Pokolenie imprezy

-

Autor

Aneta Dolega

Szczecin to jedno z pierwszych miast w Polsce, które na początku ostatniej dekady XX wieku szybko wchłonęło najnowsze trendy w muzyce klubowej Londynu i Berlina i przeszczepiło je na własny grunt.

Artystyczno - towarzyskie życie buzowało w kilku miejscach. Cafe 66, Taras, DS, Przystanek Pub, 2/3. Miejsca kultowe, już nie istniejące, które wskazywały drogę każdemu szanującemu się wielbicielowi nocnych szaleństw.

- Miejscem, w którym urodziłem się jeszcze raz, było i pozostanie dla mnie na zawsze Cafe 1966. Jakkolwiek dziś kombatancko, by to nie brzmiało, bo od momentu, kiedy zszedłem po tych kilku schodkach w dół do piwnicy przy Partyzantów minęło z grubsza piętnaście lat, to miejsce miało na mnie spory wpływ. I na wiele osób, które poznałem właśnie tam, a znajomość z powodzeniem trwa do dziś.

Tak swoją opowieść o złotych czasach bankietowego Szczecina, jak powszechnie określa się lata 90. w tym mieście, rozpoczyna Jarek Jaz, szczeciński dziennikarz.

Dzieci Szóstek

Cafe 1966 wymyślił Jacek Kolasiński, dziś właściciel Public Cafe i Cafe Pravda. Na pomysł otworzenia własnego klubu wpadł podczas podróży do Kopenhagi. Był rok 1993.

- W Kopenhadze zobaczyłem życie klubowo - kafejkowe, a że wtedy w Polsce nic się nie działo w tej dziedzinie, a ja robiłem akurat nudne rzeczy, to postanowiłem że zrobię coś takiego u nas – opowiada Jacek Kolasiński. - Zupełnie przypadkiem, po powrocie z Kopenhagi spotkałem na ulicy Andrzeja Kaczora. Okazało się, że mamy bardzo podobne zamiary. Postanowiliśmy poszukać wspólnie lokalu. I znowu przez przypadek, tym razem jadąc Trasą Zamkową, zobaczyłem urocze miejsce z niezwykłą architekturą nawiązującą do modernizmu, której ozdobą był taras. Mieliśmy wtedy z Andrzejem problemy ze znalezieniem lokalu pod klub więc postanowiliśmy ze otworzymy klubokawiarnię w tym właśnie miejscu, na okres letni. Nie trwało to długo, ponieważ prowadzenie takiego miejsca było dość wyczerpujące – Taras był czynny codziennie, od południa do wschodu słońca, który był pięknie widoczny z knajpy.

Tak więc powstał Café Taras, plenerowa klubokawiarnia usytuowana naprzeciw Trasy Zamkowej, w miejscu w którym obecnie mieści się Hotel Focus. To pewnego rodzaju protoplasta przyszłych Szóstek.

- Na Taras schodziło się całe miasto – dodaje Rafała Bajena, prezes Stowarzyszenia Twórców i Producentów Sztuki, animator życia kulturalnego, również w tamtym okresie. - Tam zaczęło się kumulować całe szczecińskie środowisko, które do tej pory ma wpływ na to co się dzieje w mieście w sferze społecznej i kulturalnej. Na Tarasie można było również spotkać kilku dziś znanych notabli... tych fajniejszych oczywiście. Taras istniał od maja do września. Jego cechą było to, że schodziło się do niego wielokrotnie więcej ludzi niż mógł pomieścić.

- Wieczorami przesiadywało tam bardzo dużo ludzi, część na schodach, część na dole. Jeżdżono na deskorolkach, rowerach – opisuje charakter imprez Bajena.

Ta sama idea przyświecała otwartym dwa lata później Szóstkom. Mały klubik przy ul. Partyzantów (na przeciw nieistniejącego już kina letniego Derby) ściągał tłumy, które przesiadywały na przyległym parkingu, dzisiaj zajętym przez nowy apartamentowiec.

Go-go i punk rock

Popularnym miejscem w pierwszej połowie lat 90., był też Bronx, który mieścił się na pierwszym piętrze, budynku przy al. Wyzwolenia 85, na przeciwko Szpitala Miejskiego nad dzisiejszą Apteką Tęczową.

