„Bardzo młoda staruszka” – powiedział o niej wnuczek. Małgorzata Niezabitowska, dziennikarka i pisarka, legenda przemian 89 roku, rzeczniczka prasowa rządu Tadeusza Mazowieckiego, promowała w Szczecinie swoją najnowszą, bardzo niezwykłą książkę. Niezwykłą, jak ona sama.
"Składana wanna” to zbiór niebanalnych opowieści rodzinnych, które pani Małgorzata zna z dzieciństwa i do których dotarła z pomocą bliższych i dalszych członków rodziny. Bogate dzieje pięciu rodów składają się na dziedzictwo tej kobiety, która swoimi opowieściami zainspirowała szczecinianki podczas spotkania odbywającego się przy okazji trwania PROGRESSteronu. Zainspirowała do poszukiwań, do rozmów i dociekania własnej historii.
Powiedziała pani, że jako dziecko, chciała być chłopakiem – czy chodziło tylko o chodzenie po drzewach, czy miało to głębszy wydźwięk?
Małgorzata Niezabitowska: Od dziecka uwielbiałam powieści o Dzikim Zachodzie i historie „płaszcza i szpady”, których bohaterami byli westmeni, jak Old Shatterhand czy muszkieterowie. Zatem jeszcze zanim ruch feministyczny zaczął głośno działać, ja marzyłam, żeby żyć jak ci mężczyźni. Już w pierwszej klasie nosiłam krótką fryzurę na pazia. Mama ostrzygła mnie, bo moje gęste włosy nie chciały się trzymać w warkoczach i ze szkoły przynosiłam uwagi: „Małgosia znowu chodzi rozczochrana”. Później, jako jedenastolatka, dokonałam rewolucji, poszłam do męskiego fryzjera obciąć się „na chłopaka”, a fryzjer wysłał mnie do domu po pisemną zgodę taty. I faktycznie, skakałam wtedy przez płoty, miałam potłuczone kolana, robiłam to, co chłopcy, kazałam do siebie mówić Andrzej (śmiech). Wszystko skończyło się, oczywiście, gdy po raz pierwszy się zakochałam i zapragnęłam być w stu procentach kobieca.
Jest pani kobietą pełną energii, wigoru. Jaka jest pani recepta na młodość?
Mój wnuk kilka lat temu powiedział: „Moja Babi to bardzo młoda staruszka” i tym stwierdzeniem wyznaczył mi standard. Nie jest aż tak trudno go dotrzymać, bo z natury jestem aktywna i optymistyczna. Codziennie rano ćwiczę jogę, a dwa razy w tygodniu mam trening z nauczycielką, która aplikuje mi miesznkę: pilatis, aerobic, streching. Do tego dieta, jednak nie odchudzającą. Szczupłą sylwetkę zawdzięczam genom, ale też jadam zdrowo, od szesnatu lat jestem wegetarianką, a zakupy robię w sklepach z ekologiczną żywnością. Ponadto ważny jest kontakt z młodymi ludźmi – z wnukami czy z młodzieżą – w nich tkwi dobra energia. To recepta na młodość.
Podczas prac nad książką musiała pani wędrować daleko w przeszłość, którą jest pani zafascynowana. Jest pani energiczna, młoda duchem, ale też niedzisiejsza. Nie czuje się pani rozdarta?
Niewątpliwie ciągnie mnie do tego odległego świata, z jego obyczajami, rytmem życia, intensywnością kontaktów między ludźmi, którzy mieli dla siebie czas i umieli go spędzać z wielką fantazją. W dzieciństwie mieszkałam nawet we dworze tyle że w …wyobraźni. Uciekałam tam od smutnej rzeczywistości po śmierci mamy, która umarła, gdy miałam zaledwie dziewięć lat. Ale od dawna jest inaczej. Czuję się dobrze we współczesności, nawet jeśli chwilami ogarnia mnie nostalgia. Dlatego też pisanie „Składanej wanny“ było dla mnie taką radością. Mam nadzieję, że przez losy przodków, ich przygody, dramaty, romanse, splecione często z dziejami naszego kraju od epoki stanisławowskiej po wybuch pierwszej wojny, udało mi się przekazać urok, barwę ale i dynamizm tamtych lat.
Weronika Bulicz





