Dziesięć dni, osiem wysp i trzy katamarany, a do tego gwarancja p turkusowej wody i błękitnego nieba. Tak zaplanowanego w nie można odrzucić. Tym bardziej jeśli w Szczecinie w tym samym czasie pada na przemian śnieg z deszcze
Ta lutowa żeglarska wyprawa Toshiba Adventure Team na Karaiby skusiła m.in. Pawła Kuźmę, Business Unit Managera ds. Rozwiązań Mobilnych Vobis.
– Chociaż byłem już wcześniej na Karaibach jako mały chłopiec, nie mogłem się doczekać tego wyjazdu. Wiedziałem, że żeglarska przygoda to zupełnie inne emocje niż leżenie na plaży przed hotelem – mówi Paweł.
W wyprawie wzięła udział grupa przyjaciół i kolegów biznesowych z całej Polski. Zostali zaokrętowani na trzech katamaranach. Tylko pierwszy nocleg na Martynice, tuż po przylocie z Europy, zaplanowany był w hotelu na stałym lądzie, potem już tylko bujało w kajutach.
– Po zakwaterowaniu w Le Marin na francuskiej wyspie Martynika zaczęliśmy od sutego zaopatrzenia naszych łodzi – opowiada Paweł Kuźma. – Ponieważ nasza pierwsza wyspa słynie z rumu i długowieczności mężczyzn, zapasów tego trunku nie mogło zabraknąć – śmieje się, wspominając. Gdy mieli już sporo zapasów, mogli wypłynąć w rejs po Grenadynach.
Trasa rejsu
Dzień 1 Warszawa – Martynika Dzień 2 Martynika
Dzień 3 Martynika – Bequia Dzień 4 Bequia – Mayreau Dzień 5 Mayreau – Mustique Dzień 6 Mustique – Tobago Cays – Union Island
Dzień 7 Union Island – St. Vincent
Dzień 8 St. Vincent – St. Lucia Dzień 9 St. Lucia – Martynika Dzień 10 Warszawa
Choć żaden z nich nie był wilkiem morskim, techniki żeglarstwa chłonęli w lot. Nie było też powodów do obaw, bo na każdym z katamaranów nad wszystkim czuwał skiper. – Trafiliśmy na doświadczonego żeglarza i przewodnika. Był bardzo wyrozumiały i sam bawił się z nami świetnie podczas całej wyprawy – mówi Paweł. – Załoga na moim katamaranie to osobowe indywidualności, które czując wspólny cel wyprawy, szybko się dopasowały do zasad panujących w grupie. Nikt nie marudził i nikt się nie obijał. Podobne upodobania kulinarne pozwoliły nam uniknąć tak prozaicznych konfliktów jak zakupy i przygotowania posiłków. Nie było też żadnych spięć, choć do tej pory łączyły nas wyłącznie relacje zawodowe – dodaje.
Na wodzie
Wyprawa w trzy katamarany okazała się dobrym pomysłem także ze względu na rywalizację. Ekipy konkurowały ze sobą, co dawało zaskakujące efekty w pokonywaniu odległości. – Było to idealne połączenie błogiego wypoczynku z fizyczną aktywnością i zdobywaniem nowych doświadczeń – mówi Paweł. Nikt nie odpuszczał. Ustanowiono dyżury sprzątania, robienia posiłków, a nawet przepychania toalety. – Okazało się, że świetnie umiemy ze sobą współpracować, a z kolegami z katamaranów obok – rywalizować – śmieje się Paweł.
Po Martynice dotarli do dawnej wielorybniczej wyspy Bequia, znanej z konstrukcji drewnianych łodzi, które służyły łowcom wielorybów. Dzisiaj jest to najbardziej zaludniona wyspa Grenadynów i idealne miejsce na dobrą zabawę. – Wieczorem, po pierwszych emocjach związanych z naszym rejsem, chętnie rozsiedliśmy się w jednej z portowych knajpek na kolacji. Aby wyróżnić się wśród pozostałych uczestników wyprawy, postanowiliśmy zrobić sobie białą noc. Cała załoga ubrała się na biało, na znak zwycięstwa w jednym z etapów rejsu – dodaje Paweł.
Jednak mimo uroków i gościnności miłej knajpki najlepsza zabawa miała miejsce na łodzi. Całą noc rum lał się strumieniami, a zapas z pokładowej lodówki, podczas kolejnego rozdania w pokera, przy muzyce Boba Marleya, po prostu zniknął. – Pochłonęliśmy zapas prowiantu na trzy kolejne dni. Został tylko makaron i 20 jajek – śmieje się Paweł. I tu załoga się nie skarżyła, dzielnie zniosła „posiłki z niczego”, jak niektórzy twierdzą najsmaczniejsze śniadanie na łodzi.
