Obraz „Śniadanie na trawie” Edouarda Maneta przedstawia grupę osób płci rozmaitych spożywających poranny posiłek w okolicznościach przyrody. Prosty, oczywisty przekaz: jeść należy z przyjemnością. O najważniejszej z przypraw pisałem niedawno, jest nią Towarzystwo. Drugą w kolejności, wygrywającą wyścig nawet z solą i pieprzem jest Otoczenie w którym dary boże pojadamy.
Oczywistą oczywistość, jaką jest związek między miejscem i smakiem przeczuwałem już w czasach młodzieńczych. Otóż, w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia wraz z ówczesnym Przyjacielem Rysiem Leoszewskim spędzaliśmy wakacje na polu campingowym w Międzywodziu. Po całonocnym muzykowaniu przy ognisku, dopadł nas głód straszliwy i zapędził wczesną porą pod sklep ogólnospożywczy. Po długim wyczekiwaniu na otwarcie tej skarbnicy dóbr wszelakich nabyliśmy droga wymiany towarowo -pieniężnej, co następuje: dwa bochenki ciepłego jeszcze chleba (z tych, co to chlebem i pachniały i smakowały, a skórkę trzeszcząca posiadały), dwie szklane (!) butelki mleka prawdziwego, oraz okrągły ser żółty „Liliput”. Rockefeller nie czuł się nigdy bogatszy niż my wówczas. Oczekiwanie na otwarcie sklepu sprawiło, że w żołądkach grało nam o wiele piękniej niż my minionej nocy, a chęć pożarcia tych pyszności na miejscu była przeogromna. Lecz właśnie w tym momencie pomyślałem sobie, że tak wytęsknione śniadanie nie może się odbyć na byle murku pod sklepem! Gdy zaproponowałem Rysiowi śniadanie nad Zalewem Kamieńskim zobaczyłem w Jego oczach coś, jakby mord, krew i cmentarz… Przyjaźń zwyciężyła, a my po blisko dwukilometrowej wędrówce usiedliśmy na betonowym nabrzeżu i … tak narodził się „Sklep z Ptasimi Piórami”.
Jeśli Towarzystwo jest solą jedzenia, to „Okoliczności przyrody” są jego pieprzem. Znakomitym dowodem na powyższe jest frekwencja w lokalach z których widok jest dodatkową atrakcją. Ot, na przykład restauracje na Wałach Chrobrego, czy lokale umiejscowione w ciągach spacerowych na alei fontann lub Bogusława. Pierogi smakują inaczej w ciemnej piwnicy zwanej „jadłodajnią”, a zupełnie inaczej choćby w uroczej knajpce w Mescherin, prowadzonej przez Polaków i przeżywającej swój rozkwit dzięki położeniu właśnie. Nad malowniczym odrzańskim kanałem, tuż przy ścieżce rowerowej prowadzącej wzdłuż Odry, tym niezwykłym szlakiem turystycznym, który czeka na wakacyjnych włóczęgów. Jem ze smakiem dania kuchni obojga Narodów, zapatrzony w wodę kombinuję którędy popłynąć czekającym w przystani kajakiem, a nad głową ptaszory maści rozmaitej… Czy do szczęścia trzeba czegoś więcej? Gospodarze tego miejsca nie szukali lokalu tam gdzie są konsumenci, oni znaleźli MIEJSCE, które tych konsumentów ściąga i to zarówno z Niemiec jak i z Polski. Żal tylko, że mimo niewielkiej od Szczecina odległości i turystycznej atrakcyjności okolicy, wciąż więcej gości z Berlina, niż z naszego Miasta.
Wspominałem niegdyś na łamach „Prestiżu” o prawdziwej kulinarnej turystyce na Pomorzu Zachodnim, jaka miała miejsce w latach 60. I 70. Jeździło się na wątróbkę do Goleniowa, sielawę do Ińska, grochówkę do Babigoszczy… Ach, wspomnienia! Powoli odżywa ten zwyczaj, choć tłumiony zaciekle przez ceny paliwa. I dziś warto wybrać się na rodzinny obiad do Nowego Warpna na bezkonkurencyjny rosół na leszczu z pierożkami z rybnym nadzieniem. Do stepnickiej smażalni (tuż przy rybackim porcie) na rozpływającego się w ustach okonia, czy odrobinę dalej, do Starych Łysogórek za Siekierkami, na wybór zup polskich i dań tradycyjnych naszej kuchni niespotykany nigdzie indziej. I żeby nie było: żadne tam mecyje, wymienione lokale nie straszą cenami, ani przesadną wytwornością. Zniewalają smakiem, zachęcają dbałością Gospodarzy o nasze podniebienie i…, a no właśnie! I położone są w miejscach, które niczym deser pieszczą nasze pozostałe oprócz smaku zmysły.
„Nie ma złej drogi do mej niebogi” ja nieco zmieniłbym treść tego przysłowia: „ nie ma złej trasy dla smacznej kiełbasy”. Jakże skomentować nieuleczalny przypadek wariatów, którzy z Zeliszewa (pod Reczem) jadą do Choszczna po świeże i chrupiące bułki, później do Dobiegniewa, gdzie w miejscowej masarni jeszcze ciepła kiełbasa zwyczajna, a na koniec nad Drawę w okolice Starego Osieczna, bo… tam tak ładnie jest i lepiej smakuje (łącznie ponad 60km)? Czyste wariactwo, za które wciąż pozostaję wdzięczny Ojcu, dla którego „nie było złej trasy…”.
Nie krępujcie się drodzy Czytelnicy. Poszalejcie, bądźcie znowu dziećmi, przecież są wakacje! Nawet jajo na twardo może być przesmaczne, gdy wokoło tak piękne okoliczności Przyrody…







