65 lat Opery na Zamku. Nigdy nie była tak wielka jak dziś

Dlaczego nie będzie „akademii ku czci” opery na zamku, prywatnej inicjatywy kilku osób bez której operetkowej i operowej sceny nie byłoby w szczecinie, kim był Jacek Nieżychowski – spirytus movens całego przedsięwzięcia, czym się różni szczecińska inscenizacja „Króla Rogera” od innych i jakie nas czekają przyjemności związane z jubileuszem tej instytucji w rozmowie z jej dyrektorem – Jackiem Jekielem.

Autor

Dariusz Staniewski

Opera na Zamku obchodzi wspaniały jubileusz. Ale w programie imprez przygotowanych z tej okazji nie widzę tradycyjnej i bardzo popularnej w Polsce uroczystej „akademii ku czci”. Nie będzie więc sprawdzonego przez lata obyczaju – „ręka, klapa, goździk”, nagród, odznaczeń, listu gratulacyjnego od ministra kultury?

Urodziłem się dawno temu (śmiech). Mam dokładnie tyle lat co Opera w Szczecinie. Nie wierzę w numerologię, ale tak się czasami zastanawiam, czy to jest przypadek (śmiech). Przeżyłem sporo lat w PRL-u.I nie raz uczestniczyłem w jakichś akademiach ku czci, jubileuszach itp. To były dramatycznie nudne imprezy na których ziewałem, spałem. Przypomina się ta nieśmiertelna fraza z „Podwieczorku przy mikrofonie” z bodaj 1957 roku: „siedzę w teatrze i patrzę, śpi rząd pierwszy, drugi i trzeci, ja nie śpię, ja patrzę, ja mam żonę i dzieci” (śmiech). Te imprezy były beznadziejne, ich rytualny charakter, pompatyczność, beznadziejny kontent, nawet oprawa artystyczna była często nieadekwatna. To wszystko odstręczało mnie od takich uroczystości. Nie oglądałem też takich gal w telewizji w czasach PRL-u, choć odbywały się z udziałem często wybitnych artystów ówczesnej sceny. Jednak nie lubiłem tej estetyki. Wychowałem się na progresywnym rocku przełomu lat 60. i 70. I ten świat dorosłych, zastany, był mi kompletnie obcy. Ja go kontestowałem, myślę, że tak jak większość młodych ludzi wówczas. I to mi zostało. Ta niechęć do pompatyczności, do takich uroczystości, w których jest sztywno, nudno, czasami głupio. Choć są oczywiście bardzo ważne powody, dla których ludzie się na nich spotykają. I jak tu teraz zrobić te obchody 65-lecia Opery? A mam już za sobą obchody 60-lecia, które zrobiłem trochę też po swojemu.

Jak więc będą wyglądać obchody 65-lecia?

Ustaliłem z dyrektorem artystycznym, że stworzymy ciąg wydarzeń, które będą się układały w coś, co można nazwać obchodami jubileuszowymi, a jednocześnie to nie będą obchody. Bo jesteśmy instytucją artystyczną. A cóż ona może dać swoim widzom jak nie sztukę? Zależało mi na kilku rzeczach. Chciałem spojrzeć na jubileusz jakby z dwóch stron – od spojrzenia w przeszłość. Jednocześnie z pewną refleksją, która nam towarzyszy dzisiaj, tu i teraz. I również może trochę taki rzut okiem w kierunku przyszłości. Czyli, powiedzmy, dwa wektory i jedna linia constans. Chciałem, żeby to spojrzenie ku przeszłości wyglądało pozornie mało oryginalnie. Teatr rozpoczął swoje życie w styczniu 1957 roku premierą „Krainy uśmiechu” Franza Lehára. Nie chciałem robić typowego spektaklu. Bo zmierzenie się z ikoniczną historią, którą ludzie często mają w pamięci i być może oglądali ją wiele razy, nie jest zbyt dobre. Znacząca część widowni lubi tradycyjne przedstawienia i myślę, że w tym świecie powinna pozostać. Pewnych rzeczy nie powinno się tykać. Zawsze powtarzam, że tradycja jest rzeczą dobrą, pod warunkiem, że nie robi się jej tradycyjnie. Postanowiłem przywołać tę „Krainę uśmiechu”, ale w innej wersji. Czyli artyści są w strojach, ale orkiestra nie jest schowana do orkiestronu, tylko jest na scenie. Wersja koncertowa, ale reżyserowana. Na to się mówi semi-stage. To był ukłon w stronę wiernych fanów Opery, którzy być może niektórzy jeszcze pamiętają 1957 rok i pierwsze przedstawienie. Na przykład Irena Brodzińska, która wtedy przecież występowała, uczestniczy w naszych wydarzeniach premierowych. I na ten spektakl też przyszła. To było takie wzruszające. Nie było to może bardzo spektakularne wydarzenie, ale ta muzyka jest ciągle piękna…

