Jazz jest nieprzewidywalny. A Ty? Ty jesteś przewidywalny. To załatwisz Akademię Sztuki, to zrobisz koncert, to założysz stowarzyszenie. Media o tobie piszą już jak o działaczu jazzowym. Czy w związku z tym, że robisz się powoli takim „wujkiem Sylwkiem”. Nie uwiera Cię to ?
– Uwiera, i nie jestem przewidywalny. Jestem nieprzewidywalny. Bo jak powstała akademia, posypały się różne propozycje. Miałem być kanclerzem i nie tylko…
Ale nie Niemiec?
– Nie, nie Niemiec (śmiech). Kanclerzem Akademii Sztuki. Co niektórzy proponowali, żebym poszedł w świat polityki, żebym startował w wyborach. Padały również inne naprawdę ciekawe, choć dla mnie egzotyczne propozycje.
No, ale to tylko potwierdza moją tezę. Ludzie przestali Cię traktować jak muzyka, a zaczęli jak potencjalnego działacza partyjnego.
– Odmówiłem, zacząłem ćwiczyć na saksofonie, wciąż nie piastuję żadnych stanowisk, właśnie wydałem płytę i to jest moja odpowiedź na to czy jestem przewidywalny czy nie. Jestem nieprzewidywalny.
Świetnie, ale artysta to jest ktoś kto łamie jakieś konwenanse, łamie jakieś standardy, jest nonkonformistą, jest niepokorny. A Ty jesteś jak najbardziej pokorny. Miałeś np. okazję poznać wielu polityków, oni Cię wszyscy lubią.
– No i ja ich też lubię. Co do łamania, Akademia Sztuki powstała łamiąc ustawę zasadniczą o szkolnictwie wyższym. Wyłamałem zasadę. Wszyscy mówili, że się nie da. Rada Główna Szkolnictwa Wyższego była na nie. Było wiele nieprzychylnych opinii, a jednak się dało, złamałem konwenanse.
No dobrze, ale na zdjęcie okładkowe było Cię bardzo ciężko namówić, bo ty jesteś po prostu grzecznym chłopcem.
(śmiech) Nie, ja po prostu nie miałem świadomości, że „Prestiż”, pretenduje do miana lokalnego „Playboya”. Ja myślałem, że to jest bardziej szczecińska „Viva”, a tu się okazuję że jednak „Playboy” czy raczej „Playgirl”….
Na początku byłeś trochę przestraszony.
No tak, bo nie za bardzo rozumiałem konwencji, ale macie niezłego fotografa. Ponadto wielu znakomitych muzyków często mówi, iż na scenie w pewnym sensie jesteś nagi. Wychodząc na scenę z instrumentem już nie możesz nic powiedzieć, nic dodać, nie możesz się wytłumaczyć, że masz gorączkę albo, że ostatnio miałeś problemy i nie ćwiczyłeś. To nikogo nie interesuje. Wychodzisz i wszyscy na ciebie patrzą i czekają. W tym sensie jesteś nagi. Jesteś sam z instrumentem i jedyne co możesz zrobić to zagrać. Więc jakość zdjęcia plus ta myśl przekonały mnie, że to jest okey. Bo to zdjęcie nie jest banalne. To jest pewna alegoria, nie wiem jak to nazwać, przenośnia do „bycia” na scenie.
Mam wrażenie, że mentalnie musiałeś to ostro przetrawić żeby się przełamać.
No tak, bo przecież ja nie jestem modelem (śmiech), wiesz, pozowanie bez gaci, no błagam cię (śmiech) …
Dobrze, już cię o to nie będę męczył, jesteś dzikusem muzycznym, jesteś macho z saksofonem.