Robert „Siwy” Nowak, ówczesny organizator imprez, didżej i dziennikarz radiowy, aktualnie mieszkający w Dublinie tak wspomina klubową atmosferę:

- Na początku ten klub nie cieszył się moją i moich znajomych sympatią - chodziła fama, że to lokal, gdzie rządzą skini. Może i rzeczywiście tak było, ale żeby się o tym przekonać trzeba się tam było dostać. A to często był spory problem - były klub bilardowy zaadoptowany na potrzeby „lokalu gastronomicznego” - ulokowany na piętrze, do którego prowadzą wąskie schody. Tam to były kolejki! Kiedy któregoś wieczoru udało nam się tam w końcu dostać, okazało się, że nie taki czarny diabeł straszny jak go malują. Rzeczywiście, było sporo łysych głów, ale raczej chodziło o panującą wówczas skłonność do skracania uczesania. Zresztą - miks muzyczny był na tyle eklektyczny, że zadowoleni byli wszyscy - słuchający metalu, punka, elektroniki czy rapu. Ten ostatni gatunek był mocno dominujący - to chyba w Bronxie po raz pierwszy udało mi się usłyszeć Cypress Hill czy House Of Pain w tak potężnych ilościach.

Bronx nie wytrzymał długo w tym miejscu i przeniósł się na al. Wojska Polskiego, pod siedzibę ówczesnego Dziennika Szczecińskiego. Dzisiaj w tym budynku mieści się go-go Club Havana. Po krótkim żywocie w miejsce Bronxu powstał DS, czyli w swej pierwotnej nazwie klub Pod Dziennnikem.

- To było totalnie abstrakcyjne i absurdalne miejsce zaadaptowane po klubie go - go na lokal punk rockowy – opowiada Artur „Tatinek” Szyszkowski, dziennikarz muzyczny, konferansjer i dj. - To tutaj piło się piwo słuchając płyt Offspring czy Green Day. Sam mam ogromny sentyment do Przystanku Pub, w którym co środę można było posłuchać ska i reggae, uczestniczyć w koncertach Vespy.

Przystanek Pub działał raptem kilkaset metrów od DS-u, bo na pierwszym piętrze budynku NOT (Naukowej Organizacji Technicznej), przy al. Wojska Polskiego. Był połączeniem pubu z klubem. Pękał dosłownie w szwach, nawet w środku tygodnia. Klienci potrafili urzędować cały wieczór na schodach prowadzących na piętro. Na dole była obowiązkowa szatnia w starym stylu, a w piwnicy toaleta. Pub skończył swój żywot, gdy zmęczony jego intensywnością NOT wypowiedział lokal. A w kolejce pojawiła się propozycja utworzenia tam restauracji, co jednak nie doszło do skutku. Zamiast tego w miejscu Przystanku zaczęły działać Schody Jazz Café, w pewnym sensie kontynuując jego tradycje.

Specyficznym miejscem był klub 77 mieszący się na ulicy Gorkiego. Działał na pół legalnie. Odbywały się tam oficjalne imprezy, ale także zamknięte spędy wyłącznie dla określonej grupy ludzi. Koncerty, wesela, a nawet striptiz – wszystko jednak zanurzone w rock‘n’rollowej atmosferze.

- Polegało to na tym, że nie mógł wejść tam każdy – wspomina Tatinek. - Była selekcja i to bardzo twarda, tak że niepowołanych nie wpuszczano, a jeśli ktoś przyprowadził ze sobą nowa osobę to musiał za nią odpowiadać.

Przy al. Wyzwolenia, w budynku gdzie siedzibę ma PSL działał 2/3, niezwykle popularny klub o orientacji rockowej prowadzony przez braci Andrzeja i Piotra Trzeciaków, dziś właścicieli restauracji Vincent. Klub powstał w połowie lat 90. i działał blisko osiem lat.

- Zazwyczaj ludziom wydaje się, że otworzenie lokalu wymaga jakiś niesamowitych pieniędzy, że potrzebna jest do tego cała machineria – zaczyna opowiadać Piotr - Ale skoro nasi koledzy otworzyli Szóstki to pomyśleliśmy, że chyba nie jest to aż tak trudne i że my również możemy zrobić coś takiego.

- W tamtych czasach wszystko opierało się na fantazji. Jeśli ktoś miał pomysł, zacięcie i do tego przebrnął przez biurokrację to mógł ją zrealizować – dodaje drugi z Trzeciaków.

Charakterystyczny dla 2/3 był wystrój klubu, którego dużą część stanowiły oryginalne plakaty filmowe i postery komiksów.

- Plakaty filmowe pochodziły z magazynu znajdującego się na ul. Wojska Polskiego przy Torze Kolarskim – mówi Piotr. - Komiksy pochodziły od kolegi mojego brata który pracował dla Marvela i często otrzymywał materiały reklamowe.