Czy oprócz Ireny Brodzińskiej byli jeszcze może inni wykonawcy, którzy brali udział w tym pierwszym przedstawieniu? Może ktoś z ówczesnej publiczności?

Owszem. Były pojedyncze osoby. Pozwoliłem sobie ze sceny przemówić do publiczności. I zapytałem, czy ktoś pamięta tamto przedstawienie. I kilka rąk się podniosło. To świadczy o tym, że długość życia jednak wyraźnie się w Polsce wydłuża. Ale chciałem też zabrać głos przed spektaklem z innego powodu. Chciałem, żeby padły moje – dyrektora Opery na Zamku – słowa podziękowania dla bratniej instytucji, której już formalnie nie ma, bo została rozwiązana, ale jest jej kontynuator, czyli Operetka Śląska.

Jakie związki muzyczno-operetkowe łączą Szczecin z Górnym Śląskiem?

Bez Operetki Śląskiej, bez dyrektorów tej instytucji Teatr Muzyczny w Szczecinie nigdy by nie powstał. Gdyby nie ich determinacja, zaangażowanie i też ogromna dobra wola, bo to oni dali artystów, stroje, scenografię…

Orkiestrę też?

Orkiestra była ze szczecińskiej Filharmonii, która wtedy działała już od kilku lat i miała swoich etatowych muzyków. Do Szczecina przyjechała bardzo liczna grupa artystów. Wśród nich znajdował się legendarny Jacek Nieżychowski, który był spirytus movens całego przedsięwzięcia. Ale też Irena Brodzińska, Kazimierz Wayda, który był reżyserem, ale również śpiewakiem. Oni występowali w tym spektaklu. To byli ludzie, bez których to przedstawienie byłoby niemożliwe do zrealizowania. Do tego w niespokojnym czasie. Bo trzeba przypomnieć – w 1956 roku w Szczecinie dochodzi do dramatycznych wydarzeń, w wyniku których zostaje spalony konsulat ZSRR w mieście. Nie wiadomo było wtedy, w którym kierunku Polska pójdzie, czy to się uspokoi, czy też nasze bruki spłyną krwią jak w Budapeszcie. I w takich warunkach przygotowywano premierę. Ludzie o tym wszystkim rozmawiali, gdzieś w domowym zaciszu, przy wódeczce i ogóreczku. I wtedy właśnie powstaje Towarzystwo Miłośników Teatru Muzycznego! To było szalenie ważne. Jacek Nieżychowski wpadł na pomysł utworzenia tej organizacji, de facto prywatnej. Bo to była prywatna inicjatywa pozarządowa, dzięki której powstał Teatr Muzyczny w Szczecinie. Kilka miesięcy po tzw. odwilży październikowej powstaje w stolicy Pomorza Zachodniego prywatny teatr. Gdy się spojrzy na historię wielu innych instytucji w Polsce, artystycznych, to widać, że one powstawały po decyzjach władz ministerialnych, jakichś lokalnych, samorządowych, oczywiście z plenipotencji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W tym jednak przypadku było zupełnie inaczej.