– Macho? (śmiech). Nie, nie, absolutnie. Staram się po prostu, zawsze starałem się grać jak najlepiej. Nie zawsze mi się udawało, przez te wszystkie różne nazwijmy to misje publiczne, społeczne. Różnie z tym graniem bywało, bo nie zawsze miałem czas, ale saksofon to jest moja pasja, moja miłość życiowa i cieszy mnie, że przez ten ostatnio rok udało mi się na nim skoncentrować. Rzeczywiście wszyscy się przyzwyczaili, że Sylwek to taki animator kultury, taki gość, który potrafi załatwić to lub tamto. Wydaje mi się, że ten ostatni rok pokazał, iż przede wszystkim jestem artystą.
To znaczy, że sobie zrobiłeś rachunek sumienia? Że któregoś dnia powiedziałeś: „stop, to nie tak, ludzie przestają już na mnie patrzeć jak na muzyka, a właśnie jak na takiego człowieka, który jest od załatwiania różnych istotnych rzeczy”. Zrobiłeś sobie taki rachunek i postanowiłeś to zmienić?
Dokładnie tak. Tym momentem było powołanie Akademii Sztuki i tak jak wspomniałem mnogość różnych propozycji. Wówczas miałem, powiedzmy, swoje pięć minut. I to był taki moment, w którym musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co ja chcę robić w życiu. Bo gdybym którąkolwiek z tych propozycji przyjął, to pewnie byłaby to decyzją, która mocno rzutowałaby na moje życie. Wówczas byłem po trzydziestce, więc zanim bym się wyplątał z kolejnej misji miałbym czterdziestkę i myślę, że powracanie do muzyki byłoby prawie niemożliwe. Zacząłem więc intensywnie ćwiczyć na saksofonie i oczywiście to też było ogromne ryzyko, bo muzyka jest nieprzewidywalna nie tylko w kontekście artystycznym, ale i w kontekście bytu. No bo rachunki za prąd przychodzą co miesiąc, a honoraria za koncerty, tylko gdy są koncerty. No ale zaryzykowałem i nie żałuję. Myślę, że jak już to „złapałem” to już tego „nie puszczę”.
Poznałeś co to polityka, poznałeś ten świat z innej, zakulisowej strony. Udało ci się wejść za drzwi, za które ludzie wejść nie mogą. To też miało wpływ na pozostanie przy muzyce?
– Rzeczywiście to był szalony okres, trzy lata przebywania w środowiskach politycznych i urzędniczych wszelkiego szczebla. Byłem pełnomocnikiem do spraw powołania akademii. Najpierw wojewody, a później i wojewody i marszałka i prezydenta. Dzisiaj jestem wciąż na stanowisku doradcy do spraw kultury wojewody Marcina Zydorowicza. Bardzo mocno angażowałem się w rozmowy i te oficjalne i te – nazwijmy je – zakulisowe. Miałem stały kontakt z zarówno z Magdą Kochan z PO, z Joachimem Brudzińskim z PiS- u czy z Grzegorzem Napieralskim z SLD.
Spotykałem się z Bronisławem Komorowskim i Bogdanem Zdrojewskim. Więc w pewnym momencie byłem blisko największych „graczy”. To niesamowite doświadczenie, że na posiedzeniu w Sejmie musiałem odpowiadać na pytania posłów znanych z telewizji. Celiński, Dziedziczak, Wenderlich, Katarasińska… Chwilami byłem pod potężnym obstrzałem, te pytania szły na „moją klatę” (śmiech). Nikt inny nie był w stanie na nie odpowiedzieć. Było to przeżycie, duża szkoła. Ale czy to mnie przeraziło? Nie. W polityce nie spotkałem się z niczym, z czym nie spotkałbym się wcześniej w innych sferach życia. Politycy tak jak artyści, dziennikarze czy wszyscy inni są tylko ludźmi. Robią rzeczy dobre i złe, tak jak my wszyscy. Więc to nie zawód „prawdziwym obliczem polityki” spowodował, że nie byłem nią zainteresowany. Zdecydowała moja pasja.
Ilu sobie narobiłeś wrogów?
– W momencie, w którym uczelnia powstała miałem samych przyjaciół (śmiech). A po drodze różnie bywało.
No, a tak zwane środowisko artystyczne? Wybiłeś się, byłeś i jesteś hołubiony przez polityków, to się nie wszystkim podoba.