Klub miał też drugą nieoficjalną nazwę, którą nadali mu szczecińscy taksówkarze.

- Kierowcy taksówek mówili, że nie podjeżdżają pod klub 2/3 tylko pod „0,7”, ponieważ ludzie wychodzący z lokalu wyglądali tak jakby właśnie spożyli owe 0,7 – śmieją się bracia.

Nielegalne zabawy

Obok regularnych klubów w Szczecinie pojawiły się także absolutnie nielegalne miejsca, takie jak Tama, Borówka czy Virus gdzie w partyzanckich warunkach, na tzw. pełnym spontanie były organizowane koncerty, m.in. Pogodna, Electric Rudeboyz i całej rzeszy dj’ów z Polski i nie tylko. Nad wszystkim unosił się duch nieskrępowanej, rock’n rollowej zabawy. Tama zajmowała piętro opuszczonego, zniszczonego budynku fabrycznego, przy ul. Tama Pomorzańska, Bywali tam muzycy z Apteki a raz pojawił się sam Robert Brylewski, legenda polskiego punk rocka.

- Były tam koncerty na żywo, pamiętam m.in. jeden z ostatnich występów znakomitej formacji Relanium. No i ten klimat miejsca. Między zespołem, a publicznością stał stolik z ogórkami, śledziami, smalcem i oczywiście wódką – wspomina Cezary Sierkowski.

- Pamiętam imprezę na nielegalnej Tamie, kiedy ludzie dostali takiego amoku podczas naszego grania, że kilka osób wspięło na rusztowania pod sufitem w budynku, który groził zawaleniem i był odpowiednikiem brytyjskich warehousów, w których odbywały się tego rodzaju imprezy od końca lat osiemdziesiątych – wspomina Maciej Gorzelak, aka DJ C.L.V.N., wówczas członek Electric Rudeboyz, a dziś nauczyciel języka angielskiego i dyrektor programowy festiwalu Boogie Brain. - Pamiętam moją wściekłość, gdy okazało się, że po tej imprezie kilka moich winylowych płyt mocno ucierpiało na skutek spadającego ze ścian tynku.

Imprezami na Tamie zajmowali się członkowie Relanium, wtedy popularnej grupy: Tomasz Bachorz „Pies” i Krzysztof Sanecki „KS”, dzisiaj operator TVN 24.

- To pomieszczenie na pięterku urządzone na styl berlińskich slumsów miało początkowo służyć za miejsce prób naszego zespołu ale Tomek wpadł na pomysł, żeby w weekendy organizować imprezy – opowiada Sanecki. - Klub działał od listopada 99 do listopada 2000. Wchodziło się do niego po metalowych schodach. Przed wejściem był taki tarasik, na którym stojąc z Tomkiem pewnego wieczoru spojrzeliśmy w dół. Na dole przed schodami stało zaparkowanych dziesięć pojazdów osobowych, oraz trzy taksówki. Uznaliśmy to za sukces. Najlepsza była promocja imprezy, na ulotkach wielkości biletów tramwajowych drukowaliśmy informacje o tym co się będzie działo w dany weekend. Rozrzucaliśmy je w knajpach, było tego z 200, 300 ulotek na miasto.

Tama była całkowicie nielegalnym miejscem a mimo tego policja tam raczej nie zaglądała

- Nie było interwencji policji, raz tylko zajrzeli z ciekawości. Tama oficjalnie służyła nam za miejsce prób a w razie czego zawsze mogliśmy powiedzieć, ze akurat odbywają się czyjeś urodziny. Natomiast raz przyszli panowie, tzw ludzie z miasta, w skórzanych kurtkach i wygolonych karkach. I co się stało? Podekscytowani atmosferą miejsca, zostali stałymi bywalcami lokalu – śmieje się Krzysztof.

Borówka mieściła się koło składu drzewnego, przy ul. Głowackiego.

- Pomieszczenia były wymalowane olejnicą, ciemnym kolorem, no I charakterystyczna rzecz dla tego miejsca to toaleta, którą pełnił duży pokój. A w nim dokładnie pośrodku był ustawiony sedes – dodaje Sierkowski

Kolejnym nielegalnym miejscem był Virus przy ul. Ludowej, który pojaiwł się ok.2000 roku.