Czy można się pokusić o takie stwierdzenie, że gdyby nie ta prywatna inicjatywa Jacka Nieżychowskiego i jeszcze paru innych osób Teatru Muzycznego, to w konsekwencji operetki, a następnie opery nie byłoby w Szczecinie?

Wydaje mi się, że tak. Szczecin był miastem z bardzo płytką warstwą intelektualną, tych prawdziwych elit było jak kot napłakał. Ciężkie było w takiej atmosferze, bez oddolnego jakiegoś nacisku, powstanie czegokolwiek. Musiała być szaleńcza idea, misja ludzi, którzy chcieli, żeby w Szczecinie było inaczej, było kolorowo, żeby wróciła muzyka, niesłuchana przez wiele lat. Żeby to mogło się udać, musiało być pewnego rodzaju „ekumeniczne” działanie. Bo trzeba było do tej grupy wziąć panią Zosię z PZPR, pana Władka z Wojewódzkiej Rady Narodowej, kogoś tam z samorządu miejskiego. Wszyscy dobrali się pod kątem sympatii do tej „podkasanej muzy”, czyli operetki. To ich bardzo mocno połączyło. Byli w pewnym sensie niezależni. Choć to trochę dziwnie brzmi biorąc pod uwagę, że to działo się w 1956 roku. Ale fakt, że Jacek Nieżychowski krótko był dyrektorem tego teatru, świadczy o tym, że był on bardzo niezależny i niewygodny przez to, że niesterowalny. Sztuka musi być niezależna, przede wszystkim od polityków, którzy mają skłonność do mówienia dyrektorom, co powinni, a czego nie powinni. Na szczęście nie wszyscy. Bo inaczej pewnie w ogóle działalności scenicznej, w sensie artystycznym, nie można byłoby prowadzić. Ale w wielu miejscach w Polsce w 2022 roku ciągle toczą się spory na temat tego, że jakiemuś notablowi coś się nie podobało, co wystawił jeden czy drugi teatr. Pokazuje to, że ta niezależność jest szalenie w cenie. Zygmunt Hübner, wielki aktor, dyrektor i założyciel Teatru Powszechnego w Warszawie mawiał, że teatr, który ma publiczność, ma rację bytu. Wydaje mi się to kluczowe.

No to muszę zapytać. Czy były jakieś naciski na dyrektora Opery na Zamku? Żeby coś pokazał, albo czegoś nie pokazał?

Jestem akurat tym szczęśliwcem, który tego nie doświadczył. I wielkie podziękowanie za to dla mojego organizatora, który ufa mi bardzo. Zarówno moim wyborom, jak i mojej estetyce, mojemu spojrzeniu na świat i na to, co dziś ze sceny powinna mówić sztuka. A mówić może ważne rzeczy i mówić powinna w sposób szalenie intrygujący. Żeby nas poruszać. Kiedy dyskutuję czasami z koleżankami i kolegami dyrektorami o tym, jaka jest misja instytucji artystycznych w Polsce, to towarzyszy nam taka refleksja, że to jest mniej lub bardziej udana rozrywka. Wiele takich opinii słyszałem. Wydaje mi się, że rozrywka wcale nie musi oznaczać czegoś na bardzo niskim poziomie. Czegoś, czego będziemy się wstydzić. Poczucia prowincjonalizmu. Żeby sprostać gustom niektórych widzów, robi się rzeczy koszmarnie złe. Nie licujące już z instytucją artystyczną. Teatr powinien być poszukujący. Nie musi być eksperymentujący. Ale jednak powinien szukać swojego miejsca.

Jaką pozycję w Polsce ma w tej chwili Opera na Zamku?