Kult Boba Marleya
Po kolejnych dwóch godzinach pływania dopłynęli do Mayreau, wysepki, na której czas zatrzymał się sto lat temu. – Była jedna droga, jeden kamienny kościół, dwa samochody, brak policji, a 400 mieszkańców prąd pozyskuje z generatorów – wspomina Paweł.
Na tej wyspie odnaleźli spokój i prawdziwie karaibski luz. – Wszędzie spotykaliśmy fanów Boba Marleya i jego muzykę – dodaje. Jednym z pierwszych punktów była wizyta w barze rastafarian. Na ścianach plakaty z ich guru, zdjęcia z gośćmi, wielki nieład. – Choć bar wyglądał jakby zaraz miał się rozlecieć, ludzie, których tam spotkaliśmy, byli niesamowici. Ciągle uśmiechnięci, bardzo przyjaźni i otwarci. Na kolację wieczorem na plaży przywieźli świeżo złowione langusty i zapraszali do wspólnej zabawy – wspomina. – Tak właśnie wyobrażałem sobie prawdziwie karaibski klimat.
Uroku całej wyspie dodaje całkowicie bezludna plaża i możliwość kąpieli w turkusowoszmaragdowej wodzie.
Rolls-royce wśród wysp
Po całonocnej imprezie w rytmach Boba Marleya i późnym śniadaniu po dwóch godzinach byli już na Mustique. Jest to całkowicie prywatna wyspa, gdzie swoje rezydencje mają takie sławy jak Mick Jagger, David Bowie czy Tommy Hilfiger. – Byliśmy kompletnie zszokowani, gdy po zakotwiczeniu przy pustej plaży nie znaleźliśmy nic oprócz budki telefonicznej – śmieje się Paweł.
Okazało się, że po podniesieniu słuchawki odzywa się miła pani z centrali, u której mogli zamówić taksówkę. Auto obwiozło ich po wyspie. Zajrzeli też do Basil’s Baru na drinka. Jednak Paweł nie był zachwycony. – Jest to bardzo snobistyczne miejsce. Moim zdaniem niezbyt przyjazne turystom, bo wszędzie można natknąć się na tabliczkę „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony”.
Snorkeling z żółwiami
Zdecydowanie większe wrażenie na Pawle wywarła wizyta w Parku Narodowym Tobago Cays. Archipelag stanowi pięć piaszczystych i zupełnie pustych wysp, które oblewa turkusowa woda. Postój w tym miejscu to obowiązkowe nurkowanie, kąpiele w morzu, snorkeling i kitesurfing. – Spotkaliśmy Amerykanów, którzy przez kilka miesięcy w roku pływają między tymi wyspami w poszukiwaniu najlepszego wiatru. Zakotwiczali za każdym razem w innym miejscu i tak codziennie – mówi z uśmiechem Paweł. – Nam wystarczyło, że widzieliśmy delfiny i żółwie. Niektórzy podczas nurkowania spotkali nawet rekiny rafowe – wspomina.
Jedną z większych atrakcji był także wyspo-bar. – Po zacumowaniu nie schodziło się na ląd, tylko od razu było się w barze – tłumaczy Paweł. – Całość miała może 10 metrów średnicy. Nie mieściło się tam nic więcej oprócz lady i kilku stolików. Wymarzone miejsce na romantyczną karaibską kolację dla dwojga. Wieczorny posiłek też był dla nas zaskoczeniem. Przypłynął do nas na łódce – śmieje się. – Było to coś pomiędzy targiem na wodzie a restauracją. U tubylców złożyliśmy zamówienie, głównie na homary. Po niecałej godzinie dopłynęły do nas świeżo złowione owoce morza. Nie musieliśmy nawet wychodzić ze swojej łodzi – dodaje.
W połowie wyprawy na wyspie Union mogli uzupełnić niedobór jedzenia i picia. Wyspa ta nazywana jest często Tahiti Indii Zachodnich i zdobi ją szczyt wulkanu Mount Parnassus. – Zrezygnowaliśmy jednak ze zwiedzania wyspy. Zrobiliśmy szybkie zakupy i zdecydowaliśmy się na wcześniejszy spływ do St. Vincent. Tym bardziej, że to była jak do tej pory największa odległość między wyspami. Rejs trwał około siedmiu godzin – mówi Paweł.
