Marita Albán Juárez Quartet

Szczecin i muzyczne opiaty

To, że rzeczy niezwykłe często powstają w niecodziennych warunkach jest już regułą. Tak stało się z albumem „Jazmines” za którym stoi Marita Albán Juárez Quartet. Zespół założony przez polsko-peruwiańskie rodzeństwo– wokalistkę Maritę i perkusistę Jose Manuela Albán Juárez (znany ze współpracy z m.in. z Łoną, Jimkiem i zespołem Manaam) tworzy jeszcze dwóch innych znakomitych muzyków: jazzowy kontrabasista Andrzej Święs i pianista Dominik Wania. Ich ostatnie wspólne dzieło, to mieszanka jazzu oraz kulturowych i muzycznych wpływów z Ameryki Południowej, a w warstwie lirycznej, m.in. zbiór historii kobiet z różnych części świata, poznanych przez Maritę.

Autor

Aneta Dolega

Udało nam się porozmawiać z Maritą i Manolem, nie tylko o płycie ale m.in. o byciu rodzeństwem z latynoskimi korzeniami, sile kobiet i powrotach do Szczecina. Album „Jazmines” miał premierę w grudniu zeszłego roku koncertem w warszawskim klubie Jassmine.

Jak doszło do powstania tego materiału?

Manolo: Najpierw trzeba było skłonić Maritę do skomponowania piosenek i Andrzeja Święsa, naszego kontrabasistę, gdyż z nimi jest tak, że należy ich pilnować, trzeba ich ze sobą umawiać, przypominać. I żeby to się udało zablefowałem, mówiąc, że mam już jedną gotową piosenkę. A wszystko się zaczęło od tego, że pierwszy raz nie mieliśmy nic do roboty. Mogliśmy się zatrzymać na chwilę, bo był COVID. Teraz takie „covidy” musimy sobie sami stwarzać, bo wychodzą z tego tylko dobre rzeczy. Nie chodzi o chorobę tylko o przerwy w codziennym natłoku zajęć. Trzeba je sobie prokurować. I w trakcie takiej właśnie przerwy powstała płyta.

W jej nagraniu, ale nie tylko, wzięła udział mocna szczecińska ekipa. Oprócz Was jest tu Maciej Cybulski, a okładka płyty to dzieło Konrada Wullerta.

Manolo: Dosyć komfortowym jest, jeżeli ma się pewność, że ludzie, do których dzwonisz nie tylko są twoimi kolegami, ale też znakomitymi fachowcami. I tutaj, jeśli chodzi o Maćka Cybulskiego i Konrada Wullerta to oni w swoich dziedzinach są po prostu świetni. A to, że ja ich poznałem przez przypadek, jeszcze w piaskownicy, ułatwia tylko komunikację i współpracę. I nie chodzi o to, że wezmę kogoś akurat ze Szczecina, bo nie znam z Nowego Jorku czy Berlina. Cybul to sprawdzony realizator dźwięku ze światowymi skillami, a Wullert z kolei zainspirował nas tym, że najpierw stworzył fantastyczną kolekcję plakatów do klubu Jassmine. Zresztą okładka płyty powstała na podstawie plakatu, który zaprojektował do naszego zeszłorocznego koncertu właśnie w tym miejscu.

Marita: Najpierw był zachwyt serią plakatów dla klubu Jassmine, a sekundę później spytałam kto je robi i okazało się, że to Konrad Wullert.

Jeśli chodzi o część liryczną albumu to teksty powstały na podstawie Twoich Marita rozmów z kobietami z różnych części świata, niekiedy bardzo szczerych i intymnych. Skąd pomysł, żeby je wykorzystać właśnie w tym celu?

Marita: Rozmowa z którąkolwiek z tych osób osiada w tobie i zawsze znajdujesz jakiś fragment, który brzmi i zostaje. Dlatego podczas tworzenia tekstów łatwiej jest mi się odwoływać do tego, co sama przeżyłam albo do doświadczeń opowiedzianych przez moje „siostry”. We mnie to rezonowało, bo wyczułam jakąś emocję albo jakaś konkretna historia mnie poruszyła. I jeśli chodzi o sumę tego, no to trudno się dziwić, że w momencie, kiedy piszę tekst, żeby nie wziąć tych głosów pod uwagę. One tworzą zgodny chór.Rozmawiałam z kobietami z Peru, Chile, Kuby, Wielkiej Brytanii, z Czech, Niemiec, Ukrainy, Brazylii, Zimbabwe i Polski. To są historie kobiet, w których czasami wybrzmiewa coś mojego, jak to jest na początku utworu „Opioides”, gdzie śpiewam o tzw. opiatach muzycznych, ale też o pierwszej fazie miłości i o tym jak muzyka i początkowa faza uczucia działają jak narkotyk, wybijając nas na inną orbitę. Potem dla przeciwwagi następuje autentyczny tekst, zasłyszany od mojej koleżanki, która zrywa ze swoim dotychczasowym życiem, że swoim mężczyzną i nie tylko jemu to mówi, ale przede wszystkim sobie.