To pytanie z tych trudniejszych. I pewnie odpowiedź tym bardziej niełatwa. Kiedyś Gregory Peck, wielki amerykański aktor i amant kina, został zapytany przez dziennikarza: „Panie Peck, niech Pan powie, kto jest najprzystojniejszym aktorem na świecie? A Peck mówi: „Jeśli powiem, że ja, to powiedzą, że bufon. Ale z drugiej strony coś we mnie jest. Powiem więc tak – jest nas kilku” (śmiech). Tak sobie myślę, że Opera na Zamku jest jednym z bardziej intrygujących teatrów w Polsce. Kiedy w 2016 roku wystawiliśmy polską prapremierę „Dokręcenie śruby” Benjamina Brittena, wszystkie oczy artystycznej Polski skupione były na nas. Co tam się w tym Szczecinie dzieje? Co oni tam zrobili? Dlaczego nikt wcześniej tego nie wystawił? – pytano. Przyjechali tu wszyscy najważniejsi krytycy, rozbiliśmy bank ówczesnych Teatralnych Nagród Muzycznych im. Jana Kiepury, zdobywając wszystkie możliwe statuetki prawie we wszystkich kategoriach, co pokazuje, że można. Tylko trzeba mieć potrzebę oryginalności, odmienności. Tego, czego najbardziej nie lubię i nigdy tego nie lubiłem we wszystkim, cokolwiek robiłem w życiu, to naśladować. Oczywiście, nieustannie cytuję różnych wielkich tego świata. Ale jak patrzę na to, co robią inne teatry, to myślę, że ja nie pójdę ich drogą. Bo ta droga z jednej strony nie jest dla mnie, a z drugiej strony nie wydaje mi się intrygująca. Tylko oryginalność jest w stanie przykuć uwagę kogokolwiek na dłużej. Ona nie jest pozą ani nie jest jakąś sztuczną kreacją. Jest głęboko wymyślonym projektem dostosowanym do wielkości sceny, możliwości teatru w sensie realizacyjnym. Opera na Zamku jest obiektem kameralnym. Tu nigdy nie zrobimy jakichś wielkich przedstawień, które możemy podziwiać na ogromnych scenach jak np. Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, Operze Novej w Bydgoszczy czy Teatrze Wielkim w Łodzi.

Ale jednak zrobiliście.

Ale zrobiliśmy po swojemu. Nieustannie mierzę się z tytułami, które są ikoniczne. Ale staram się je odczytywać bardzo oryginalnie, dostosowując je do własnego języka, estetyki artystycznej i teatralnej. Z drugiej jednak strony również do naszych możliwości technicznych. I to się udaje. Jak się podchodzi do czegoś z pasją, sercem, z duchem… Jak mawia Jurgen Klopp, mój ukochany trener Liverpoolu – jeśli się nie wkłada serca, ducha, to nigdy nie ma efektów. To zawsze powtarzam moim ludziom, moim artystom: jesteście świetni, najlepsi, bo nikogo, kto jest przeciętny, nie angażuję. Ale żeby coś z tego wynikło, to przede wszystkim musimy zbudować fajny team, który się świetnie rozumie, który się szanuje i lubi. Ale musimy włożyć coś więcej. Trzeba na stół położyć to serce. I wtedy tworzy się rzeczy takie trochę z pogranicza transcendencji. Kiedyś Phil Collins na koncercie Genesis, w strasznym deszczu w Chorzowie, mówił: „magic, magic, magic”. To jest coś, co daje scena – magię.

Wracam więc do pytania – jaka jest aktualna pozycja Opery?

Myślę, że nigdy tak wielka nie była w 65-letniej swojej historii. Na pewno kiedyś o wiele więcej osób oglądało w niej pewne wydarzenia. Bo kiedyś grano przedstawienia przez cały tydzień, czasami dwa razy dziennie. Przychodziły zakłady pracy, jednostki wojskowe. Tego czasu nie da się już wskrzesić. Dzisiaj na nasze spektakle przychodzą koneserzy, ludzie świadomi. Ale prowadzimy nieustanny dialog z tą naszą publicznością, pobudzając apetyt, żeby przyszła do Opery. Znany polski reżyser teatralny Krzysztof Warlikowski powiedział kiedyś, odbierając Europejską Nagrodę Literacką w Brukseli, że statystyczny Polak przychodzi do teatru raz na 100 lat. Mam takie wrażenie, że wszyscy dyrektorzy teatrów w Szczecinie robią wszystko, żeby tę barierę, tę perspektywę czasową skrócić.

