Rockowy i romantyczny Balet Opery na Zamku

Sukces szczecińskiego baletu to dzieło wielkiej pracy i odwagi szefostwa Opery na Zamku - Angeliki Rabizo i jej następcy Jacka Jekiela, ale przede wszystkim kierownika zespołu Karola Urbańskiego. Jest w tym procesie jeszcze pewne zrządzenie losu, bowiem od 2011 roku Opera na czas kompleksowego remontu musiała wyprowadzić się z dostojnych zamkowych pomieszczeń. Pomysłem, który zapewnił ciągłość pracy i nie pozwolił na rozwiązanie zespołu, była budowa tymczasowej sceny w hali na szczecińskiej Łasztowni. Szydercy przemianowali nazwę na Opera w namiocie i nie życzyli dobrze… 

Autor

Daniel Źródlewski

Pryszczaci i bezczelni

Remont Zamku się przedłużał, Opera próbowała egzystować w niezwykle trudnych warunkach w hali o niskich walorach akustycznych. Przewrotnie ten czas okazał się jednym ze źródeł jej sukcesu - warunki zmusiły artystów do szukania innych form, niż klasyczna opera, innych niż te wymagające odpowiedniego komfortu przygotowań i wykonania. Takie formy, których nie zniszczy przejeżdżająca obok karetka na sygnale czy terkoczący tramwaj. Były zatem operetki, spektakle dla dzieci, musicale, koncerty symfoniczne i wreszcie spektakle baletowe. Zaczęło się od „Odcieni namiętności”, eksplodowało „Ogniwami” do muzyki Witolda Lutosławskiego, a wysoką klasę potwierdziły kolejne realizacje; „Alicja w Krainie Czarów” i wreszcie zachwycające „Dzieje grzechu” i „Rock’n’balet”. Te eksperymenty spotkały się z aprobatą nowego dyrektora i szybko stały się marką teatru:
– Ja chcę teatru intrygującego! Jeżeli na nasz spektakl baletowy przyjeżdża na przykład recenzentka z „Dance Europe”, najbardziej prestiżowego pisma branżowego w Europie, to znaczy, że to nasze rozpychanie się opłaciło. Oczywiście, że wszyscy zapraszają, ale nie wszędzie przyjeżdżają (śmiech). Jeśli nie będziemy ciut pryszczaci i bezczelni, to „nas na osobną stertę zamiotą”. Nie możemy stać się skansenem. Musimy i chcemy być teatrem otwartym. I takim jesteśmy – mówi dyrektor Jekiel. Słowa zmienia w czyn i faktycznie zapowiadana różnorodność materializuje się, choćby w programie „nowego otwarcia”, czyli wydarzeń inaugurujących pracę w wyremontowanej siedzibie, czy zapowiedziach kolejnych realizacji. 

Nie ma przypadków

Faktycznym autorem tego tanecznego progresu w Szczecinie jest kierownik zespołu baletowego Opery na Zamku, Karol Urbański, który sztukę ma we krwi:
– Pochodzę z rodziny o tradycjach teatralnych. Jako dziecko byłem niezwykle pobudliwy i rodzice szukali sposobu, by to rozładować, więc kiedy miałem 6 lat zapisali mnie do ogniska baletowego. Wtedy to jeszcze była dla mnie zabawa, ale później w mojej rodzinnej Łodzi otworzono szkołę baletową i rodzice zapytali, czy nie chcę tam zdawać. Zgodziłem się bez wahania, ale zabezpieczyłem się jeszcze startując do szkoły muzycznej, jednak egzaminy baletowe były wcześniej i… tak zostało do dziś – wspomina Karol Urbański. 
Państwową Szkołę Baletową w Łodzi ukończył w 1984 roku, ale jeszcze w czasie nauki występował na deskach (podłodze baletowej) łódzkiego Teatru Wielkiego. Na początku lat 90. przeniósł się do stolicy i związał z Teatrem Wielkim - Operą Narodową. Był jeszcze kilkuletni epizod w Norweskim Balecie Narodowym i niezliczone produkcje taneczne, udział w filmach, spektaklach... W 2012 roku objął posadę kierownika zespołu baletowego szczecińskiej Opery. Tutaj zaczął realizować swoją wizję baletu.
– Balet, tak jak inne języki sztuki, daje możliwość kreowania świata równoległego, tworzenia różnych rzeczywistości, bycia w różnych odsłonach kimś innym, niż jest się w świecie realnym. Dla mnie wychodzenie na scenę, to wchodzenie w przestrzeń wolności, w świat, który należy tylko do mnie.
Urbański jednak potrafi dzielić się swoją wolnością i bez wahania zaprasza do niego widzów, którzy czują się w nim jak u siebie i… występują o azyl.