A które z tych piosenek najmocniej w Tobie wybrzmiały i są dla Ciebie najbardziej osobiste?

Marita: Jest taki numer pt. „Dinian”, a właściwie kołysanka, którą udało mi się skończyć w Szczecinie. To jest historia dedykowana dzieciom: mojej córce i dzieciom mojego brata. Oni po kolei przychodzili na świat przynosząc ze sobą radość, spełnienie, ale też lęki. Druga piosenka „Cancion Tusan” mówi o tym, że niezależnie od kontynentu dotykają nas nie zawsze łatwe historie, że trzeba brać dzieci na plecy, uciekać i szukać kraju, w którym jest wolność, w którym jest spokój. To jest utwór, który pisałam myśląc o falach migracyjnych w XIX wiecznym Peru, ale kiedy kończyliśmy pisać tę piosenkę, sytuacja na białoruskiej granicy stała się bardzo napięta i mocno to przeżywaliśmy. Natomiast w momencie, kiedy miksowaliśmy płytę, zaczęła się wojna i Warszawa przemieniła się w jedno wielkie pole pomocy. Bezpośrednio w tym uczestniczyłam i poznałam wiele kobiet, które uciekły przed wojną, biorąc dzieci na plecy. Są też na tym albumie motywy trochę prześmiewcze, trochę z przymrużeniem oka. Jest numer inspirowany historią krakowskiej artystki Joanny Pawlik, która jest mocna i radykalna w swojej twórczości. Jej dzieła krzyczą, protestują i pomimo mroku oraz bólu, które są na początku, finalnie pozytywnie oddziałują.

Na podstawie tych rozmów, ale też własnych doświadczeń oraz obserwacji potrafisz powiedzieć, co według ciebie, nas kobiety ze sobą łączy?

Marita: To co nas łączy to intuicja, wytrwałość. To są dwie ważne cechy i nie wolno o nich zapominać.

Manolo: Obserwując kobiety widzę ogromną solidarność i imponuje mi ona. Pamiętam jak kilka lat temu graliśmy w Filharmonii w Szczecinie. Marita ze sceny zwróciła uwagę publiczności na dziewczyny, które akurat manifestowały na placu Solidarności przed budynkiem. Podoba mi się siła i moc sprawcza kobiet, zwykle bardzo skuteczna i precyzyjna. Zresztą najmocniejsze kobiety poznaliśmy w Szczecinie.

Mówiąc o Szczecinie dorastaliście w nim, w niezwykłym domu.

Manolo: Przez nasz rodzinny dom przewijali się malarze, muzycy, artyści wszelkiej maści. Byliśmy w filharmonii w każdy piątek i sobotę, najpierw z rodzicami, a potem w liceum z rówieśnikami ze szkoły muzycznej. Niezależnie od tego co ta orkiestra akurat grała, czy mieli lepszy dzień czy gorszy to nie miało dla nas znaczenia.

Marita: To było dla nas naturalne otoczenie i miejsce spotkań.

Byliście więc w jakiś sposób „skazani” na to czym będziecie się zawodowo zajmować w przyszłości.

Marita: Nie było w domu ciśnienia, że mamy zostać muzykami, wręcz przeciwnie. Padały czasem pytania, czy na pewno chcemy się kształcić w tym kierunku, czy może pragniemy czegoś innego.

