymać śmiechu – wyjaśnia Łągiewka.

I przytacza kolejną anegdotę. Księżyc, czyli Zygmunt Gorczyński strzela za nieposłuszeństwo. Stoimy na wysokiej skale. Za chwilę ma się pojawić czterech oprychów z armatami. Wchodzi trzech, niosąc ciężkie armaty na plecach. Za chwilę wchodzi czwarty, inspicjent Czesiu Twarowski, ale bez armaty, trzymając ręce z tyłu, tak jakby ją miał. Pada hasło: „– A więc cel i pal armato, wal”. Czesiu oczywiście nie strzela i naraz słyszymy jego słowa z charakterystycznym „r”: „- O k…a, arhmaty zapomniałem”. Jak się później dowiedziałem, celowo zagadał go Mirek Kosiński, wielki kawalarz Teatralny – opowiada Wiesław Łągiewka

I jeszcze sytuacja prosto z budki suflera. Już mam wypowiedzieć swoją kwestię, a tu co widzę?! Jest upał i Ela Alama – suflerka siedząca przy swoim pulpicie spokojnie wachluje się spódnicą. Tekst wylatuje mi z głowy. Podchodzę do niej bliżej, aby mi podpowiedziała, a ona tę spódnicę podnosi… całkiem! Całą i nadal spokojnie. Całe szczęście, że ma figi! Ale tekst jeszcze trudniej sobie przypomnieć… – zapewnia aktor.

Nową siedzibę na Zamku otwarto w kwietniu 1978 roku. Repertuar poszerzono o sztuki operowe, musicale, przedstawienia dla dzieci oraz wydarzenia plenerowe, które odbywały się na dziedzińcu zamkowym. Mirosław Kosiński – solista związany z operą od 1979 roku. Kolejna „Halka”. Może to rutyna powoduje, że wychodząc w drugim akcie do duetu z Jontkiem zapominam tekstu.

Zapytany inspicjent rzecze tylko stoicko: „Przypomni ci się”. Ale wchodząc na scenę nie pamiętam ze stresu również muzyki! Po kilku akordach orkiestry daję radę jedynie wykrzyczeć do Halki bezsensowne słowa: „Po co tu jesteś, gadaj! Kto ci kazał?”. Sytuację ratuje Jontek podejmując dalej, choć ze śmiechem, akcję opery. Dalej wszystko toczy się normalnie, oprócz tego, że dyrygent Jacek Kraszewski leży na pulpicie i nawet nie usiłuje machać batutą. To wszystko to zdecydowanie wina librecisty, bo kto właściwie zaczyna frazę od słów: „Wszak ci mówiłem”? – wspomina Kosiński.

I kolejna anegdota. Wielką popularnością publiczności cieszą się zawsze arie i duety operetkowe. Romka Jakubowska-Handke ma za chwilę zaśpiewać pięknego czardasza z „Hrabiny Maricy” pod tytułem „Gdy cygańskie skrzypki grają”. Tadziu Klimowski pełniący rolę konferansjera koncertu ciut za długo pewnie wpatrywał się w dekolt solistki, bo z wielką swadą zapowiada: „Gdy skrzypańskie cycki grają”. „Skrzypańskie”! „Cycki”! Oczywiście w koncercie następuje krótka przerwa. Nie powiem, po takim dictum uzasadniona – opowiada artysta.

Pewną zabawną sytuację przytacza także Roma Jakubowska-Handke, związana z operą w latach 1983–1996.

