Zamiast pójść na smaczny obiad do restauracji, bierzemy do ręki pilota TV, pstrykamy po programach i oto na ekranie migają kolorowe kuchnie, uśmiechnięci kucharze i plastikowe warzywa ułożone malowniczo przez panią scenografkę. W rankingu kulinarnych gwiazd szklanego ekranu najwyżej plasują się ci, których nóż i język migają z zawrotną prędkością, a dania „robią się same” w 15 minut. Telewizyjna oferta programów kulinarnych zdecydowanie przebija ilością te, w których usłyszelibyśmy o książkach, kinie lub teatrze. Pamiętajmy jednak, że zasada świeżości oferowanych produktów jest ważna zarówno na ekranie, jak i restauracyjnym talerzu. Pamiętajmy, że oczy, tak ważne w kulinarnych zmaganiach, nie zastąpią doznań smakowych i zapachowych. Ruszmy zatem leniwe ciało i zjedzmy w restauracji!
Na kulinarnej mapie naszego miasta ciągły ruch i zmiany. Wciąż słyszymy o otwarciu nowego przybytku kuchennych rozkoszy. Mogłoby więc wydawać się, biorąc nawet pod uwagę osobiste problemy niektórych gastronomików, że oferta szczecińskiej gastronomii jest bogata i różnorodna. Nic bardziej mylnego! Nieustannie ubolewam nad monotonią ofert kulinarnych w naszych restauracjach. Nieliczne, smakowite wyjątki potwierdzają tylko regułę. Przecież polędwicę można zrobić nie tylko w kolorowym pieprzu, lub borowikach (zamiennie z kurkami). Na ileż sposobów można podać makaron ze szpinakiem? Wymyślne nazwy dań pozbawionych wyrazistości smaku nie zrekompensują nam ich, zazwyczaj, wygórowanej ceny. By zjeść smacznie w szczecińskiej restauracji, trzeba mieć szczęście, nosa, albo dobrego przewodnika.
Formuła tanich zakąsek z lat peerelu, mimo pozornego sukcesu i wielu naśladowców, dziś się wyczerpuje. Atrakcyjna pozostaje jedynie cena alkoholi, lecz za tym idzie znaczące obniżenie poziomu kultury zakąszających… Zamiast kombinować, szukać, proponować zapomniane skarby rodzimego stołu, skupiono się na ilości przerabianych tatarów i kiełbasy na gorąco. Cóż, znamienna to krótkowzroczność polskiego biznesu.Wcale nie lepiej wyglądają propozycje regionalnych kuchni innych krajów. Nie potrafiłbym z czystym sumieniem polecić którąkolwiek z kuchni azjatyckich, a przecież i w tej dziedzinie mamy kilka „nowości”. Cóż z tego , skoro wszystkie te słodko – kwaśne sosy smakują tak samo, bo w jednej i tej samej amsterdamskiej hurtowni są kupowane.Przez litość nie wspomnę o reakcji moich japońskich znajomych, których z premedytacją poprowadziłem do jednej ze szczecińskich „susharni”. Mimo wrodzonej powściągliwości w wyrażaniu swoich uczuć, nie mogli opanować wyrazu zdumionego przerażenia na widok i smak „najlepszego sushi w mieście”. Podobna sytuacja jest z licznymi pizzeriami. By smacznie zjeść oryginalne, egzotyczne danie wciąż trzeba jechać do Berlina.
Zapytacie jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy? Sądzę, że są dwie: z jednej strony zawiłość i i upierdliwość przepisów regulujących gastronomiczny rynek, z drugiej przypadkowość wyboru zawodu przez właścicieli „zakładów zbiorowego żywienia” maści wszelakiej. Zwróćcie uwagę, że im więcej miłości do kuchni okazuje Szef restauracji, tym smaczniejsze dania tam znajdziemy. Na szczęście jest jeszcze w naszym mieście kilku kulinarnych szaleńców, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Szesnastowieczny smakosz i erudyta, prawdopodobny ojciec polskiego slow – food’u, znudziwszy się obowiązującą wówczas łaciną, napisał w języku ojczystym :
„Nuż ćwikiełki w piec namotawszy, a dobrze przypiekszy, nadobnie ochędożyć, w talerzyki nakrajać, także w faseczkę ułożyć, chrzanikiem, co najdrobniej ukrężawszy, przetrząsnąć, także koprem włoskiem, trochę przetłukszy, przetrząsnąć, a octem skropić, a solą przesalać, tedy wnet będzie tak osobny przysmak…”
Mikołaj Rej z Nagłowic od dawna jest dla mnie natchnieniem kulinarnej wyobraźni, niech więc Jego przepis na ćwikłę towarzyszy Wam przy stołach!






