I wreszcie nadszedł maj. Z wielką radością, a u niektórych nawet łezką szczęścia w oku, obwieścić możemy rozpoczęcie kolejnego SEZONU TENISOWEGO.
Po zimowej tułaczce po nielicznych halach tenisowych (co bardziej uprzywilejowani finansowo) lub po okresie zawieszenia rakiety na przysłowiowym kołku i kontakcie z tenisem jedynie poprzez telewizyjne transmisje w Eurosporcie (finansowo mniej zasobni), wreszcie możemy się wszyscy spotkać na otwartych kortach. Szybkie spojrzenie w internet – co się nosi w tym sezonie i w czym grają najlepsi… I tutaj powinienem przejść do opisu pierwszych piłek na korcie, pierwszych zwycięstw czy porażek w sezonie 2010, ale pozwolą Państwo, że jednak przy wyborze stroju tenisowego zatrzymam się na nieco dłużej. Gwiazdy sportu – a tenisa w szczególności – to obecnie prawdziwe ikony pop kultury. Niezwykle popularne, zarabiające gigantyczne pieniądze, wyznaczające trendy w modzie i wzorce zachowań dla młodych. Któż nie zna sióstr Williams, Rogera Federera czy Rafy Nadala? Ilu z nas zachwyca się urodą Any Ivanovic, Marii Sharapowej czy legendarnej Anny Siergiejewnej Kurnikowej ? I to oni, sowicie opłacani przez słynne firmy odzieżowe, narzucają jak wyglądać będą korty w kolejnym sezonie. Jaki kolor będzie najpopularniejszy i w jakim kroju wypada pokazać się na najbliższym turnieju.
W zamierzchłych latach początku XX wieku wszystko było dużo prostsze. Panie w sukniach do kostek i w kapeluszach, panowie w koszulach i długich spodniach. Wszystko w obowiązkowym, białym kolorze. I takie status quo trwało by pewnie do dzisiaj, gdyby nie pewna francuska rewolucjonistka, która stwierdziła, że w takim stroju bardzo niewygodnie biega się po korcie. Suzanne Lenglen – bo o niej tutaj mowa – to pierwsza światowa gwiazda tenisa o globalnej popularności, pierwsza także, która odsłoniła łydki skracając swoją spódnicę i pokazując w ferworze walki nawet pończochy z podwiązkami. To bulwersowało konserwatywną, tenisową publiczność z jednej strony, ale z drugiej przyciągało na trybuny tysiące kibiców, którzy chcieli na te podwiązki popatrzeć. Potem już poszło lawinowo. Rene Lacoste wymyśla koszulkę swojego pomysłu, którą nazywa polo, tenisistki zamiast sukienek zakładają bermudy, potem krótkie spódniczki. Panowie jeszcze na biało, ale już w szortach. I wreszcie lata osiemdziesiąte, w których na korty wkroczyły kolory. Najpierw John McEnroe, Bjorn Borg, Chris Evert, potem Andre Agassi ze swoimi dżinsowymi szortami i wreszcie Kurnikowa, Sharapowa czy wspomniane siostry Williams. Piękne sukienki, kuse spódniczki, jaskrawe kolory, tenisowa biżuteria to wszystko powoduje, że co roku, przed sezonem, z dużym zainteresowaniem spoglądamy na katalogi tenisowej mody. A wszystko dlatego, że ubiór na kort od samego początku tenisa miał niebagatelne znaczenie. Tak jest i dziś. Zawodowy tenis i popularne firmy szyjące odzież sportową (i nie tylko) od lat żyją w symbiozie. Gwiazdy zarabiają na reklamie i zadziwiają coraz bardziej wymyślnymi strojami, my tenisiści amatorzy kupujemy te „ciuchy” z nadzieją, że jeżeli już grać nie możemy jak one to chociaż wyglądajmy podobnie. Tenis to w końcu gra towarzyska, a w towarzystwie moda ma znaczenie ogromne.
PS. W tym roku obowiązują kolory bardzo jaskrawe: żółty, fuksja (taki róż z fioletem), niebieski. Dla Pań przede wszystkim sukienki przeróżnych krojów, dla Panów koszulka polo, T-Shirt, bermudy a’la Nadal . A wszystko oczywiście z Dry Fitów lub innych oddychających – lub jak kto woli – technicznych materiałów. Krzysztof Bobala
Krzysztof Bobala
Współwłaściciel agencji reklamowej „BONO”, organizator turnieju Pekao Open, wielki miłośnik tenisa i innych sportów rakietowych