– Nie wiem czy się podoba czy nie podoba. Po prostu w pewnym momencie swojego życia przestałem słuchać. Oczywiście wsłuchuję się zawsze w otaczającą mnie rzeczywistość, ale przestałem słuchać malkontentów. Przestałem też słuchać osób, które na ślepo komplementują nie wiadomo za co.
Zmieńmy na chwilę temat. Pomówmy o twoich współpracownicach. Ładne i utalentowane. Jak to się robi?
– Powołuje się Akademię po prostu (śmiech), a tak na serio – Anię Giniewską i Magdę Wilento poznałem przy okazji tworzenia akademii. Pojawiły się w najważniejszym momencie, kiedy był największy problem z petycjami, zebraniem tych kilkudziesięciu tysięcy podpisów i całą koordynacją działań promujących utworzenie uczelni. Przy wielu akcjach dziewczyny okazały się niesamowicie skuteczne i niezbędne. Pomyślałem, że fajnie by było utrzymać tę współpracę i dlatego ściśle współpracujemy w ramach Stowarzyszenia Orkiestra Jazzowa. Oprócz tego okazało się, że to są utalentowane artystki. Magda jest wokalistką jazzową i robi duże postępy, zresztą tak jak i Ania, na co dzień aktorka teatru „Krzyk” z Maszewa, który w tym roku będzie obchodził dziesięciolecie istnienia. To są młode, fajne dziewczyny, bardzo aktywne w sferze kultury, które wspieram jak mogę i mam nadzieję, że za jakiś czas staną się liderami działań artystycznych, a do tego spełnią się jako artystki.
Co na to żona?
– Moja żona?
No nie, moja…
– Moja żona jest naprawdę w porządku (śmiech)
A jak zobaczy gazetę?
– No zobaczymy (śmiech). Ja wyjeżdżam w tygodniu, w którym wychodzi „Prestiż”. Jestem umówiony z Piotrem Wojtasikiem, mamy przygotowania do kolejnej płyty i trasy. Na tydzień wyłączam komórkę, a później? Zobaczy się …
Pomówmy o muzyce. W tym roku wydałeś płytę. Skąd się wzięła w twojej głowie? Co chciałeś udowodnić ludziom lub sobie grając na niej?
– Udowodnić to chciałem tylko tyle, że jestem muzykiem. Chciałem po prostu jak najlepiej zagrać i za bardzo nie odstawać od wspaniałych muzyków, których udało się zaprosić na nagranie. W ogóle pomysł na płytę to zasługa Piotra Wojtasika, mojego najbliższego przyjaciela i producenta płyty, wspaniałego muzyka. Piotr widział w jakim momencie życiowym się znajduję, gdy powstała akademia, on mnie po prostu pilnował. Za to mu jestem bardzo wdzięczny. On też uświadamiał mi, że decydują się losy mojego życia. Wtedy zaproponował płytę. Ja byłem wówczas świeżo po trzyletnim szale urzędowo – sejmowym. Dla mnie to było tak egzotyczne. Jaka płyta? W ogóle jestem niegotowy, muszę się rozegrać, on mówił : „normalnie, zaprosimy Newmana, Wayna i nagramy”. To był szok, bo mówił o moich idolach, jednych z najlepszych żyjących muzyków. Oni grali z legendami jazzu. Uprzedził mnie od razu, że to będzie bardzo ambitne, na granicy wykonalności, ale że trzeba wyznaczyć sobie cel i do niego dążyć. To był taki „speed”, który jednocześnie pozwolił mi odciąć się od tych różnych pokus, pozwolił wrócić „na dobrą stronę mocy” . Oczywiście było bardzo ciężko, ćwiczyłem po osiem godzin dziennie i to całymi miesiącami, ale udało się. Na płycie gra Wayne Dockery, legenda kontrabasu, który w latach 60 – tych grał w formacji Jazz Messengers. Grał z Johnem Coltranem, z Georgem Bensonem. Na płycie jest też wieloletni współpracownik Billy’ego Harpera – perkusista Newman T. Baker oraz świetny pianista Reggie Moore. Jakby ktoś powiedział parę lat temu, że nagram z nimi płytę, to wysłałbym go do lekarza. Dziś jestem dumny, że mi się udało.
