Maleńka muszelka, z której wysypuje się kilka ziaren morskiego piasku, lotniczy bilet, kolorowy kamyk znaleziony przy rozpalonej słońcem drodze Wakacyjne pamiątki, których prawdziwą wartość znają wyłącznie ich właściciele. Z pozornie pozbawionymi znaczenia przedmiotami łączą się okoliczności, w jakich je posiedliśmy, a one same obrastają legendą i sentymentalnymi wspomnieniami. Dziś o pamiątkach z wakacji. Oczywiście, tych kulinarnych…
Są takie miejsca w świecie, z którymi regionalna tradycja kulinarna kojarzona jest bardziej niż starożytne budowle, muzea pełne pięknych eksponatów, czy nawet niepowtarzalny krajobraz. Nie można przecież będąc w Bawarii nie skosztować golonki, czy przemierzając gwarne uliczki Neapolu nie wstąpić do jednej z tamtejszych pizzerii. Wszyscy znamy powiedzenie: „Być w Watykanie i Papieża nie widzieć?”. Ale z równym powodzeniem można by mawiać: „Być nad Balatonem i nie zjeść gulaszu?”, lub „Być w Barcelonie i nie skosztować paelli?” Z Turcji wracamy obowiązkowo z zestawem przypraw, z Chorwacji ze śliwowicą, nawet z Czech możemy przywieźć pamiątkowa butelczynę rumu i wspomnienie smaku knedlików.
A co z ofertą dla turystów odwiedzających Szczecin? Ano kiepsko. Sławny paprykarz, czy nie mniej znane paszteciki, na miano pamiątki ze Szczecina zasługują mniej więcej tak, jak ja na tytuł pracownika miesiąca. Przez blisko siedemdziesiąt lat naszego zasiedzenia w grodzie Gryfa nie wypracowaliśmy żadnej wyraźnej marki, żadnego zdecydowanie naszego smaku, który z dumą można by było oferować Gościom ze świata. Niedbałość w tej materii potęgowana jest dodatkowo brakiem wyobraźni i ignorancją osób za taką promocję odpowiedzialnych. Jeden z miłych Gości odwiedzających Wały Chrobrego podczas The Tall Ship Races zapytał mnie wprost: „a gdzie mogę zjeść coś szczecińskiego?” Staliśmy pośród smrodliwego dymu dziesiątek budek z identycznym menu: rozlazłym szaszłykiem, spaloną golonką, brunatną mazią nazwaną mocno na wyrost bigosem i… pajdą chleba z pożal się Boże „smalcem”. Będąc człekiem nadmiernie gadatliwym, w tym momencie milczałem wstydliwie.
W internetowej przestrzeni opisującej najważniejsze wydarzenie turystyczne naszego regionu wciąż widać radosne wpisy nielicznych szczęśliwców: „O! Znalazłem na regatach stoisko z rybą!!!” Nie jest tych wpisów zbyt wiele. Osobiście na Wałach Chrobrego znalazłem TRZY takie punkty. Dwa z bułką ze śledziem i jeden ze smażonymi okonkami ryzykownie polanymi sosem pieczarkowym. O cenach będąc litościwym nie wspomnę.
Według różnych szacunków Szczecin, tylko podczas regat, odwiedziło grubo ponad milion osób. Przepraszam Was drodzy Goście. Przepraszam za to, że w moim Mieście od wielu lat kompetencja jest ostatnim z kryteriów zatrudniania i przyznawania stanowisk. Że wyobraźnia, wizjonerska kreatywność, odrobina pozytywnego szaleństwa są wciąż postrzegane jako wstydliwa choroba. Że pazerność, zachowawczość i bylejakość wciąż są ważniejsze, niż pomysłowość, gościnność i spontaniczność. Kończą się wakacje 2013 roku. Szczecinianie podróżują po świecie, obserwują, porównują. Czasem zadają sobie pytanie: „dla czego za najbliższą granicą niewielki jarmark ma o wiele bardziej zróżnicowaną i ciekawszą ofertę kulinarną niż szczecińskie Dni Morza i „tolszypy” razem wzięte? Odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. Bo żeby zaproponować coś innego niż dymiące nieapetycznie grille, trzeba by było mieć WIEDZĘ! Wiedzę o tym, że w naszym regionie, tuż pod nosem powstają wciąż nowe, znakomite firmy produkujące wędliny, sery, przetwory owocowe i warzywne. Że, pasjonaci tworzący te różnorodne przysmaki z miłością i znawstwem chętnie, by pochwalili się nimi, ale nie za zbójecki czynsz, który albo winduje ceny produktu albo skutecznie zniechęca do wystawiania stoiska. Cudze chwalimy, swojego nie szanujemy. Bo cóż tu jęczeć nad brakiem szczecińskiej marki kulinarnej, skoro nawet nie ma szacunku dla starannie przez lata wypracowywanej marki restauracji i przez osobistą niechęć zmienia się jej (znaną w Polsce) nazwę? Do dziś zachodzę w głowę, czemuż to podczas kilkudniowego święta żeglarzy nie widziałem żadnego z licznych, znakomitych produktów regionalnych, ot, choćby wędzonej sielawy, rosołu z leszcza lub pierogów z Letnina?
Może ktoś tam wśród barykad z pism i papierzysk magistrackich nie doczytał, że promocja Miasta nie jest narzędziem do przynoszenia natychmiastowego zysku? Żeby wyjąć piękny bochen chleba, trzeba coś do pieca włożyć. Żeby ponownie gościć tak wielu turystów, którzy pierwszy raz byli w Szczecinie, trzeba ich do tego zachęcić. Pajdą chleba?
p.s.
Wiem. Narzekam. Ale nie tylko ja. We wrześniu za to, z uśmiechem pojedziemy na grzyby! (niech będzie-zdradzę Wam kilka ulubionych miejsc)
Szymon Kaczmarek








