Przełom roku to jak zwykle czas podsumowań, rozliczeń i rozmaitych plebiscytów. Najlepszy sportowiec kraju, najwszechstronniejszy piłkarz, wybitny trener czy najważniejsze wydarzenie mijających dwunastu miesięcy. A jest jeszcze najzdolniejszy junior i największy sukces. Wybierają fachowcy, kibice, czytelnicy. Czasy się zmieniają. Już nie wysyłamy papierowych kuponów wyciętych z popularnego dziennika. Teraz mamy facebooka, twittera czy internet. I coraz częściej mam wrażenie, że to jednak nie wybory sportowca najlepszego, ale najpopularniejszego, najbardziej medialnego, albo takiego, który potrafi sobie zorganizować na tyle duże grono znajomych z doładowanymi telefonami komórkowymi, żeby dostać odpowiednio dużo sms-owych głosów na swoją kandydaturę. No bo tak naprawdę, według jakiego klucza wybierać.
Jak porównać światową i medialną popularność Roberta Lewandowskiego, Agnieszki Radwańskiej czy Roberta Kubicy z sukcesami Bartłomieja Bonka, Zbigniewa Bródki czy Moniki Hojnisz? A jak mają się wielkie pieniądze w futbolu do biedy niektórych związków sportowych. Czy medal mistrzostw w lekkiej atletyce jest wart więcej niż medal w pływaniu? Czy drużynę brązowych medalistek mistrzostw świata w panczenach można porównać z siatkarkami z Muszyny, które w finale europejskich rozgrywek pokonały zawodniczki ze Stambułu i zdobyły Puchar CEV? Pewnie jakoś to można policzyć i ustalić statystyczny wynik. Ale czy to będzie werdykt sprawiedliwy? Raczej wątpię. Podsumowaniem niech będą gorzkie słowa Tomasza Majewskiego, który nie został zwycięzcą najpopularniejszego plebiscytu w naszym kraju nawet po zdobyciu drugiego złotego medalu igrzysk olimpijskich w 2012 roku. Nasz słynny kulomiot zapytał retorycznie prowadzącego z nim wywiad redaktora – co jeszcze trzeba zrobić, aby wygrać z Justyną Kowalczyk? Czy wystarczy zorganizować olimpiadę na przełomie listopada i grudnia (wtedy, kiedy trwa głosowanie) i oczywiście ją wygrać? Czy może to też będzie za mało? Zostawmy zatem plebiscyty. Nie zajmujmy się tym co było, spójrzmy w przyszłość. Bo przełom roku to przecież także czas planowania i prognoz. A rok przed nami pełen wydarzeń, emocji i medalowych szans. Z częścią wydarzeń sportowych będziemy emocjonalnie bardziej związani ze względu na możliwość kibicowania „naszym”, inne zobaczymy dlatego, że jesteśmy miłośnikami sportu i nawet jak nie będzie tam naszych reprezentantów to kochamy wielkie mistrzowskie wydarzenia. Zimowe igrzyska w Soczi, mundial w Brazylii, mistrzostwa świata sztangistów, pływaków, zmagania w WRC czy tenisowy „wielki szlem” na pewno przykują nas do telewizorów. Ale ten rok w naszym kraju to także wspaniała okazja do oglądania największych imprez „na żywo”. Po raz pierwszy Polska będzie w jednym roku organizatorem aż trzech imprez rangi mistrzostw świata.
W marcu zagoszczą nad polskim morzem najlepsi lekkoatleci, we wrześniu w największych polskich halach zagrają najlepsze siatkarskie reprezentacje globu, a w stolicy zmierzą się przedstawiciele pięcioboju nowoczesnego. Liczymy nie tylko na doskonałą organizację, ale także na medalowe występy polskich sportowców. A potem zostanie już tylko dylemat – kogo wybrać najlepszym sportowcem roku 2014. Kto wygra z Justyną?