Piraci z Karaibów
Wyspa St. Vincent to miejsce, które wywarło największe wrażenie na Pawle. – Jest prawdziwie pocztówkowa – twierdzi. – Ma na prawdę bujną tropikalną roślinność i niesamowite ukształtowanie terenu – dodaje. Obok plantacji bananów są czarne plaże i wzniesienia wulkaniczne znacznej wielkości. Wyspa została doceniona także przez hollywoodzkich producentów. Na niej właśnie kręcono film „Piraci z Karaibów”. – Dojechaliśmy najpierw trzema jeepami do wodospadu, a potem na pieszo wracaliśmy przez dżunglę – wspomina. – Po kilkudniowym pobycie na łodzi było to duże wyzwanie i sprawdzian kondycji fizycznej – dodaje.
Ponieważ okolice wyspy St. Vincent sprzyjały zabawie, nie brakowało też zwariowanych pomysłów. – Humory dopisywały nam jak nigdy, więc postanowiliśmy zabawić się w piratów i napadliśmy na kolegów z katamarana obok – mówi roześmiany Paweł. – Jedna z koleżanek przecisnęła się przez otwarty luk i zabrała z łodzi mocno deficytowy prowiant, jakim były sery, oliwki i wino. Rozpętało to miniwojnę. Szykowaliśmy się na odwet – dodaje. Pobudka następnego dnia okazała się krwistoczerwona, a to za sprawą keczupowej amunicji użytej w odwecie. Zabawa była przednia i na szczęście obyło się bez ofiar.
Dryfujący katamaran
Nastroje podczas całego rejsu, tak jak i pogoda, były prawie cały czas znakomite. Stałe 32 stopnie temperatury powietrza i 25 stopni temperatury wody. Tylko raz załogę ogarnął mały stres. – Gdy dopłynęliśmy do ostatniej wyspy St. Lucia, nasz skiper zostawił nas samych na katamaranie i po prostu popłynął pontonem po bułki – mówi Paweł. – W tym momencie zaczęliśmy dryfować – wspomina.
Okazało się, że przy wyspie było bardzo płytko i kotwica nie zaczepiła się dobrze o dno. – Wstyd powiedzieć, ale zauważyliśmy dopiero w ostatniej chwili, że odpływamy. Sparaliżowani strachem nie byliśmy w stanie skutecznie się zatrzymać ani zakotwiczyć – dodaje Paweł. Gdyby nie spostrzegawczość skipera z łodzi obok prawdopodobnie rozbiliby się o duży jacht przed nimi.
Wieczorem mieli dwa powody do świętowania. Ocalony katamaran i ostatnia wyspa na trasie zdobyta.
Znakiem rozpoznawczym wyspy St. Lucia są wysokie i z daleka widzialne szczyty wulkanów Petit Piton i Gros Piton. Pokryta jest plantacjami bananów i tropikalnymi lasami. Zatoka Marigot na wyspie i jej piękne plaże są najbardziej rozpoznawalne i najlepsze dla fascynatów sportów wodnych.
– Choć wyspa miała swój urok, nie urzekła mnie – wspomina Paweł. – Podobno jest to najlepsze miejsce „postojowe” na Karaibach, ale dla mnie była zbyt komercyjna. Najmilej z pobytu tu wspominam lody. Chyba najlepsze, jakie jadłem do tej pory w życiu – śmieje się.
Wczesnym rankiem, po zatankowaniu paliwa oraz słodkiej wody, rozpoczęli powrót do macierzystego portu na Martynikę. Dziesięciodniowa przygoda i nowy cel został zdobyty. – Podobało mi się to, że w ciągu tych dni zdążyliśmy się naprawdę bardzo zgrać. Nie było rozmów biznesowych i rywalizacji, wszyscy mieliśmy wspólny cel i codzienną porcję wrażeń, komentowaną co wieczór przy szklaneczce rumu – wspomina Paweł. – W ciągu pierwszych dni opowiedzieliśmy sobie mnóstwo kawałów, powoli otwierając się i dochodząc do poważnych życiowych tematów – dodaje.
Po powrocie do Szczecina oprócz wspominania bajecznie kolorowych wysp, palmowych zagajników i słonecznych plaż brakuje mu owoców. – Marakuja, papaja i liczi tam smakują najlepiej. Choć zjeździłem już wiele miejsc, na Karaiby chętnie powrócę dla tych smaków.
DARIA PROCHENKA