Bardzo dużym powodzeniem zarówno w Polsce, jak i w Niemczech cieszyło się przedstawienie Freda Raymonda „Błękitna Maska”. Graliśmy ją przez kilka lat przy pełnej widowni. Kiedy przyszedł czas na ostatnie przedstawienie, czyli tzw. zielony spektakl, każdy z nas był ostrożny i wyczulony, gdyż tradycją jest robienie sobie wzajemnie różnych zaskakujących dowcipów na scenie. Mimo obaw przedstawienie przebiega spokojnie. Kiedy więc docieramy do ostatniej sceny – oddychamy z ulgą. W tym ostatnim fragmencie sztuki, Juliszka, której rolę gram, wskakuje w wysokie kozaki i bierze obraz ze sztalugi, aby pokazać go publiczności. Scena ta wymagała szybkiego tempa i precyzji z uwagi na konieczność synchronizacji z muzyką. Podbiegam więc do butów, szybko w nie wskakuję i… padam przed siebie jak długa. Okazuje się bowiem, że panowie techniczni chcieli zrobić kawał na scenie i przybili moje buty do podłogi. Zbieram się więc, nie tracąc cennych taktów muzyki, zabieram obraz ze sztalugi i gnam na proscenium, z ledwością wyhamowując i ratując się przed upadkiem do kanału orkiestrowego. Jestem bowiem w rajstopach, a podłoga jest bardzo śliska. Niczego nieświadoma publiczność gotuje mi gorące brawa, tak więc porażkę przekuwam w sukces! – opowiada artystka.

Idzie nowe

W 1987 roku teatr po raz kolejny zmienia nazwę. Tym razem na „Opera i Operetka w Szczecinie”. Ale wkrótce w Polsce dochodzi do transformacji ustrojowej i gospodarczej. W 1999 roku instytucja zostaje przejęta przez Samorząd Województwa Zachodniopomorskiego. Ewa Filipowicz – solistka opery w latach 1992–2011 wspomina pewne przedstawienie „Carmen” w której grała główną rolę. Jako Don José występuje Edward Kulczyk.

Don José, zdradzony i odtrącony przez Carmen, w pięknym bardzo emocjonującym duecie, na kolanach błaga, aby Carmen wróciła do niego, bo nie może bez niej żyć. Carmen niestety woli wybrać śmierć niż wrócić do mężczyzny, którego już nie kocha. W głębi sceny słychać okrzyki – to Torreador Escamillo przyjmuje od tłumu wiwaty w związku z kolejną wygraną. Carmen podbiega do bramy – w tym czasie odtrącony Don José powinien zabić Carmen. Tak się jednak nie dzieje. Konsternacja – Carmen cicho, słyszalnie tylko dla partnera mówi: „Zabij mnie!”, natomiast Don José odpowiada: „No chodź!”, „No zabij mnie”,

„No chodź!”. Ta przepychanka słowna powtarza się kilka razy, aż sama Carmen podbiega i nadziewa się na nóż trzymany przez Don José. I tak Carmen pada na scenie zgodzie z treścią libretta. Musiała sobie „pomóc” … Tutaj przypomina mi się wymyślony przeze mnie dowcip lub może bardziej pytanie: po czym można poznać, ile razy solistka śpiewająca rolę Carmen wcieliła się w jej postać? Odpowiedź brzmi: po bliznach! Ja tych blizn mam 152, na ciele nie ma wolnego miejsca! – żartuje Ewa Filipowicz.

Ostatnia zmiana?

Od 2000 roku obowiązuje kolejna nazwa teatru: „Opera na Zamku w Szczecinie”. Po raz kolejny także zmieniono adres siedziby. Bo w latach 2010–2015 przebudowywano i modernizowano cały obiekt. W tym czasie Opera na Zamku przeniosła się do specjalnie wybudowanej w tym celu hali przy ulicy Energetyków. W listopadzie 2015 roku teatr wraca na Zamek – wyremontowana siedziba zostaje oddana do użytku. To obecnie jeden z najnowocześniejszych takich obiektów w Europie. Posiada trzy sceny, a widownia sali głównej liczy ponad 500 miejsc. Sala Kameralna im. Jacka Nieżychowskiego mieści 120 osób, a Galeria O.– 200 osób. Historia szczecińskiej opery to ponad 200 premier z bardzo zróżnicowanego repertuaru m.in. operowego, baletowego, operetkowego i musicalowego. Czym nas jeszcze zaskoczy?

 

foto: zbiory prywatne rodziny Nieżychowskich, Ireny Brodzińskiej oraz Opery na Zamku. Wykorzystano: wydawnictwo Opery pt. „U źródeł szczecińskiej sceny muzycznej…” oraz cyklu Opery na Zamku autorstwa Magdaleny Jagiełło – Kmieciak pt. „Ups, zdarzyło się...”.

 

Prestiż  
Czerwiec 2022