Czy w przypadku Waszej ostatniej premiery „Króla Rogera” zadziałały te wszystkie wymienione elementy – serce, dusza, zaangażowanie? To chyba największe przedstawienie w historii Opery?

Niewątpliwie największe, jeżeli chodzi o aparat wykonawczy. Bo takiego spektaklu wcześniej nie było. W orkiestronie znalazło się ponad 70 muzyków. Orkiestra Opery liczy 40 muzyków na etatach. I to jedna z mniejszych orkiestr w Polsce. Musieliśmy więc zaangażować kolejnych muzyków. Do tego dochodzą chóry. Musieliśmy odwołać się do kooperacji z teatrami niemieckimi, zwłaszcza w Greifswaldzie, który ma scenę operową. I ma profesjonalny, zawodowy chór. W Szczecinie chórów jest dużo. Tylko, że to są chóry amatorskie. Są świetne, fantastyczne, znane, doceniane i nagradzane na całym świecie. Ale członkowie tych chórów normalnie pracują. U nas próby odbywają się przed południem i po południu. Takie oddelegowanie bratniego chóru z Niemiec powoduje, że próby mogą się odbywać w sposób harmonijny. Aczkolwiek mieliśmy duży problem. Bo w momencie, gdy szykowaliśmy się do pierwszego terminu premiery, czyli 19 marca, okazało się, że niemieccy śpiewacy zostali zainfekowani covidem. I trzeba było wszystko odwołać. Nie denerwowałem się, bo przecież nie mamy na to wpływu. A bez tego chóru ten spektakl nie ma sensu. Na scenie jest także kolejny chór – chłopięcy Grzegorza Handke, któremu bardzo dziękuję za to, że zechciał po raz kolejny z nami kooperować. Podsumowując – wszyscy razem na scenie to ponad sto osób. Do tego trzeba dodać ekipę techniczną, obsługę, ludzi w kabinie, za kulisami. To prawdziwy tłum.

Czym się różni ta szczecińska inscenizacja „Króla Rogera” od innych?

Najbliższa była mi koncepcja Rafała Matusza, wybitnego reżysera teatralnego z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Wniósł on to, co bardzo uwielbiam w operze, czyli teatralność, a jednocześnie naturalność. W najlepszym tego słowa, znaczeniu. Bo czasami oglądamy różne spektakle i widzimy tę teatralną emfazę, ten dialog czy wiersz, który jest wypowiadany szalenie manierycznie. A ja mówię o najlepszym teatrze, świetnie wyreżyserowanym, gdzie postaci są bardzo ruchliwe. Takie spektakle teatralne po prostu dobrze się ogląda. „Król Roger” to jedno z najpiękniejszych librett w historii opery. Napisał je wybitny polski pisarz Jarosław Iwaszkiewicza. Piękna polszczyzna, genialne, bardzo poetyckie frazy. Jednocześnie są świetnie rozłożone i zachowane akcenty dramaturgiczne. Tu nic nie trzeba poprawiać.Tylko nadać temu trzeba trochę odrębny wymiar. Rafał Matusz spojrzał na „Króla Rogera” przez „Ślub” Gombrowicza. Wydaje mi się, że to odczytanie jest niezwykłe. Choć oczywiście nie da się w 100 procentach nie naśladować dziedzictwa operowego. Zwłaszcza, że „Król Roger” był wystawiany tylko w XXI wieku 30 razy na świecie. 30 premier. To jest absolutnie najchętniej i najczęściej pokazywany polski tytuł na scenach operowych świata.

