Poczuj magię świąt... Przed poczuciem skonsultuj się z lekarzem, lub farmaceutą

Pokręcił przecząco głową. Jego ciemne, smutne oczy osadzone głęboko w twarzy zrytej przeżytymi latami powiedziały jej wszystko. "To może jednak pontonem do Grecji?" zapytała z góry znając odpowiedź. "Bez wizy nigdzie nie jedziemy" odpowiedział twardo.

Autor

Szymon Kaczmarek
"Czy ty nie masz litości?" Krzyknęła. "Mam rodzić w tym kraju, który nigdy nie zazna pokoju? Gdzie ludzie do końca swojego istnienia nie będą potrafili zrozumieć, że obcy to także człowiek?”. Pochyliła się w kolejnym ataku bólu spowodowanym niecierpliwością ich dziecka. "Pamiętasz tą szopę przy wjeździe do miasta? Tam się na razie urządzimy. Jutro pójdę do Amerykanów, może u nich coś załatwię?" Gdy mijali tabliczkę z nazwą miasta, nad ich głowami przeleciał helikopter. Popatrzył smutno na okopcony napis "Welcome to Bêţ Lehem"...
 
Kevin, ten sam w tiwi, lastchristmasy w sklepowych głośnikach i nie wiedzieć czemu, czerwone bombki jako element świątecznego wystroju. Nienawidzę czerwonych bombek! Tłumy ludzi kupujące tony nieprzydatnych przedmiotów. Pani sklepowa ze zmęczonymi oczami pyta mechanicznym głosem: "W czym mogę panu pomóc?", choć to ona wygląda bardziej na potrzebującą natychmiastowej pomocy. Dzieci biegają pomiędzy stoiskami z zabawkami, głośnik ryczy, ktoś wali mnie w goleń ciężkim, metalowym wózkiem, niewidzącymi oczami błądząc wśród kolorowych napisów z bonusami, gratisami i promocją. Migają kolorowe lampki, ścisk, hałas, hostessy i plastikowe choinki... Nie wytrzymuję. Porzucam Anię dzielnie stawiającą czoła świątecznej karuzeli i wychodzę przed sklep. Zaciągam się chciwie papierosem i zanosząc kaszlem czuję. Tak, czuję reklamowaną od dwóch miesięcy "magię świąt"...
 
Babcia Martynka chałupkę ma niewielką. Sama malutka i przygarbiona, to i miejsca nie wiele trzeba by dożyć żywota poczciwego. Przy chałupinie chlewik z maciorą Wiśnią, kurnik dla piętnastu kurek i gąski Guni, która nie odstępuje swej pani przez cały boży dzionek. Dom babci Martynki pod lasem na górce, z widokiem na wieś i jezioro. Jak mówi: "wygodnie, bo od ludzi bezpieczna odległość, a do bliskich na cmentarzyku niedaleko. A żywi okrutniejsi bywają od tych, co odeszli". Od wielu lat, Wigilię spędza w samotności, choć sama na takie słowa się oburza: "Jaka ja tam panie samotna? A bo to mało życia naokoło, przyjaciół serdecznych? Ot, kotów sześć, dwa psy, Wiśnia na dniach się oprosi, a i z Gunią pogadamy o świecie naszym, powspominamy..." W wigijny wieczór babcia Martynka otula się kraciastą, wełnianą chustą, nakłada ciężkie gumofilce i z opłatkiem zachodzi do swoich. W ciemności grudniowego zmroku rozświetlone światłem lampy, mrugają ciekawe paciorki kurzych oczu. Babcia Martynka kruszy na malutkiej, spracowanej dłoni opłatek. Podsuwa każdej, dbając o kurnikową sprawiedliwość. Potem zachodzi do Wiśni. "No jak tam mamciu?" poklepuje zwierzę po rozdętym brzuchu, w którym kłębi się niecierpliwie liczne potomstwo. Maciora leniwie poszturchuje parujące ziemniaki podsypane jej przez gospodynię. Oczywiście, że pytam czy w Wigilię mówią coś ludzkim głosem? "A mówią Panie, mówią. Tyle, że swoim, zwierzęcym, który dziś zrozumiałym jest dla ludzi, choć ci go nie chcą słuchać. Dziękują za dobroć, głupotę wypomną, o sprawiedliwe i godne traktowanie proszą..." Babcia Martynka pieczołowicie zamyka chlewik i drepce do siebie wąską ścieżką udeptaną w śniegu. Na stole talerz ziemniaków w mundurkach, miska śledzi, garczek barszczyku. O garczek oparte dwie kartki pocztowe. Jedna od syna z Londynu, druga od siostry Nowej Zelandii. Nie widziały się od czasu, gdy rozdzieliła je wojenna zawierucha. Pod fajerkami kaflowej kuchni trzaska ogień. W kącie izby niewielki chojaczek rozsiewa zdrowy, żywiczny zapach lasu. Na ciemnym niebie wciąż jaśnieje świąteczna gwiazdka...
 
Przed wielu laty, z serdeczną przyjaciółka Femką jechaliśmy wigilijnym wieczorem do jej syna, który mieszka w Starym Czarnowie. Jak zazwyczaj miałem zbyt mało papierosów. Pod sklepem stał objuczony rozmaitymi torbami i workami rower. Ot, taki wędrowny kram bezdomnego. Przed sklepową ladą ubogo odziany mężczyzna wpatrzony był w garść drobniaków na dłoni. Kupiłem papierosy, wsiadłem do samochodu i po chwili jazdy już zasiadałem do pięknie przystrojonego wigilijnego stołu. Wówczas, w tym sklepie nie zawahałem się. Nie podszedłem, nie zapytałem. Nie zrobiłem nic, oprócz kupna cholernych papierosów. Dlaczego więc uparcie mam tę scenę przed oczami za każdym razem, gdy zasiadam do wigilijnej wieczerzy?
 
P.S.
Według tradycji przy wigilijnym stole zostawia się zawsze wolne miejsce i puste nakrycie. W dawnych czasach wierzono...

Prestiż  
Grudzień 2015