Na scenie potrafi być magnetyczna, posągowa, a chwilę później – bolesna i do bólu prawdziwa. Aktorka Teatru Polskiego w Szczecinie, wokalistka musicalowa, fotografka, wrażliwie patrząca na świat obserwatorka energetycznych prądów. Rozmawiamy w Szczecinie o ogólnopolskiej perspektywie, warszawskich sukcesach, metafizyce ukrytej w codzienności, cieniach przeszłości i o tym, dlaczego luksusem naszych czasów stała się bezkompromisowa autentyczność.
Szczecińska publiczność uwielbia Cię za dramatyczną głębię w Teatrze Polskim, ale Twoja artystyczna droga ma o wiele szerszy, ogólnopolski wymiar. Warszawa, Teatr Roma, wielkie produkcje musicalowe, jak chociażby rola Christine w „Upiorze w operze” czy kultowy „Les Misérables”. Śpiewałaś partie, o których marzy większość wokalistek w tym kraju. Warszawa potrafi zachwycić blichtrem i ogromną skalą. Nie tęsknisz czasem za tym wielkim, musicalowym uniesieniem i warszawskim tempem?
To był piękny, niezwykle intensywny czas i ogromna szkoła rzemiosła. Stanięcie na scenie Romy, śpiewanie tak ikonicznych, wymagających technicznie partii przed pełną widownią w stolicy, to doświadczenie, które mnie ufor-mowało jako artystkę. Nauczyło mnie żelaznej dyscypliny i tego, że głos to instrument, który musi współbrzmieć z najgłębszymi rejestrami emocjonalnymi. Ale teatr muzyczny w swojej wielkiej skali ma też określone ramy – tam kompozycja i partytura narzucają bardzo sztywny rygor. Przeniesienie środka ciężkości do Szczecina i wejście głębiej w teatr dramatyczny nie było ucieczką z Warszawy. To był conscious krok w stronę poszukiwania artystycznej autonomii. Chciałam sprawdzić, kim jestem, kiedy odłożę wielką partyturę i zostanę na scenie sam na sam z tekstem, ciszą i drugim człowiekiem. Warszawa dała mi fundamenty i pewność siebie, ale to Szczecin dał mi przestrzeń do ryzyka.
No właśnie, Szczecin. Miasto specyficzne – rozpięte między wodą a lasem, dawnym i nowym, trochę na uboczu głównego nurtu, a jednak tętniące własnym, osobnym rytmem. Czy po stolicy tutejsza scena daje artyście większą wolność, czy czasem skazuje na twórczą samotność?
Szczecin ma w sobie przedziwną energię. Nie ma tu tego warszawskiego przebierania nogami, tego ciągłego, nerwowego „bywania” na ściankach i castingach, które często wysysają z ludzi twórczą esencję. Dla mnie to błogosławieństwo. Ta przestrzeń pozwala oddychać i – co najważniejsze – pozwala na totalne skupienie. Samotność? Bywa, ale to jest samotność twórcza. Taka, z której rodzą się rzeczy głębokie, niespieszne. Teatr Polski dał mi tu dom, ale dom to nie tylko bezpieczne ściany. To też piwnice, w których chowamy stare lęki, i okna, przez które patrzymy w przyszłość.
Jesteś artystką wszechstronną – grasz, śpiewasz, ale też zawodowo fotografujesz. Zastanawiam się, jak te dwa światy się przenikają. Czy aktorska wrażliwość pomaga Ci widzieć więcej przez obiektyw, czy może to fotografia stała się dla Ciebie narzędziem do reżyserowania własnego spojrzenia na świat, zupełnie niezależnie od teatru?
One bez przerwy ze sobą dialogują. W teatrze to ja jestem tworzywem – oddaję reżyserowi swoje ciało, emocje i głos, pozwalając się rzeźbić w konkretnej wizji. W fotografii role się odwracają. Tam to ja decyduję, gdzie kończy się kadr, ile wpuścić światła, co wyciągnąć z mroku, a co w tym mroku zostawić. To daje mi niesamowite poczucie sprawczości i równowagi. Aktorskie doświadczenie na pewno pomaga mi wyczuć psychologię portretowanej osoby – wiem, kiedy ktoś zakłada maskę, a kiedy udaje mi się uchwycić ten ułamek sekundy totalnej szczerości. Fotografia nauczyła mnie też niesamowitej uważności na detal i plastykę obrazu. Na scenie podświadomie czuję, jak układa się na mnie światło. Patrzę na rolę nie tylko od środka, przez emocje, ale też z zewnątrz – jako na żywy, poruszający się obraz.
