Regularnie bywasz w Szczecinie?
Ze Szczecinem jestem związana rodzinnie, przez moją siostrę, której córeczka Matylda jest w połowie szczecinianką. Mi tutaj jest bardzo swojsko, odpowiada mi bardzo architektura tego miasta. Ale bywam w Szczecinie tylko, kiedy gram koncert i wtedy odwiedzam rodzinę Matyldy. Ze Szczecina pochodzi kilku moich znajomych, m.in. kumpluję się z tatą Matyldy.
Jak to jest, kiedy jest się w trasie, odwiedza się codziennie inne miasta. To jest praca jak każda?
Właściwie to nie wiem jaka jest inna praca (śmiech), ale jest to fajne. W pewnym stopniu jest to zabawa, wciąż to samo. Lubię chwile, kiedy jestem sama, kiedy mogę w pokoju hotelowym poćwiczyć jogę, kiedy mogę pośpiewać. Aczkolwiek siedzenie w busie jest trochę męczące, tyłek boli, ciało flaczeje, chciałoby się przejść kawałek tego dystansu. Po koncercie idę do hotelu i jak nie wyśpię się i nie zjem śniadania, to najbardziej cierpi na tym mój głos. Organizmu nie da się oszukać. Są pewnie takie wokalistki, które dają radę w tym trybie pokoncertowym, ale ja planuję śpiewać do śmierci, czyli jeszcze przez bardzo długi czas. Jestem trochę w trybie oszczędnościowym.
To jak wygląda typowy dzień w trasie Natalii Przybysz?
Zanim dołączę do reszty zespołu muszę, zjeść w domu śniadanie. Potem zbiórka i w drogę. Na miejscu wyrzucają mnie do hotelu. To jest czas, kiedy mogę zrobić coś dla siebie: pójść na spacer w miasto, mogę poćwiczyć jogę, potrenować głos. Później jem obiad i idę zagrać koncert. Po wszystkim wracam do hotelu. Czasem coś pooglądam, czasem poczytam. Jak babunia (śmiech).
Wybierając utwory koncertowe oprócz autorskich piosenek masz w repertuarze covery innych artystów, takich jak Janis Joplin, której poświęciłaś płytę czy Czesława Niemena, którego „Kwiaty ojczyste” w Twojej interpretacji nabrały nowej mocy.
W piosence coverowej muszę się czuć wygodnie, domowo, musi być element wyzwania wokalnego. Stylistycznie i tematycznie musi się to łączyć z moimi piosenkami, żeby stanowiło część opowieści, którą prowadzę.
Słuchając Twoich piosenek i wypowiedzi odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z pewnym manifestem kobiecości, subtelnym ale szczerym. Wiem, że dla wielu odbiorców mają bardzo duże znaczenie.
Opowiadam swoje rzeczy, o swoim życiu i emocjach. Pisząc te piosenki byłam na terapii i traktowałam tworzenie jako część tego procesu. Jednocześnie wiem, że my, ludzie, jesteśmy zlepieni z tych samych emocji, mamy różnie funkcje „oczyszczeniowe” jak łzy, śmiech, złość. Pisząc chciałam, żeby odbiorcy, choć przeżywają różne historie, mogli się podłączyć pod te utwory. Z tą kobiecością u mnie jest tak, że mnie to wkurza, że trzeba się określać czy jest się dziewczyną czy chłopakiem. Bardziej drążyłabym temat, że miłość nie ma płci, niż afirmowała wszystkie swoje atuty.
A Janis Joplin, której poświęciłaś jedną z płyt? Była zupełnie inną kobietą niż Ty…, w sensie trybu życia jaki prowadziła. Co Cę w niej zainteresowało poza muzyką?
