- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

W poszukiwaniu niebiańskiej plaży

Strona głównaW poszukiwaniu niebiańskiej plaży

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Jest taka powieść Alexa Garlanda pt. „Plaża” na podstawie której autor kinowego przeboju „Trainspotting” Danny Boyle zrealizował film. To historia Richarda, który spragniony przygód natrafia w podrzędnym pensjonacie w Bangkoku na mapę z znaczoną drogą do plaży. O tym skrawku ziemi krążą legendy wśród ludzi podróżujących po południowej i wschodniej Azji. Dla Richarda, wychowanego na filmach o Wietnamie, wyprawa w nieznane rejony egzotycznej Tajlandii jest pokusą i wyzwaniem. Rusza w podróż…

Zarówno książka jak i jej ekranizacja posłużyły za inspirację prawdziwemu podróżnikowi. W kinie Richardem był Leonardo di Caprio, w prawdziwym życiu pochodzący ze Szczecina informatyk Jakub Gaj.

– Pomysł pn. Tajlandia zaczął się w zasadzie od filmu „Niebiańska plaża“ z Leo, który sam w sobie może nie jest najlepszy, ale kiedy zobaczyłem te niesamowite scenerie postanowiłem sięgnąć głębiej – zaczyna opowieść Jakub. – I tak zacząłem grzebać: scenariusz do filmu został napisany przez Alexa Garlanda na podstawie jego własnej książki, w której to opisał co się wydarzyło podczas jego podroży do Tajlandii. Byłem na plaży na której nagrywali film, byłem też w parku narodowym opisanym przez Garlanda w książce, na jednej z tych totalnie wyludnionych wysepek.

Rozpusta wśród drapaczy chmur

Zanim Kuba trafił na Koh Tao musiał przedostać się przez wąskie i duszne uliczki Bangkoku i zmierzyć się z mitem tego niezwykłego miasta.

Jedna z prawdziwych legend krążących o Bangkoku dotyczy seksu i tego że jest to światowe centrum miłości na sprzedaż…

– To zdecydowanie światowa stolica seksu, bo można go spotkać na każdym kroku. I to jest raczej smutny epizod niż atrakcja turystyczna – kontynuuje opowieść nasz bohater. – Dziewczyny w rożnym wieku namawiają cię na różnego rodzaju rzeczy o każdej porze dnia i nocy, ale wieczorem są najbardziej nachalne, trzeba się dosłownie wyrywać i przepychać żeby przejść ciasną i zatłoczoną ulicą. Podobno nawet jak jesteś z żoną to cię atakują, bo przecież „wife can watch, no problem”. Trafiłem z ciekawości na Soi Cowboy, ulicę wypełnioną barami go – go, gdzie bawią głównie starzy Amerykanie spuszczeni ze smyczy. Ale tu „strip biznes” wygląda nieco inaczej: w barze tańczą dziewczyny, ale wszystkie razem na jednej scenie ubrane dokładnie w to samo, każda z numerkiem. Kelnerka oznajmia mi, że mogę sobie wybrać, którą chce i ona przysiądzie się do mnie. „Lady drink” (drink dla niej) kosztuje dwa razy tyle co normalny, czyli napiwek za swoje towarzystwo ma wliczony. Siedzący obok Amerykanin po pięćdziesiątce, tłumaczy mi jak to działa naprawdę: możesz każdą dziewczynę „wykupić” na barze i zabrać do siebie. Wie co mówi, bo mieszka tam od paru lat. No cóż to nie dla mnie rozrywki, innym razem, następny bar poprosze, bez dziewczyn tym razem.

Ten inny bar okazał się mieścić wiele metrów nad ziemią…

Marzec, Berlin Tegel, temperatura 5st C., 8h lotu, 4 nudne filmy, 2 plastikowe posiłki i lądujesz w Bangkoku rozgrzanym do 35st C. To miasto wielu kontrastów, od tradycyjnych targów wodnych, chińskiej dzielnicy po drapacze chmur i kilometry centrów handlowych. A tych trochę się zwiedza, bo są w pełni klimatyzowane, nawet przejścia pomiędzy nimi. Pijąc kawę w Starbucksie na lotnisku w Berlinie myślałem, że to ostatnia zanim wrócę. Myliłem się, tu jest dosłownie wszystko. Efekt globalizacji. Zresztą o 4 nad ranem zjesz tylko w Burger Kingu lub podobnym fast foodzie – opowiada Kuba. Jedna z fajniejszych atrakcji to „skybary”, czyli bary na dachach budynków. Odwiedziłem kilka, Verdigo to jeden z ciekawszych, mieści się na 63 piętrze. Rekord to 83, ale już nie na otwartym powietrzu – dodaje z uśmiechem Jakub.

W drodze na plażę

– Reklama –

spot_img

Kuba postanowił opuścić Bangkok i ruszyć w kierunku miejsca które znał z powieści i filmu.

– Nie mając pojęcia co dalej postanowiłem zahaczyć o Khaosan Road, bramę do południowo -wschodniej Azji. To mekka „backpackerow” czyli takich podróżników jak ja, zwiedzających dany kraj na własną rękę. Jest tam tłoczno, brudno i głośno, ale możesz poznać ludzi do dalszej podróży, wgrać nową muzykę do iPoda, kupić parę lewych filmów na DVD albo zrobić kalifornijskie prawo jazdy. Ja znalazłem tam biuro szkoły nurkowania i tak właśnie trafiłem na Koh Tao, małą wyspę przy Zatoce Tajlandzkiej.