A z płyty? Z samej muzyki też jesteś dumny?
– Płyta jest niezła. Może to dziwnie zabrzmi, ale dla mnie po jej nagraniu najważniejsze było to, czy Wayne albo Newman będą się jej wstydzić, czy nie. To było dla mnie największe wyzwanie i największy stres. Newman poprosił o 50 egzemplarzy, by móc ją wysłać różnym promotorom w Stanach. Zaproponował też abyśmy w przyszłości zagrali coś razem w Nowym Jorku. To dla mnie najlepsza recenzja. Zapraszając jedną z najlepszych sekcji jazzowych starałem się po prostu tego nie popsuć, spróbować się „wstrzelić” w ich granie. I starsi koledzy po fachu pochwalili mnie. To wystarczy. A jeśli chodzi o inne sygnały, to są pozytywne. Ludzie mówią, że płyta jest swingująca, nie jest za ostra, że miło się jej słucha. Dotychczasowy nakład, około tysiąca sztuk już się rozszedł. Do marca mamy zamówienie na kolejne kilka tysięcy. Łącznie sprzeda się około 5 tysięcy, a to już w kategorii jazz chyba złota płyta. Na początku roku płyta trafi do sklepów. Jak na debiutanta chyba nieźle…
Jesteś gotowy wyjść z saksofonem na scenę i zagrać przed ludźmi solo godzinę?
– Godzinę, solo tak. Natomiast czy jestem gotowy zagrać 5 minut przy Billym Harperze? Jeszcze nie. To jest mój cel. Być na tyle gotowym, by zagrać bodaj jeden utwór, ale na „pełnych obrotach” w zespole złożonym z takich tuzów jak Harper i żeby nie było wstydu. Liczę, że ćwicząc wiele godzin dziennie i przy Piotrze Wojtasiku tego się nauczę.
No i kiedy będziesz gotowy?
– No mam nadzieję, że jak najszybciej. Mam nadzieję, że za rok. Za rok może dwa… Po prostu staram się poukładać tak wszystkie sprawy, nazwijmy to biznesowe i stowarzyszeniowe żeby móc jak najwięcej grać. To jedyna droga…
Przed sesją dotykałem twojego saksofonu. Widziałem, że patrzysz na mnie spod byka. Za ten saksofon można kupić używane auto, ale ustnik masz z 1967 roku. Nie stać Cię na lepszy?
(śmiech) – Nie ma lepszych. To jest ustnik, który dostałem od Piotra Wojtasika i ten ustnik ma dla mnie podwójne znaczenie. Przede wszystkim to jest ustnik firmy Henri Selmer Paris typ Soloist i na takim grał Joe Henderson, jeden z najlepszych saksofonistów w historii jazzu, a obecnie gra Kenny Garrett. Dziś takich ustników jest zaledwie kilkanaście na całym świecie. One były kiedyś produkowane w innej technologii i tylko kilka osób na świecie, jeden majster w Nowym Jorku, drugi w Londynie i trzeci gdzieś tam w Europie potrafi je przerabiać tak żeby je dopasować odchyleniem, szerokością do dzisiejszych wymogów. I ten mój jest właśnie tym jednym z nielicznych dobrze przerobionych starych ustników. On jest bardzo dobry. A ma jeszcze drugą dla mnie wartość. Szczególną, bo pojawił się w szczególnym momencie. Dostałem go od Piotra w barze na lotnisku Okęcie, kiedy lecieliśmy do Francji na koncert i to był moment zaraz po akademii, kiedy przychodziły „najmocniejsze” propozycje w moim kierunku, bym startował w wyborach, były wielkie obietnice, „złote góry”. I pamiętam, że Piotr powiedział: „mam coś dla ciebie”. Wyciągnął ustnik i położył na stole. Od razu poznałem, bo to jest legenda. Dla każdego saksofonisty rzecz bezcenna. No i to przeważyło. Dla mnie to był symbol, znak, że to jest moja przyszłość. No i go przyjąłem.