- Tak naprawdę Virusy były trzy: pierwszy został zamknięty przez dywersje ekipy z Borówki, bo jak koń trojański wdarli się do środka a ostatni został zamknięty przez dziewięć policyjnych radiowozów – przypomina sobie Krzysztof Kuźnicki, ówczesny właściciel klubu, dzisiaj realizator i producent filmów, działający pod szyldem „Wielkopomorska Wytwórnia Filmowa”. - Pierwszy klub działał 9 miesięcy, drugi 2 miesiące, trzeci 3 miesiące. Ludność do klubu przybywała gromadnie, bo było to takie małe królestwo wolności. Charakter imprez był różnorodny od koncertów heavy metalowych, przez zabawy taneczne z muzyka elektroniczna, po wspólne czytanie książek. Najwięcej ludzi bawiło się na Off Popie - około 300 osób. Takie akcje jak nielegalny klub są fajne ale na chwilę bo raczej majątku się na tym nie zrobi. Powodem otwierania „nielegali” było szukanie nowych miejsc do imprezowania, wspólnego picia wódki oraz do bycia królem we własnym miejscu.

Klubowa sielanka

Oczywiście nie tylko samym rockiem żył Szczecin.

- Ogromnym magnesem tych wszystkich miejsc, do których chodziliśmy była muzyka, którą wtedy słyszałem po raz pierwszy w życiu, jak przywieziony świeżo z Londynu trip hop, czyli Headz, Vadim, czy Krush. – wspomina Jarek Jaz. - W Szóstkach byłem na koncercie Miłości i kilku innych yassowych projektach z Mazzollem, Zdunkiem, czy Tymonem w roli liderów. Bawiłem się na pierwszych hulanach didżejów z Family Groove, jakichś fajnych amerykańskich funkowych bandach, których nazw już nie pamiętam, setach Highfisha, który dziś gra w The Whitest Boy Alive a wtedy mistrzowsko łączył house z jazzem, czy Calvina. Ach, no i najcudowniejszym dzieckiem klubowego Szczecina tamtych czasów byli Electric Rudeboyz. W szczecińskim klabingu lat 90. można było się zgubić, wpaść w poważne tarapaty, zachłysnąć swobodą, skosztować zakazanego.

A Maciek Gorzelak dodaje: - Pamiętam do tej pory jak po raz pierwszy Szczecin poczuł drum’n’bass. Był to 1997 rok. Wtedy nie grało się jeszcze połamanego beatu, a raczej house i okolice. Koło trzeciej nad ranem wszedłem za gramofony i poczułem, że to jest ten moment, kiedy nie należy już dłużej pieścić publiki ciepłym housem. Zagrałem jeden z jungle’owych klasyków „Shadow Boxing” Nasty Habits. Reakcja ludzi przeszła najśmielsze oczekiwania. Wrzaski, wycie, chodzenie po suficie – mam wrażenie, że to wtedy, w tym momencie po raz pierwszy zbiorowo tańczono do drum’n’bassu w naszym mieście.

Nowoczesne dźwięki można było też posłuchać w Laboratorium, klubie, który mieścił się przy al. Wyzwolenia, na dachu Odzieżowca.

- Wchodziło się w podwórko, stawało się na rampie dla aut dostawczych i czekało na windę towarową – opowiada Szyszkowski.

Klub jak inne był surowy we wnętrzu ale trzy parkiety oraz wspomniana winda stanowiły nie lada atrakcję, także dla artystów grających w klubie.

- Pamiętam jak fantastyczny Eric D. Clark, wielka gwiazda muzyki house jechał po raz pierwszy tą windą – wspomina Maciej Kempiński szef klubu, dzisiaj właściciel hurtowni muzycznej. - Był absolutnie oczarowany tym co się dzieje. Przyznał, że pierwszy raz wchodził w ten sposób do klubu, jadąc co raz wyżej słyszał narastającą muzykę. Porównał to uczucie do... orgazmu.

Nie tylko Clark wystąpił w Laboratorium, dla klubowych gości grały też takie gwiazdy jak Jazzanova, Vikter Duplaix czy Dixon.

Muzykę klubową a także hip hop można było posłuchać w Oszołomie, zlokalizowanym w podziemiach nieistniejącego już dzisiaj budynku przy al. Wyzwolenia. Teraz w tym miejscu powstaje Galeria Kaskada. Industrialna piwnica, wokół sporo graffiti.