Mówisz o łapaniu szczerości. Żyjemy w czasach, w których od ludzi – a od aktorek w szczególności – wymaga się permanentnego ekshibicjonizmu i „czyszczenia” wizerunku z jakichkolwiek skaz. Ty tymczasem wchodzisz w rewir tematów trudnych. Nie boisz się kontrowersji, gdy pytam o relacje, o odcięcie pępowiny? Wiemy, że w Twoim życiu są rejony rygorystycznie zamknięte – jak choćby brak kontaktu z matką. W świecie, gdzie celebruje się sztuczne, instagramowe pojednania, taka bezkompromisowość to niemal manifest polityczny.
(chwila milczenia) Ludzie panicznie boją się prawdy, jeśli ta prawda nie pasuje do ładnego obrazka. Społeczeństwo karmi nas mitem, że krew jest gęstsza od wody i że „matkę ma się tylko jedną”, więc trzeba wybaczać wszystko, bez względu na koszt emocjonalny. Otóż nie. Czasem największym aktem odwagi, miłości do samej siebie i do nowego życia, które się tworzy – mam na myśli mojego syna – jest powiedzenie „stop”. Odcięcie toksycznych więzi to nie jest kaprys. To jest ratowanie własnego uniwersum. Moja przeszłość, Łódź, z której pochodzę, to, co tam zostawiłam… to wszystko we mnie jest. Ale nie pozwolę, by demony przeszłości dyktowały warunki w moim dzisiejszym domu. Jeśli to jest kontrowersyjne, to niech będzie. Wolę być oskarżona o chłód niż żyć w kłamstwie.
Twój dom to zresztą fascynujące zderzenie światów. Tworzycie od kilku lat silny związek, macie małe, dwuipółletnie dziecko, ale Wasze zawody to dwa zupełnie różne bieguny. Ty – aktorka, artystka operująca na otwartych emocjach. Twój partner – lekarz, człowiek twardej nauki, odpowiedzialności za ludzkie życie i zdrowie w najbardziej namacalnym sensie. Jak te dwa skrajne żywioły, sztuka i medycyna, rezonują ze sobą pod jednym dachem?
To zderzenie jest niesamowicie ożywcze. Mogłoby się wydawać, że to dwa różne języki, ale u podstaw obu tych zawodów leży to samo: człowiek. Tylko że mój partner dotyka tego człowieka od strony biologii, anatomii i ratowania życia, a ja – od strony psychiki i duszy. On wnosi do naszego domu niesamowity spokój, racjonalizm i strukturę, których ja – ze swoją artystyczną sinusoidą emocjonalną – ogromnie potrzebuję. Z kolei ja chyba wnoszę w jego świat trochę innego światła. Macierzyństwo i ta nasza codzienność niesamowicie mnie uziemiły. Kiedy wracam z teatru, gdzie przed chwilą „umierałam” na scenie, i zderzam się z jego rzeczywistością, a potem oboje musimy po prostu zrobić synkowi kolację i poukładać klocki – to jest najlepszy detoks. Moje dziecko nie widzi we mnie aktorki, a w nim ordynatora czy chirurga. Widzi mamę i tatę. I to jest najczystsza forma metafizyki, jaka nas spotkała.
Czujesz czasem, że Twoja intuicja jest w pracy aktora błogosławieństwem czy przekleństwem? Przecież na scenie wpuszczasz w swoje ciało obce emocje.
Bywa wycieńczające. Kiedy przychodzi do mnie przyjaciel w głębokim kryzysie emocjonalnym, czuję jego ból fizycznie. Na scenie jest podobnie. Jeśli nie masz wypracowanych mechanizmów obronnych, możesz utonąć. Dlatego tak ważna jest dla mnie fotografia. Kiedy stoję za obiektywem, to ja kontroluję dystans. Ja decyduję, ile światła wpuścić, co wykadrować, a co zostawić w mroku. To moja tarcza i moje narzędzie do porządkowania chaosu.
Przeszłaś drogę od wielkich, ogólnopolskich sukcesów w stolicy, przez głęboki teatr dramatyczny, aż po budowanie własnego, intymnego świata tutaj, na Pomorzu Zachodnim. Patrząc wstecz na te wszystkie etapy, czego dzisiaj życzyć Paulinie Janczak?
Dobrych wariantów przestrzeni. I tego, bym, stając przed widzami w każdym kolejnym wyzwaniu, potrafiła w tej ciszy, bez zbędnych słów, opuścić gardę. Bo pod każdą rolą, zbroją z formy, głosem czy perfekcjonizmem zawsze ukrywa się człowiek, który po prostu straszliwie łaknie prawdziwości. I tego człowieka zamierzam szukać – i w teatrze, i w moim obiektywie.