Krew, pot i łzy

Balet to piękno w czystej postaci, ale piękno okupione przede wszystkim niesłychanie ciężką pracą, przysłowiowymi: potem, łzami i krwią.
– To, co w tańcu piękne, to po pierwsze jego fizykalność, a z drugiej strony niezwykle logiczna działalność. Balet jest tak naprawdę bardzo logiczny. Wychodzi się od najprostszych podstawowych ćwiczeń: od pięciu pozycji nóg i pięciu pozycji rąk. A te wywiedzione są z… szermierki, zatem balet jest wyidealizowaną sztuką walki (śmiech). Potem przez elementy przejścia buduje się następne ćwiczenia. Nawet dziś jak prowadzę zajęcia, to często mnie uderza, że piękno tej techniki polega na tym, że w ostatnim ćwiczeniu zawarte jest to pierwsze – zdradza baletowe techniki Urbański. 
W tańcu po wyborze tematu muzycznego powstaje pewna określona sekwencja kroków, która staje się motywem wiodącym, dalej to już właśnie emocje, które tancerze wyrażają ruchem czy gestami. Proste? Proste. 

Ponad siebie

Balet jako sztuka logiczna - zrozumiałe. Logicznie za to nie da się wyjaśnić miłości do tak ciężkiej pracy. To przede wszystkim wyrzeczenia, wyrzeczenia i jeszcze raz wyrzeczenia. – Najważniejszy w tym zawodzie wydaje się brak wstydu, pokonanie go szczególnie w stosunku do swojego ciała. Potem jest jeszcze upór, odporność na ból i porażki oraz wielka determinacja. Nie ważne ile razy się upada, ważne ile razy się wstaje. Porażka w tym fachu przez chwilę boli, ale jest mobilizująca – mówi tancerka Karolina Cichy-Szromnik.
Daria Sokołowska przyznaje, że nie wyobraża sobie życia bez tańca, dostrzega w tej sztuce także lek dla duszy. 
– Pewność siebie! Z tym od zawsze było u mnie trudno, ale dzięki tańcowi zmieniłam się, nabrałam pewności siebie. To długie lata pracy, podczas których budowałam nie tylko umiejętności, ale przede wszystkim swój charakter. Odkrywałam siebie na nowo, zaczęłam sobie ufać – najwyraźniej skutecznie, bo Daria w „Balu maskowym” debiutowała, a tremy nie było śladu. 
Kseniiia Naumet-Snarska, by móc tańczyć, musiała długo przekonywać rodziców, którzy wiedzieli jak to jest ciężka praca. – Zakochałam się w balecie, kiedy miałam osiem lat i byłam z mamą w teatrze na „Jeziorze łabędzim” Czajkowskiego. Wtedy zrozumiałam, że chcę tańczyć. Tylko nie wiedziałem, że tak będzie (śmiech). Myślałam, że to tak „pstryk” i koniec… a tutaj końca tej pracy nie widać. Tyle, że ja nie chce go widzieć, chcę jak najdłużej wytrzymać, jak najdłużej tańczyć i wciąż podobać się publiczności, bo taniec w sali prób, to jak książka w szufladzie… – opowiada Kseniia. Jej miłość do tańca publiczność odwzajemnia, dowodem niech będzie wielkie uznanie za dotychczasowe role i nominacja do aktorskiego „Bursztynowego pierścienia”. 

Trudny język tańca

Karol Urbański tworzy niezwykłe baletowe światy opierając się na wielkiej literaturze. Stworzył choćby choreografię do świetnych „Dziejów grzechu” według powieści Stefana Żeromskiego. To on decyduje o repertuarze i przede wszystkim o gościnnych choreografach. – Ja robię głównie spektakle fabularne, dla mnie historia, którą chcę opowiedzieć jest punktem wyjścia, czyli psychologia postaci i relacje pomiędzy nimi. Druga rzecz najważniejsza to muzyka, bo przecież taniec nie jest autonomiczny w stosunku do niej. Sam taniec jest muzyką, której nie słychać, ale którą widać. Tu są przecież takie same przebiegi rytmiczne, tylko zapisane w ruchu, a nie w dźwiękach – mówi Urbański.
Balet to ruchowa forma literatury. Nawet technicznie, bo przecież wszystko już było, operujemy jedynie określonym, skończonym zasobem słów. Jednak nowe dzieła wciąż powstają, wciąż zaskakują nowe stylistyczne formy czy literackie eksperymenty. – Taniec to jest język, który umożliwia powiedzenie tego, czego nie można wypowiedzieć, przekracza to, co można nazwać, pokazuje stany emocjonalne, które wymykają się słowom – tłumaczy dalej szef baletu.
Jest to jednak piekielnie trudny język. By nim się posługiwać, nie wystarczy opanowanie własnego ciała. Tu potrzeba jeszcze zdolności aktorskich, muzykalności i opanowania.
– Trzeba mieć przede wszystkim otwarty umysł. Trzeba umieć obserwować, trzeba umieć inspirować się światem. Moja Alicja (tytułowa rola w „Alicji w Krainie Czarów”) poznawała nieznany czarodziejski świat, była zdziwiona i zaskoczona, więc kiedy przygotowywałam się do tej roli, też uczyłam się świata na nowo. Chodziłam po ulicach jak dziecko, które pierwszy raz widzi nieznane rzeczy i zjawiska – mówi Christina Janusz.
W tańcu nie potrzeba słów, by wyrazić pożądane emocje, wystarczy nadać gestom odpowiedni charakter, zaglądając w serce i… nieco szerzej. 
– W „Balu maskowym” jesteśmy bezdomnymi, zatem pracując podglądałam na ulicy takich ludzi. Nie tylko naśladowałam ich ruchy, ale próbowałam wczuć się w taką osobę, dowiedzieć się co czuje. To było naprawdę wielkie wyzwanie, a od ludzkiej strony wielka lekcja pokory – kontynuuje opowieść o swoje pracy Christina. 