- Pamiętam tam after party po hip hopowym koncercie, który miał miejsce na podzamczu – mówi Joanna Tyszkiewicz, dziennikarka, organizatorka imprez hip hopowych, m.in. eliminacji do najważniejszych zawodów w breakdance BOTY oraz członkini legendarnej grupy SNUZ. - Panowie z b-boyowej ekipy Flyingsteps pobili się polskimi chłopakami. Nie wiem o co wtedy poszło ale kilka lat temu na jednym z Battle Of The Year doszło do ponownego spotkania i pojednania. Nie lubiłam „Oszołoma”, tam nie było okien, brakowało świeżego powietrza. Natomiast to co działo się na zewnątrz Oszołoma było fajne. Graffiti przy dawnym teatrze Lalek Pleciuga, które wlewało się do klubu, b-boye tańczący przez wejściem na matach, granie muzyki przy teatrze. Co do samego hip hopu to w 94 roku w nieistniejącym już Transie na Powstańców Wielkopolskich ekipa writerów z EWC zorganizowała Battle Jam czyli coś w rodzaju zwodów breakdance. Na tą imprezę przyjechali ludzie z Niemiec, m.in. Storm i wspomniani Flyingsteps. Dla mnie to było najmocniejsze uderzenie jeśli chodzi o hip hop i początek całej zajawki.

Doświadczenie bywalca

Każde z tych miejsc tworzyli ludzie, nie tylko ci którzy byli właścicielami i tam pracowali, ale przede wszystkim goście.

- Pamiętam mocno undergroundowy klimat tych lokali i imprez – mówi Jacek Nowak, właściciel Brama Jazz Café. - Wszystkich nas łączyła muzyka. Choć teraz brzmi to nieprawdopodobnie, to zdarzyło nam się kilka razy przed DS - em, w środku miasta na trawniku, zrobić grilla w środku nocy. Pod Szóstki zawsze można było iść w ciemno z pewnością, że znajomi też tam będą. Latem w pobliskim kinie Derby można było zobaczyć filmy puszczane pod gołym niebem, a potem wrócić do klubu na imprezę.

- Byliśmy młodzi, spragnieni muzyki i doświadczeń. Ważne były miejsca, gdzie to wszystko funkcjonowało, ale tak naprawdę ważni byli ludzie, którzy przychodzili do tych miejsc – stwierdza Tatinek.

Na koniec wieku

Tak jak wszystko co dobre tak i lata 90. w końcu się skończyły a wraz z nimi z powierzchni Szczecina zaczęły znikać kluby.

W 1998 roku niknęły kultowe Szóstki. Jeszcze działając zaliczyły awanturę z sanepidem. - Nie wiem jakim cudem otrzymaliśmy wszelkie koncesje, ale zabrakło w tym pozwolenia od sanepidu. Praktycznie klub przez trzy lata działał nielegalnie – wspomina Jacek Kolasiński. - Pewnego razu, w środku nocy zadzwonił do mnie kolega z informacją, ze do Szóstek przyjechał sanepid i chodzą po zapleczu. Myślałem, że to żart, ale okazało się że panowie z sanepidu szli do Rockera i w drodze do klubu usłyszeli muzykę. Zajrzeli do Szóstek, później w papiery klubu i okazało się że Szóstki nie istnieją. I zaczęła się makabryczna przeprawa żeby uzyskać pozwolenie na prowadzenie klubu, pomimo ze koncesja na sprzedaż alkoholu została wydana wcześniej. Taki paradoks.

Choć nie z tego powodu lokal zniknął. Charakterystyczne dla tego miejsca jak i pozostałych były zmieniające się czasy. Prowadzenie lokali przestało się opłacać, a ich właściciele dorastali i również zaczęli myśleć o ustatkowaniu się

- Człowiek po studiach zaczyna myśleć już innymi kategoriami – tłumaczy jeden z prowadzących klub 2/3. - Zmieniła się rzeczywistość, wszystko zaczęło drożeć, czynsz a co za tym idzie całe utrzymanie lokali. Wydaje mi się, że to po prostu kolejność rzeczy. Wtedy spontan teraz pieniądze.

- Te miejsca przestały istnieć przede wszystkim z powodów finansowych, również przez chamstwo właścicieli wynajmujących lokale pod działalność klubową i przez to jeszcze, że to całe towarzystwo lat 90. gdzieś się rozpierzchło, niektórzy wyjechali ze Szczecina, inni pozakładali rodziny, zajęli się dorosłym życiem – ocenia Artur Szyszkowski.

Po bankietowym Szczecinie lat 90. pozostały wspomnienia, zdjęcia, filmy i nowe pokolenie imprezowiczów, które wprowadziło zabawę w nowy wiek.

Prestiż  
Czerwiec 2010