Manolo: Nikt np. nie robił problemu z tego, żeby mnie przenieść na perkusję ze skrzypiec. Jak moja pani od skrzypiec poszła na urlop macierzyński, postanowiłem przestać grać na skrzypcach, bo przyszedł jakiś pan, który brał te moje skrzypce, tymi samymi paluchami, którymi jadł pączki i ten lukier zostawał na gryfie. Na szczęście nie wyrzucili mnie ze szkoły, co było fajne. Chodziliśmy do szkoły muzycznej przy ulicy Bolesława Śmiałego. Nasze dzieci aktualnie są w podstawówkach i tak sobie pomyślałem, że gdyby mój syn teraz przeżywałby to, co my w tej szkole… my na przykład rzucaliśmy się kamieniami z dzieciakami z innej szkoły. Byli tacy przerośnięci z równoległych klas, palili papierosy i mieli takie zabawy, że: jeden duży brał takiego małego za nogi i walił nim w drugiego dużego. My się przeciskaliśmy przez to wszystko i szliśmy na chór, co było totalnym obciachem, no bo kto normalny śpiewa. Tak naprawdę chodziliśmy na chór, bo był dobry i ciągle jeździł z koncertami zagranicę, a były to dziewięćdziesiąte lata.

A jakim byliście i jesteście rodzeństwem?

Marita: Byliśmy jak wszystkie inne rodzeństwa. Było bardzo wesoło, ale oczywiście zdarzały się różnice zdań. Ja się teraz bardzo dobrze czuję w tym rodzeństwie. Często jest taki moment na scenie, że zaraz zaśpiewam i Manolo wtedy jest w stanie to jakoś uzasadnić albo idealnie wręcz wyprzedzić.

Manolo: Dogadujemy się, nie tylko dlatego że jestem jej bratem, ale dlatego, że zawsze słucham tych wokalistek z którymi gram. Dobrze im akompaniuje, bo jestem super (śmiech).

Marita: Czyli ma siostrzane relacje ze wszystkimi wokalistkami, z którymi gra…? Manolo posiada też uważność, ale tej uważności musiał się nauczyć od siostry, To tyle ode mnie.

Manolo: Od siostry (śmiech).

A relacje rodzinne i bliskość pomagają Wam w pracy?

Marita: Niektórych to wkurza, że jesteśmy rodzeństwem.

Manolo: To bywa trudne. Czasem słyszymy: Siema a co byście zagrali? A ja mówię: No mam taki fajny projekt z moją siostrą. I wtedy: A z siostrą… yyyy, nooo... Raz jakiś facet w Szczecinie zapytał naszego taty: Jak to jest, że Manolo gra w Manaamie?A ojciec na to: Załatwiłem mu. To mój syn przecież. (śmiech). Pół świata jest takie, że te relacje rodzinne hołubi i one pomagają w życiu. Drugie pół świata to odrzuca. Wydaje mi się, że w Polsce jest trochę tak, że jak jedno z rodzeństwa, czy z rodziny zrobi coś fajnego, to drugie już nie powinno, bo nie starczy dla całej reszty. Ja tak wcale nie uważam. Jest cała masa bardzo uzdolnionych rodzin. Zresztą talent rozwija się poprzez środowisko, w którym się człowiek obraca czy dorasta. Jeśli ludzie wychowują się w takim samym miejscu, nie jest wykluczone, że zaczną tworzyć albo robić coś ciekawego równoległe.

Marita: Wiesz co, nie jesteśmy politykami więc niech się nikt nie czepia (śmiech). Ja bym się czepiała ustawek w polityce, ale nie w świecie sztuki.

Z kwartetem gracie jazz choć nie brakuje tu wpływów z innych gatunków muzyki, ale i części świata, również z Waszej drugiej ojczyzny jaką jest Peru.

Manolo: Z jazzem jest tak, że nie ma on granic. Zresztą odrzucamy sami te utarte, wygodne ścieżki, szufladkowanie stylistyczne, o którym ostatnio ładnie mówił Jimek podczas swojego TED Talk. Mam tak z graniem na perkusji, że sam wyznaczam sobie granice. A ponieważ skończyły się ograniczenia geograficzne w muzyce, w takiej formie w jakiej trzymały twórców w poprzednich dekadach, to jest skąd czerpać inspiracje.Jazz poznaliśmy szerzej dopiero gdzieś w liceum, a po jakimś czasie dotknęło nas, że mamy własną muzykę. Wyobraź sobie dzieciaki, które są ze Szczecina, ale nie mają w tym Szczecinie rodziny poza rodzicami, którzy na dodatek przyjechali tu na pięć lat przed naszym urodzeniem. Byliśmy rodziną bez tutejszych korzeni i na dodatek z ojcem z Peru. Muzyka peruwiańska zwykle kojarzy się z tym co do nas dotarło a dotarli tylko Indianie, chłopaki, którzy mają najwięcej mocy w przebijaniu się przez różnego rodzaju geograficzne zasieki. Ale to nie jest koniec peruwiańskiej muzyki. Ameryka Południowa to jest cudowny kontynent, który pomieszał po swojemu kulturę z Afryki i Europy. Jest tam bogactwo melodii, harmonii i wyjątkowej rytmiki. Nagle okazało się, że to jest nasze, że dobrze się w tym odnajdujemy. Poza tym, dzięki temu, że gramy jazz możemy pisać teksty o wszystkim. Marita pisze feministyczne, poważne, romantyczne, ale na tej płycie jest również mój tekst, który jest bardziej lekkim poradnikiem o tym jak pojmować poprawnie Latynosów. I jak nie ulec stereotypom.