Siła, filozofia i rytuał

Balet to siła mięśni i pokaz siły. Wziął się z odwiecznego pragnienia człowieka, by oderwać się od ziemi, by wznieść się ponad nią. Wyraźnie to widać w zestawieniu z tańcem współczesnym, który z kolei ciągnie ku ziemi… Ta lekkość, ta zwiewność każe myśleć o balecie jak o… kobiecie. I w historii tej sztuki też to jest zauważalne. 
– Na początku mężczyźni byli w cieniu, byli swoistym statywem dla kobiecego ciała. Dopiero w XX wieku stali się osobowościami baletu. Zaczęło się od Wacława Niżyńskiego, który przełamał klasykę i zmienił oblicze tej sztuki. Pięknej, ale od tego czasu także jeszcze wyraźniej fizykalnej – tłumaczy Urbański. 
Celem baletu jest zatem ukrywanie tego niebotycznego wysiłku. I znów, dla wyrazistości i zrozumienia istoty, taniec współczesny w kontrapunkcie dla baletu, epatuje fizycznością. Ale Karol Urbański rozumie tę sztukę jeszcze szerzej, nie tylko w fizycznym wymiarze, co zdradziła nam jego tancerka Daria Sokołowska:
– Karol? Obserwowałam go wielokrotnie na scenie, a jeszcze wcześniej uczył mnie w szkole… etyki. 
Jacek Jakiel dodaje natomiast: – Karol jest zawodowym tancerzem, jest zdolnym choreografem, ale jest też człowiekiem, który ma gruntowne wykształcenie humanistyczne. Człowiek o takim wykształceniu musi mieć ukształtowaną wizje swojej pracy. Kiedy pierwszy raz z nim rozmawiałem, zobaczyłem człowieka o niezwykle zdeterminowanej wizji, nie tylko intelektualnej w sensie artystycznym, ale przede wszystkim w sensie wartości interpersonalnych. Miał i ma pomysł na budowanie tego zespołu. Od razu mu zaufałem.
W niespełna trzy sezony udało się stworzyć świetny zespół, o którym głośno w całej Polsce i nie tylko. Repertuar to jedno, styl pracy i jej efekty to drugie. Skromność - trzecie. 
– Ja mam poczucie, że nie zrobiłem niczego niezwykłego. Miałem po prostu szczęście pracować w fajnych zespołach, szczególnie za granicą i to, co ja próbuję tutaj robić, to właśnie wprowadzić europejski standard. Wprowadzić tu to, co tam jest normą – opowiada Urbański.
Christina Janusz, jedna z najjaśniej świecących gwiazd szczecińskiego baletu jest urzeczona współpracą i atmosferą zespołu, jednak najważniejsze dla niej jest to, czego nie widzi publiczność.
– Oczywiście, że największą nagrodą dla mnie jest wyjście na scenę, podziw widzów, oklaski… Ale jest jeszcze jedna nagroda – to praca z fenomenalnymi ludźmi, od których mogę się wiele nauczyć, nie tylko w temacie tańca. Pracujemy z wybitnymi choreografami. To niezwykła inspiracja i gwarancja ciągłego rozwoju. Tutaj nie można osiągnąć perfekcji (śmiech), bo zawsze można być jeszcze lepszym i jeszcze lepszym, i jeszcze lepszym. To jest jak jakiś rytuał.
Słowa Christiny Janusz potwierdza sam kierownik baletu, twierdząc, że trzeba wierzyć w ludzi, że mogą dużo więcej niż im się wydaje, trzeba im stawiać poprzeczkę wyżej, niż mogą ją przeskoczyć. 
– Co to znaczy, że ja zrobiłem coś najlepiej? To nie znaczy, że zrobiłem to doskonale, ale że zrobiłem to najlepiej, na ile mogłem to zrobić w danym dniu. I ja bym chciał, żeby ten zespół w tym sensie był najlepszy. I tak na razie jest! – zapewnia Urbański. 
Dyrektor Opery na Zamku dla swojej misji w teatrze muzycznym ma jedną maksymę:
– Teatr, który nie ma swojej widowni, nie ma prawa istnieć – dumnie wygłasza Jacek Jekiel. Zerkając na plany repertuarowe oraz jakość, nie tylko techniczną, zmodernizowanej siedziby Opery na Zamku, możemy być spokojni.
 
Autor: Daniel Źródlewski
Foto: Adam Fedorowicz, Marek Waszczuk
Producent sesji, MUA: Maja Holcman-Lasota
Asystent: Anna Treder

Prestiż  
Grudzień 2015