Zielony to kolor nadziei. Nadzieja – matką głupców, ale ponieważ lepiej z głupim znaleźć, niż z mądrym zgubić, będę się cieszył zielenią jak głupi. A zielone odradzające się z corocznym uporem, z odwieczną niezmiennością czasu, właśnie w marcu raduje najbardziej. To miesiąc, w którym każdą chwilę wykorzystuję na wypad za miasto. Niewiele jest piękniejszych widoków świata naszego, niż te wiosenne nad Odrą. Kolorystyczny zestaw błękitu nieba i wody w połączeniu z całą paletą brązów i szarości nadrzecznych chaszczy i trzcinowisk, wart jest pędzla malarzy. Kiedy znajdziesz zaciszne miejsce w jednej z zarośniętych kotlin wysokiego, odrzańskiego brzegu, poczujesz jakie mocne jest marcowe słońce. Na każdym kroku widać wiosenną wojnę zielonego z szarym. To drobniutkie listki rozlicznych krzewów, niespodziewany dywan ciemierników, śnieżyczek, przebiśniegów, przylaszczek. Kto by tam spamiętał te nazwy i przezwiska? W marcu wzrok raduje każda kępa trawy wyzierająca spod zanikającego w słońcu jęzora starego śniegu. Cieszy każdy słoneczny promyk. Oto nadchodzi czas, kiedy można zrzucić krepujące ruchy zimowe okrycia i ruszyć w drogę!
Mieszkańcy Szczecina są w uprzywilejowanej sytuacji. W którąkolwiek stronę świata byśmy nie ruszyli, trafimy na przyrodniczo-krajobrazowe skarby. Północ to Puszcza Wkrzańska z wciąż nieodkrytymi szlakami pieszych i rowerowych wędrówek. To malownicze miejscowości nad Zalewem Szczecińskim z piękniejącym w oczach Nowym Warpnem. Zachód – to Puszcza Bukowa i jezioro Miedwie. Morenowe wzgórza tych okolic gwarantują nam niezwykłe widoki, ot, choćby jak te za Kołbaczem w okolicy Żelewa. Na południu polecam nadodrzańską trasę w stronę Cedyńskiego Parku Krajobrazowego. Okolice Krajnika, Siekierek, Morynia, że o ukochanej Zatoni Dolnej nie wspomnę.
Pisałem już wielokrotnie i powtórzę to i dziś: nie ma lepszej przyprawy niż odpowiednie okoliczności przyrody w których dary boże spożywamy. A na wycieczce zazwyczaj apetyt dopisuje. Pamiętacie tą chwilę, gdy utrudzeni srodze siadacie w miejscu z widokiem na las, jezioro, czy inne cuda tej planety i szeleścicie odwijając z papieru pieczołowicie przygotowane kanapki? Gdy słychać bulgot gorącej herbatki lub kawy lanej z poręcznego termosu? A propos, może ktoś zechce mi wytłumaczyć nadprzyrodzone zjawisko smaku dworcowej herbaty z cytryną? Jak to z nią jest? Robiona z najtańszych woreczków, plasterek cytryny tak cieniutki, że widać przez niego Przasnysz i okolice, niewielka torebeczka cukru i średnio gorąca woda, a smakuje niby najdoskonalsza Silver Needle. Nigdy tego smaku nie osiągniesz w domu. Roztrząsam ten problem od lat wielu i wciąż nie znam odpowiedzi.
Marzec to zieleń, to nadzieja i zapowiedź coraz cieplejszych dni i nocy. W marcu przypada ich wiosenne zrównanie, a 21 obchodzimy pierwszy dzień kalendarzowej wiosny. W marcu, kultywując pogańskie zwyczaje topimy marzannę, żegnając zimę. W marcu koty…no, sami wiecie. I wreszcie w marcu jak w garncu. W polskiej tradycji to okres przygotowawczy do najsmakowitszego święta jakim jest Wielkanoc. W tym roku przypada na początek kwietnia, lecz zapobiegliwi gospodarze już teraz wędzą szynki i kiełbasy. Choćby cały rok miał być potem głodny i ubogi, w Wielkanoc wszyscy domownicy musieli najeść się do syta, a nawet przejeść. Obfitość świątecznego stołu wróżyła przecież dobrobyt. Śniadanie wielkanocne, to triumfalny powrót na stół potraw zakazanych w czasie postu. Tłusto więc i niezbyt zdrowo. Tak jak lubię najbardziej.