Wspomniałeś o Szczecinie. O regionie. Ty chcesz, pewnie marzysz o tym, by Szczecin stał się taką stolicą jazzu w Polsce albo przynajmniej jedną ze stolic. Podziwiam Cię za tą determinację. Ale trochę współczuję, bo szczecinianie mówią o swoim mieście źle i Szczecin uchodzi w świadomości szczecinian za takie artystyczne za … plecze.
– Ja nie marzę o tym żeby Szczecin był stolicą jazzu. Natomiast bardzo bym chciał żeby Szczecin był silnym ośrodkiem kultury. Jazz odgrywa tu bardzo ważną rolę. On dodaje uroku, tak jak swing w muzyce granej do tańca. Opieranie całej politykę kulturalnej na muzyce jazzowej to jest błąd, natomiast kiedy mamy bardzo dobrą filharmonię, bardzo dobrą operę, bardzo dobre instytucje kultury, po prostu odpowiednio „ułożoną” całą strukturę kultury i do tego dodamy coś co „kręci” , a jazz „kręci”, to właśnie to dodaje miastu smaku, wyrafinowania, uroku. Po prostu jazz… W Szczecinie brakowało muzyków jazzowych, bo nie było uczelni. No to uczelnię powołaliśmy, po to żeby muzycy tutaj mogli się uczyć. To jest proces, ale to jest kwestia czasu i to mi się marzy.
A to co mówią szczecinianie? Boli cię to jako twórcę?
– Nie, jak wcześniej powiedziałem staram się być głuchy na nagany i pochwały, a zwłaszcza te skrajne opinie. Po prostu róbmy swoje.
Od paru lat próbujcie reaktywować Royal Jazz Club w Szczecinie. To takie miejsce, które kiedyś kojarzyło się z „młodymi wilkami” i było ulubione przez niektórych gangsterów. Jest łatwo?
– Jest ciężko oczywiście, ponieważ rynek gastronomiczny jest specyficzny w Szczecinie. Ale wiem jedno, Royal mocno wpisał się już w kulturę Szczecina.
Czyli nikt w dresie przypadkiem tam nie zabłądzi?
– Nie, nie. Jazz skutecznie odgania „dresy”. Oni po prostu nienawidzą jazzu. Chciałbym, by Royal Jazz Club w najbliższym czasie, roku – dwóch, stał się klubem muzycznym z bardzo dobrym programem. Nie restauracją, nie pubem tylko klubem.
Reasumując, czyli już od dzisiaj nie będziesz dobrym wujkiem i jak poproszę żebyśmy założyli jakieś stowarzyszenie, to odmówisz?
– Zależy jakie stowarzyszenie… <śmiech>
Czyli jednak Cię ciągnie… A może do PZPN – u byś poszedł?
– Z tym się człowiek rodzi, ale nie, do PZPN – u absolutnie się nie wybieram. Natomiast na pewno nie pozbędę się tego społecznikostwa, tej chęci do działania. Z resztą, co chwilę ktoś mnie o coś prosi, często komuś doradzam. Przez te wszystkie lata nawiązałem mnóstwo znajomości artystycznych, mam niezłe kontakty nie tylko w jazzie, ale też w muzyce klasycznej i w sztukach wizualnych itd. Mam niezły ogląd na politykę kulturalną…
Przerywam ci, bo znowu się rozgadałeś. Przerywam ci, bo na koniec miałeś powiedzieć: „od dzisiaj jestem przede wszystkim muzykiem, gram osiem godzin dziennie i proszę do mnie nie dzwonić”!
– Ja zawsze byłem muzykiem i gram 8 godzin dziennie…
I proszę do mnie nie dzwonić…
– A to zależy w jakiej sprawie <śmiech>…