A ulegamy tym stereotypom, czego nie da się niestety ukryć.

Manolo: Wiesz, nikt tego nie rozumie. Ja bardzo bacznie obserwuję, jak się mają Latynosi na świecie. W Polsce jest całkiem nieźle, bo jesteśmy tutaj atrakcyjni. Jako Polak Peruwiańczyk na Piątej Alei w Nowym Jorku nie byłem specjalnie atrakcyjny bez muzyki.

Spotkały Was w Polsce kiedykolwiek nieprzyjemności związane z pochodzeniem? Akty rasizmu?

Manolo: Rasizm w Polsce ma się dobrze, ale jest mikry, mierny i tak naprawdę patrząc na inne kraje, inne części globu to jest na szczęście tylko „niegrzecznym chłopaczkiem”, którego da się ogarnąć. Owszem, zdarzają się incydenty. Raz ktoś dał mi w łeb, ja komuś też. To są normalne sprawy. Na szczęście nie przeszkadza nam to w zdobywaniu pracy, w osiąganiu ważnych życiowych celów, jak to się dzieje w innych krajach, gdzie kolor twojej skóry determinuje status społeczny. Są kraje, gdzie oni po prostu się nienawidzą. Daleko nie szukając to Peru też jest takim krajem. Na szczęście w Polsce jest mało rasizmu i klasizmu, ale jeżeli się pojawia to dosyć wyraźnie i łatwo z nim walczyć. Teraz się zastanawiam czy ogromna fala osób z Ukrainy nie odczuwa z tego tytułu jakiegoś problemu… Jestem akurat w trakcie badań nad kolonializmem i losami ludzi porywanych z Afryki i wywożonych do Ameryki Południowej i Środkowej, właśnie pod kątem muzycznym. Widzę, że bez tego strasznego zjawiska nie byłoby lwiej części muzyki na świecie.

Ty, Marita, jeśli chodzi o muzykę jesteś mocniej związana z jazzem niż Manolo, który grywa w przeróżnych projektach, m.in. z Łoną, czy z Jimkiem. Jesteś też fanką Chopina. Klasyka jest również ważna dla Ciebie?

Marita: Jest to podstawa wykształcenia muzycznego, tego które odebrałam. Rozwijałam to studiując muzykologię i do tej pory jestem związana z tym nurtem. Cały czas coś na ten temat redaguję i piszę. Trudno się z tego Chopina wykaraskać, jak się już raz zaczęło. To się również wiąże z moją fascynacją improwizacją fortepianową, która ma swoje źródło w XIX wieku. Najbardziej jednak jestem fanką tego, żeby dać sobie szansę na słuchanie bardzo różnej muzyki. Otworzyć uszy, otworzyć głowę i sprawdzać to na sobie. Muzyka ma sprawiać przyjemność, przemieniać naszą rzeczywistość, dodawać nowego wymiaru.

A mogłabyś spróbować zupełnie innego repertuaru, bardziej komercyjnego czy popowego?

Marita: Nie. Najbardziej pragnę śpiewać te rzeczy, które robię teraz, z tymi ludźmi. Ale jeżeli, ktoś by mi zaproponował np. żebym zaśpiewała w teatrze to chętnie, ale na swoich zasadach.

A z Tobą jak jest Manolo?