Koh Tao nazywana jest Wyspą Żółwi, przez to, że co roku przypływają tu żółwie, by złożyć jaja z których wykluje się ich potomstwo. Wyspa jest nietknięta turystyką masową i stanowi wspaniałą ucieczkę od często gwałtownego trybu życia. Koh Tao to kilkanaście plaży z barami i szkołami nurkowania, to także mekka surferów.

Plaże Tajlandii i to nie tylko zdanie Jakuba, należą do najlepszych na świecie. Ich fenomen polega na ich… urodzie. Czysty piasek, woda, powietrze, palmy, otwarci ludzie oraz spokój – idealne miejsce wypoczynku. Tutaj można się poczuć dosłownie jak w niebie.

Dopiero Koh Tao wyglądało jak Tajlandia którą znam ze zdjęć i filmów: raj na ziemi, krystalicznie błękitna woda, trochę turystów, ale głównie szkoły nurkowania, bo tu warunki do tego są jedne z lepszych na globie. Nurkowanie dla mnie było stresujące, może dlatego, że boję się wody i średnio pływam. Ale widoczność wody na 50m w głąb, do tego niesamowita fauna i flora. To robi naprawdę duże wrażenie. Inne ciekawe miejsce to Ko Phi Phi. Na większość tamtejszych plaż można dostać się tylko łodzią albo czeka cię przeprawa przez dżunglę. Nie polecam, zwłaszcza w japonkach i szortach. To też miejsce które powoli odbudowuje się po tsunami, które tędy przeszło. I to widać – ocenia Jakub.

Kraj tysiąca uśmiechów

W Tajlandii można się zasiedzieć. Życie jest w miarę tanie, a ludzie absolutnie normalni.

Są niesamowicie przyjaźni. Wiadomo, że żyją tu głównie z turystów, ale często są bardzo bezinteresowni i zawsze uśmiechnięci. Narodowa cecha – kraj 1000 uśmiechów – kontynuuje opowieść Kuba. – Zresztą za niewielką opłatą zorganizują przeprawę gdzie tylko chcesz. Wskaż wyspę na mapie, następnego dnia przyjedzie po ciebie bus, zabierze cię na łódkę, na docelowej wyspie odbierze cię kolejny bus i zabierze do hotelu. Wszystko w pełni zorganizowane, wystarczy wykonać jedną rozmowę telefoniczną. Tajlandia jest stosunkowo tania. Co do noclegu to bardzo zależy od miejsca. Na większych wyspach są normalne hotele, nawet te pięciogwiazdkowe, ale zwykle sypia się w bungalowach. Koszt jak u nas w hotelu dwugwiazdkowym nad morzem po sezonie. Dobry posiłek w podrzędnej knajpie kosztuje nie więcej niż obiad w naszym barze mlecznym. Zresztą zawsze można iść na tanią zupkę chińską do 7 Eleven. Dostaniesz nawet gorącą wodę i pałeczki. To jedyna opcja posiłku na wyspach o 3 nad ranem. W samej Tajlandii byłem około miesiąca, zdecydowanie za długo, bo nie zdążyłem dotrzeć w wiele miejsc takich jak Wietnam, Laos, Kambodża, Filipiny czy Borneo w Indonezji. Ale to głównie na Tajlandii mi zależało. Zasiedziałem się tam, bo to magiczne miejsce i na każdym kroku spotyka się ludzi jakby żyjących ideą niebiańskiej plaży. A tych jest naprawdę sporo. Wielu Europejczyków tu zostało, tworząc większe lub mniejsze społeczności. Prowadzą własne interesy takie jak bary na plaży, stragany z ciuchami, itp, cokolwiek byleby tu zostać.

Luksus wolności

Jakub wrócił, ale to nie znaczy, ze nie jest mu bliska idea niebiańskiej plaży czyli brania życia pełnymi garściami i bycia w ciągłych ruchu. W filmie bohater dociera na tytułowa plażę, gdzie zamiast raju na ziemi trafia w ręce… sekty. To fikcja literacka, w rzeczywistości panuje tam iście niebiański spokój, pozbawiony cywilizacyjnego jazgotu. Tajlandia należy do tych niewielu miejsc na globie gdzie zaczerpnąć drugi oddech przed kolejnymi ważnymi decyzjami w życiu, popływać w krystalicznej wodzie, zobaczyć faunę i florę nieskażoną ręką człowieka i obejrzeć jeden z najpiękniejszych zachodów słońca.

– Reklama –

spot_img

Jak widać Kuba żyje nieco inaczej, choć pracuje jak wszyscy. Na co dzień jest konsultantem IT dla firmy IBM i pracuje tam gdzie dostanie kontrakt, aktualnie w Londynie.

Praca w korporacji… Sprzedałem swoja dusze diabłu komercyjnemu, ale tylko po to żeby było mnie stać na podróże na własną rękę – śmieje się Kuba. – Tak więc moje wyjazdy zwykle dzieją się pomiędzy moimi kontraktami i zwykle na pełnym spontanie z biletem w jedną stronę, paszport tez zabieram, przydaje się na stemple. I nie mówię, ze żyję na krawędzi, ale staram się korzystać z życia na tyle ile mogę, w końcu za 20 lat bardziej będę żałował rzeczy których nie zrobiłem, niż tych które zrobiłem. To chyba kwestia tego gdzie jesteś i kogo spotykasz, czego doświadczasz i jak to odbierasz, to wszystko w mniejszym lub większym stopniu kształtuje twój charakter i podejście do życia. Tak stało się ze mną, miedzy innymi dzięki tej podróży.

Aneta Dolega

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać