Wydawało się, że to będzie nasz rok. Nasz – Polaków. Niestety. O ile klapa naszej piłkarskiej reprezentacji na boiskach EURO 2012 była do przewidzenia, a przedolimpijskie sukcesy Isi i siatkarzy okazały się z kolei niezwykle miłym zaskoczeniem, o tyle po występie naszych sportowców z orzełkiem na piersiach reprezentujących nasz kraj na najważniejszej imprezie globalnej jaką są Igrzyska Olimpijskie spodziewaliśmy się dużo więcej.
Kiedy telewizyjne mądre głowy w sportowych programach analizowały nasze medalowe szanse nierzadko pojawiała się nawet liczba „20”. Bo przecież mamy wybitnych przedstawicieli szermierki, pływacy w Pucharze Świata rozpalali nasze apetyty, podobnie jak lekkoatleci podczas kolejnych edycji Diamentowej Ligi. Do tego jeszcze wioślarze, kajakarze, zapaśnicy, sztangiści. No i jedna z najliczniejszych reprezentacji – 218 osób. A jednak olimpijska rzeczywistość okazała się dla „naszych” bardzo surowa. Nie frekwencja się liczy. Ktoś był bez formy, komuś zabrakło szczęścia, kogoś skrzywdzili sędziowie, a większość nie wytrzymała psychicznie startu na tak ważnej imprezie. Tak wyglądała rzeczywistość. A przecież zaczęło się doskonale.
Liczyliśmy na innych, a tu od razu na początek trochę niespodziewane srebro Sylwii Bogackiej (brawa za komentarz dla Jarka Marendziaka). Dzięki tytułowym „10” wystrzelanym na olimpijskiej strzelnicy przez moment było cudownie. Worek z medalami otwarty – perorowali w mediach różni sportowi mentorzy. Jednak z każdym kolejnym dniem optymizm rodaków nieco przygasał. Były wprawdzie zrywy medalistów raczej niespodziewanych, z jak najlepszej strony pokazali się też „starzy” mistrzowie: Tomek Majewski i Anita Włodarczyk, ale generalnie faworyci mediów zawodzili. Nie pomógł optymizm redaktorów: Szpakowskiego i Babiarza. Na nic zdały się fachowe komentarze zapraszanych do studia gości. O ile w konkurencji pani Sylwii „dziesiątka” to sukces, o tyle w ilości zdobytych medali ta sama liczba to porażka polskiego sportu. Porażka z której jak najszybciej trzeba wyciągnąć wnioski. Ja mam dwa. Po pierwsze – nie dekorujmy zawodników przed zawodami. Przyznaliśmy medal Radwańskiej tylko dlatego, że zagrała w wimbledońskim finale. Ale przecież zagrała tam po raz pierwszy. Ba, po raz pierwszy była w finale jakiegokolwiek turnieju Wielkiego Szlema. Dlaczego więc jesteśmy pewni jej medalu? Serena Williams czternastokrotnie zdobyła wielkoszlemowe tytuły i wygrała olimpiadę, ale pewności nie miała do końca. Isia nie wygrała żadnego turnieju Wielkiego Szlema i na olimpiadzie odpadła w pierwszej rundzie. Taki jest sport. Podobnie było z siatkarzami, Marcinem Dołęgą czy naszą wioślarską czwórką podwójną. Po drugie – przestańmy się oszukiwać.
Bez masowości sportu nie będzie medali. Jeżeli oprzemy reprezentację na kilku indywidualnościach to zdobędziemy kilka medali. Jeżeli wreszcie zbudujemy system to za moment możemy spodziewać się powtórki z najlepszych lat dla polskiego sportu: Tokio (1964), Monachium (1972) czy Montreal (1976). Dajmy impuls najmłodszym, aby zamiast siedzieć przed telewizorem czy komputerem zaczęli biegać po boiskach, aby zamiast grać w kolejną wersję FIFA skorzystali z „orlików”. Sprawmy, aby rządzący pochylili się nad kwestią sponsoringu. Jeżeli firmy zamiast na podatek, część pieniędzy będą mogły przeznaczyć na wspieranie sportu młodzieżowego to sukcesy za lat kilka pojawią się same, co dosadnie światu pokazali w tym roku Brytyjczycy.
Za cztery lata Rio de Janeiro. Może jeszcze nie w Brazylii, ale na pewno na kolejnej olimpiadzie, cieszyć się będziemy nie tylko z przesłania Barona de Coubertine o szlachetnym współzawodnictwie i braterstwie wszystkich narodów, ale także z wymiernych sukcesów. I wtedy niech dziesiątka będzie tylko liczbą ze strzelnicy, a medali zdobądźmy minimum dwa razy tyle.