Z jakiego powodu?

Odpowiedź na to jest dość prosta. Ponieważ to libretto, ta historia jest niebywale uniwersalna. Ona jest czytelna na całym świecie. A już na przykład „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki jest kompletnie niezrozumiały. Nawet „Halkę” można inaczej odczytywać. Biedna kobieta, wykorzystana przez mężczyznę, czyli dodać można trochę takich aktualnych odniesień do amerykańskiego #metoo. Wiele tytułów polskich autorów jest bardzo mocno zakorzenionych w naszej polskiej historii, tradycji. Odczytanie „Króla Rogera”, nawet w takiej warstwie czysto tradycyjnej, jest szalenie uniwersalne. A to gombrowiczowskie odczytanie Rafała Matusza jest mega. Każdy człowiek bez przygotowania wchodzi i widzi to, co widzi. Trzy niezwykłe postacie, które prowadzą ze sobą pewien dyskurs. Mąż, żona i ten trzeci, który wchodzi w ich świat i nagle wywołuje jakieś potworne zamieszanie… Niebywale ciekawe. Relacje między mężem i żona były dość chłodne. Nagle pod wpływem zainteresowania żoną, przez tego trzeciego, odżywają wielkie emocje w mężu. To są wszystko rzeczy, które lubimy oglądać. One dotyczą, może nie w każdym przypadku, ale naszych pewnych doświadczeń, historii, które oglądaliśmy, o których słyszeliśmy, w których być może uczestniczyliśmy. Wydają się nam bardzo bliskie.

I są między nami od kilku tysięcy lat.

Mamy takie antyczne podejście. Chór opowiada nam to, co się dzieje, a balet pokazuje myśli bohaterów. Każdy element dostarcza nam bardzo dużo informacji, które powodują, że wszystko to jest szalenie czytelne. A przy tym ten świat jest taki nam bardzo bliski, bo „Król Roger” nie chodzi w jakichś królewskich szatach, pewnie trochę śmiesznych. Jest bardzo dużo takich smaczków, kontekstów, różnych odniesień, takiego puszczania „perskiego oka” do publiczności. Bardzo to lubię w teatrze, który powinien prowadzić dialog z publicznością. Powinien trochę zmuszać ją do myślenia, ale nigdy nie być nadmiernie oczywistym. Nie może być takiej sytuacji, że postawisz „kropkę nad i” i kurtyna opada… Bo to widzowie mają postawić kropkę. Wtedy są traktowani podmiotowo. Moim zdaniem publiczność, która chodzi do teatru jest szalenie inteligentna, rozumna. Nie wolno jej zawieźć taką nadmierną oczywistością tego, co się dzieje na scenie. Taką zero-jedynkowością. Świat przecież taki nie jest. Trzeba publiczność nieustannie zaskakiwać. Również sposobem inscenizacji, żeby miała przyjemność z oglądania.

Wróćmy do jubileuszowych przyjemności, jakie przygotowaliście dla swoich widzów.

Pierwsze wydarzenie, które odbyło pod koniec stycznia, było zarazem pierwszym akcentem jubileuszu. Następnie postanowiliśmy wykonać ukłon w kierunku tych wszystkich, którzy interesują się historią Opery. Otóż grzebiąc w archiwach znalazłem teczki z intrygującym napisem „Opera na Zamku”. I nagle moim oczom ukazało się coś niezwykle frapującego. Mianowicie były to maszynowe zapisy stenogramów posiedzeń Towarzystwa Miłośników Teatru Muzycznego. Rany boskie! Pomyślałem: „a gdybyśmy znaleźli partnera i opublikowali te stenogramy, «zawiesili w sieci», żeby ci, których to zainteresuje, mieli możliwość zapoznania się z nimi”? Znalazłem partnera w dyrektorze Archiwum Państwowego w Szczecinie, w profesorze Krzysztofie Kowalczyku – koledze z Uniwersytetu Szczecińskiego, moim studencie zresztą. Pomysł mu się niezwykle spodobał. No i w marcu tego roku udało się wydać te stenogramy w formie książkowej. Okrasiliśmy je nigdy nie opublikowaną ikonografiką, którą udało się odnaleźć w archiwum, jak i w różnych prywatnych zbiorach. Jestem bardzo dumny z tego wydawnictwa. Kolejnym akcentem był właśnie „Król Roger”.