Czytałam trochę rzeczy na jej temat. Wiem, że miała takie kompulsywne jazdy na temat swojej płci, które objawiały się tym, że strasznie chciała uprawiać dużo seksu z różnymi ludźmi, przy czym była bardzo samotna. I tak naprawdę dopóki śpiewała wszystko się zgadzało. Jak kończył się koncert, popadała w próżnię i życie przestawało mieć sens. Szukała silnych bodźców, w narkotykach, mężczyznach… W swoim rodzinnym miasteczku w Teksasie była zupełnie niezrozumiana i musiała się szybko stamtąd wyprowadzić. Ja się od niej muzycznie dużo nauczyłam. Usłyszałam sposób śpiewania bardzo taki gorący, emocjonalny. I nauczyłam się tego, że wszystkie emocje są w porządku, żeby wyrażać je w muzyce. Nagle zrozumiałam, że Janis jest również Jamesem Brownem. On często korzystał z emocji „wkurwu”, który dla siebie przechwyciła Janis. Dla mnie było to wielkie odkrycie, że można w sobie jako instrumencie odkryć nowe brzmienia, artykulacje i sposoby, by bardziej grać i śpiewać.
Janis poza sceną żyła bardzo intensywnie, a Ty?
Przyśniło mi się niedawno, że byłam znowu w swoim liceum i wszyscy ludzie, którzy teraz mają różne fajne prace, siedzieli razem w jednej klasie. Okazało się, że dyrektor szkoły zapomniał nam zaliczyć całego roku. Siedzieliśmy więc w ławkach i nagle poczuliśmy taki luz… że liceum to nic specjalnego i trudnego. Człowiek tylko siedzi i uczy się tyle, ile może i to wszystko. To tylko kolejny etap w życiu, gra, której zasady należy poznać. Gra polegająca na zdobywaniu punktów, ale też przeżywania wielu fajnych rzeczy. Obudziłam się z poczuciem, że jestem na innym, kolejnym już etapie, który też ma swoje zasady. Grasz koncert, dajesz z siebie wszystko, a później masz, zupełnie wyjęty z kontekstu, czas wyłącznie dla siebie. Kąpiesz się, przebierasz, potem jedziesz samochodem do domu… I to też jest fajne. Za jakiś czas będziemy ten uporządkowany etap w życiu wspominać z miłym rozrzewnieniem (śmiech).
Chciałabym na chwilę powrócić do przeszłości. Pojawił się na scenie zespół Sistars, który wraz z siostrą Pauliną współtworzyłyście. Coś się wydarzyło niezwykłego wtedy. Po świetnych płytach, koncertach grupa się nagle rozpadła. Udało Wam się przetrwać ten okres popularności, bycie na tzw. świeczniku? Nie kusi Was powrót, nawet na jeden koncert?
Ten świat blichtru nigdy mnie nie pociągał. Nawet wtedy, kiedy byliśmy w centrum uwagi, choć były różne sytuacje. To musi być straszna spina tak żyć. Jakiś czas temu miałam taką sytuację. Jadłam z dziećmi na Powiślu. Miałam na sobie skarpetki nawinięte na spodnie od dołu. Stwierdziłam, że tak jest wygodnie, po prostu nie będzie mi wiało pod nogawkami. I ktoś mi w tej zupełnie prywatnej i zwyczajnej sytuacji zrobił zdjęcie. Pojawiło się ono później na jakimś plotkarskim portalu, gdzie szczegółowo opisano mój strój. Bardzo mnie to wzruszyło (śmiech)… no bo kogo mogą interesować moje skarpetki? Co do powrotu na scenę jako Sistars to jest wykluczone, skutecznie to w sobie z siostrą wygłuszyłyśmy. Zaśpiewałyśmy te numery tyle razy, że nawet nie było czasu kiedy prać gaci, żeby wymienić je w walizce.
W takim razie co jeszcze przed Tobą?
Na pewno nowa płyta, która zaplanowana jest na rok 2017. Natomiast w tym roku wyjdzie album Shy Albatross. To jest kapela, w której już trochę wcześniej działałam. Udało nam się zebrać materiał i w lutym wchodzimy do studia. Projekt tworzę ze świetnym gitarzystą Raphaelem Rogińskim, z Hubertem Zemlerem ode mnie z grupy i Miłoszem Pękalą z zespołu Mitch&Mitch. Muzycznie będzie wszystko oscylowało wokół bluesa z wpływem różnych kultur. Zaśpiewam stuletnie amerykańskie teksty, opowiadające o kobietach w różnych sytuacjach życiowych… kobietach gangsterach, niewolnicach, wiedźmach.
Czyli ten wątek kobiecości będzie kontynuowany?
Jak najbardziej, gdyż Raphael, pomysłodawca tego projektu uważa się za kobietę (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.







