To pierwszy występ polskiego jachtu na Jeziorze Garda. Tomahawk miał utrudnione zadanie, bowiem ścigał się ze znacznie większymi ultra regatowymi jednostkami, czy też zwycięzcą ubiegłorocznej edycji regat niemiecką – Wild Lady.
– Od samego początku warunki wietrzne były bardzo trudne i zmienne. Ustawienie naszej grupy w bezpośrednim pobliżu wysokiego, zachodniego brzegu jeziora spowodowało ciekawą, lecz nielubianą przez żeglarzy regatowych sytuację, w której nie można było przekroczyć linii startu. Wiatr w porywach nawet do kilkunastu węzłów nadszedł od przeciwnej, wschodniej strony jeziora. To spowodowało, że teoretycznie wolniejsze jednostki, których strefa startowa była przesunięta dalej od brzegu, jako pierwsze złapały wiatr w żagle i skutecznie nam uciekły – relacjonuje Patryk Zbroja, szef szczecińskiego teamu.
Dopiero po niemal dwóch godzinach warunki ustabilizowały się w tym rejonie jeziora na tyle, że były one równe także dla pozostałych jachtów. Tyle tylko, że czołówka wyścigu była już nawet kilkadziesiąt minut z przodu. Taka sytuacja nie sprzyjała Tomahawkowi, który – pozostając w ostatniej, najbardziej pechowej grupie kilkunastu jachtów – mozolnie musiał odrabiać straty. Szczęśliwy start – jak się później okazało – był w tych regatach decydującym elementem dla dobrego wyniku, podobnym nieco do rozdania kart. Polacy ostatecznie, w swoim bardzo trudnym debiucie, uplasowali się na 6 miejscu.