A przed nami jeszcze gala.

To wydarzenie, które musi się zdarzyć, ponieważ to jest „crème de la crème” teatru muzycznego. Wtedy zbiera się te perełki, te cudowne arie, układa się je w jednym programie z fantastyczną orkiestrą, ze świetnymi solistami. Wszystko utrzymane jednak w takim „lifestylowym” charakterze. Viva opera! To jest to, co publiczność kocha najbardziej. Odbędą się dwie gale teatralne, a później z tym samym programem jedziemy nad morze na dwa występy. W pierwszy piątek lipca w Kołobrzegu, a następnie w sobotę w Świnoujściu. Zamykamy w ten sposób sezon artystyczny.

Ale to nie koniec obchodów?

Ależ skąd! Obchody będą nam towarzyszyły cały rok. Bardzo mocnymi akcentami będą wydarzenia plenerowe, m.in. tradycyjny już koncert „Sierpniowe Przełomy”. Zabrzmi w Policach nieopodal pomnika „Ludzi Solidarności” oraz w Szczecinie na Placu Solidarności. Ten koncert jest dedykowany ludziom tego ruchu. A moim zdaniem trochę słabo jako Szczecin, zadbaliśmy o „publicity”, jeżeli chodzi o naszą historię najnowszą. Od wielu lat mówię, że my, szczecinianie, jesteśmy z Sierpnia. W nasz genotyp ten Sierpień jest bardzo mocno wpisany. Określa naszą obywatelską świadomość. Polityczną również. Nie możemy pozwolić, żeby tę narrację zawłaszczało sobie Trójmiasto. Kochamy ludzi stamtąd, ich zasługi są trudne do przecenienia. Ale my też mamy sporo dokonań i o tym co się wydarzyło w Szczecinie w sierpniu 1970, 1980 i 1988 roku nie można zapominać. Ten koncert jest dedykowany ludziom, którzy byli w te wydarzenia bardzo mocno zaangażowani. Ale znowu robimy to nieco inaczej. Nie ma tej pompy, tego zadęcia, martyrologii. Jest przepiękna polska muzyka filmowa, Czasami ona przecież opisuje te wydarzenia. Jak słyszymy muzykę z „Człowieka z żelaza”, to wszyscy wiedzą o co chodzi, podobnie jak słyszymy muzykę z „Polskich dróg”. Nie zdradzę jeszcze szczegółów tegorocznego repertuaru, jaki zaprezentujemy. Ale jak zwykle będzie bardzo intrygujący. W każdym razie na końcu zawsze jest „Victoria” Dżemu i „Mury” Jacka Kaczmarskiego. To stałe elementy tego koncertu. Kolejne wydarzenie plenerowe – Wielki Turniej Tenorów, który przenieśliśmy z czerwca na wrzesień. Realizujemy go w pięknej scenerii zmodernizowanego Teatru Letniego w Parku Kasprowicza. To na pewno będzie niezapomniany wieczór. A 17 września mamy jeszcze niezwykłą premierę „Don Kichota” Minkusa. To balet, fantastyczna historia w pięknych scenografiach, cudownych strojach.

Mnóstwo fantastycznych wydarzeń. Gratulacje z okazji jubileuszu, dalszych sukcesów i tylko owacji na stojąco. Dziękuję za rozmowę.

 

MUA: Agata Włodarczyk / fryzury: Natliya Melnikova, Katarzyna Zagarowska, Akademia Fryzjerska Gawęcki

 

Prestiż  
Czerwiec 2022