Manolo: Zawsze wszystko w moim życiu opierało się na koneksjach. Jak ktoś wydał płytę to pewnie „na układzie” – jak to kiedyś śpiewał Wini. Nigdy tak nie było, żeby ktoś kto mnie zupełnie nie zna nagle zadzwonił: Ej, ty tak świetnie grasz na perkusji, że chcemy grać z tobą. Jest pewnie cała masa lepszych perkusistów, szybciej grających, lepiej jeżdżących samochodem, bo to również jest istotne w tej robocie albo bardziej układnych ode mnie. To też jest kwestia charakteru i tego jak się do muzyki podchodzi. Jak grałem w Manaamie to uważałem, że pośród moich najbliższych kolegów perkusistów jest pięciu, którzy powinni być na moim miejscu. Ale nie oddałem im tego miejsca nigdy, tak jak nie oddaje się koszulki lidera, bo w wieku lat 20 zarabiałem tyle co Pan Prezes (śmiech). Kora też mnie po prostu lubiła. Uważała, że jestem estetyczny, mądry i mówiła do mnie per Seneka. Byłem zawsze dobry z antyku, bo mnie mama, Jan Parandowski i pani Rodziewicz od polskiego odpowiednio wyuczyli i do tej pory jestem w stanie tym zaimponować (śmiech).

Z kolei jak jechałem kilka lat wcześniej na kajaki, to moja ówczesna dziewczyna powiedziała: O fajnie, że jedziemy na kajaki z tą ekipą, bo tam będzie Łona. Jaki Łona? – myślę, no ale dobra, Jak przyjechaliśmy na miejsce, oni akurat grali w piłkę z chłopakami z pobliskiej wsi. Stanąłem przy linii bocznej, przybiegł do mnie Adaś i mówi: A ty co? A ja, że lubię bardzo grać w nogę i wszystkich biję na głowę. Dołączyłem więc do zespołu i dostaliśmy mniejsze bęcki niż gdyby mnie tam nie było. Przegadaliśmy później z Łoną do 5 rano, przy ognisku, o muzyce Dwa tygodnie później na deptaku Bogusława z Maćkiem Cybulskim, Rymkiem i Maćkiem Kałką, czyli z trzonem zespołu The Pimps, zagraliśmy pierwszy koncert. To był 2000 rok i zagraliśmy wtedy jeszcze numery Wiele C.T… O kurcze, zespół The Pimps ma 23 lata? (śmiech).

Natomiast Jimek był małolatem i nie było wiele tematów wspólnych. Nasi rodzice się znali i spotykali, a mieszkaliśmy po sąsiedzku w tej samej dzielnicy, dosłownie kilka bram od siebie. Potem pograliśmy trochę w kosza, on lepiej, bo duży urósł. A po latach spotkaliśmy się w Warszawie i już było o czym gadać. Te relacje i koneksje to także przykład tego, że wcale nie jest tak, że karierę trzeba robić w Warszawie. Najważniejsze dla mnie muzyczne sprawy zawsze były w Szczecinie. Jestem na przykład superdumny z tego, że moje nazwisko jest wydrukowane w pierwszym programie nowej Filharmonii. Kiedy zastanawialiśmy się z Jimkiem i Emalką Ziąbską jakie miejsce w Polsce będzie najlepsze na muzyczne studia dla naszej podopiecznej, kenijskiej perkusistki Charity, Szczecin był naszym jedynym typem.

A tęsknicie za Szczecinem, często tu wracacie?

Marita: Ze mną było tak, że już na etapie liceum byłam jedną nogą tutaj. W Warszawie mam więcej przyjaciół, więcej dalszej rodziny. Moje wspomnienia np. sprzed 15 lat wiążą się już z Żoliborzem czy Ursynowem. Na razie mam tutaj swoje miejsce na Ziemi, choć zawsze najbezpieczniej się czuję wtedy, kiedy w skrzynce mailowej mam bilet na jakiś wyjazd (śmiech).

Manolo: Ja na przykład jestem bardzo ze Szczecina. W Szczecnie się świetnie pracuje. Maciek Kałka zawsze mi mówi, że skoro tak chwalę ten Szczecin, to powinienem tu przyjechać jak się nic dzieje i spróbować tu pomieszkać… Mimo tego dalej mam takie marzenie, żeby zamieszkać w kamienicy przy Teatrze Polskim z widokiem na rzekę. Zamknąć się tam i pisać wielkie dzieło symfoniczne przez cały rok. Chodzić sobie po Parku Żeromskiego, w którym stawialiśmy z Maritą pierwsze kroki i poczuć upalne lato miejskie.

Dziękuję za rozmowę.