Są w różnym wieku, wykonują rozmaite zawody, każdy z nich ma inny charakter. Łączy ich pasja żeglarska, no i oczywiście Szczecin. Sześciu żeglarzy, sześć różnych historii, czasem zabawnych, a czasem mrożących krew w żyłach. Każdy z nich to rozdział arcyciekawej książki. Jak mówią, żeglowanie to nie tyle sport, co styl życia, który daje wiele satysfakcji, ale także uczy wytrwałości i pokory przed nieokiełznanym żywiołem, jakim są morza i oceany.
Wie o tym najlepiej znany szczeciński jubiler i jednocześnie kapitan jachtowy Michał Kęszycki, który żegluje już od ponad 50 lat. O jego licznych jachtach i morskich przygodach można by napisać niezłą książkę. Przeżył niejeden sztorm, żeglował po najpiękniejszych rejonach świata, m.in. Karaibach, Wyspach Kanaryjskich, Morzu Śródziemnym. Żeglując na Morzu Północnym, przeżył katastrofę morską. 7 października 1981 roku, podczas ciężkiego sztormu na Morzu Północnym, olbrzymia fala przewróciła jacht do góry dnem. Wywrotka jachtu, złamanie masztu i liczne uszkodzenia doprowadziły do jego zatonięcia. Kapitana i jego żonę w ostatniej chwili, w całkowitych ciemnościach, uratowała załoga helikoptera Niemieckiej Straży Przybrzeżnej. W 1986 roku na innym już jachcie wypłynęli ponownie w rejs po najpiękniejszych zakątkach Morza Śródziemnego i po dwóch latach tym razem szczęśliwie powrócili do kraju.
– Jacht to mój drugi dom, zresztą tak nazwałem łódkę, którą pływam obecnie. „Drugi Dom” to duża ośmioosobowa jednostka o długości dwunastu metrów. Bardzo wygodna i komfortowa, nadająca się do rejsów morskich. Chętnie organizuję rejsy weekendowe po Morzu Bałtyckim, Danii, Szwecji i Bornholmie – opowiada Kęszycki.
Jak mówi, przy odpowiednim przygotowaniu łódki i umiejętnościach załogi żaden sztorm nie jest straszny. Ma ogromne doświadczenie, startował wielokrotnie w Bałtyckich Regatach Samotnych Żeglarzy po Bałtyku, odnosząc w klasie Vega spektakularne zwycięstwa. Pamięta, gdy wspólnie z załogą zadecydowali o wypłynięciu w czasie sztormu z Bornholmu do Świnoujścia. Była wysoka ponadtrzymetrowa fala i 9 w skali Beauforta.
– Wiedziałem że wiatr słabnie, więc nie miałem większych obaw. Poruszaliśmy się bardzo szybko, około 10 węzłów. I pomimo sztormu płynęliśmy praktycznie na luzie, fala nie wchodziła na pokład, wszyscy byli na zewnątrz i podziwiali żywioł. Była niemal rodzinna, sielankowa atmosfera – opowiada kapitan.
Chociaż podczas swoich licznych podróży opłynął najpiękniejsze na świecie miejsca, uważa, że nasz akwen nie ma sobie równych.
Koncertowe rejsy
Wielbicielem naszego akwenu jest także Jan Waraczewski, koncertmistrz i pierwszy skrzypek Filharmonii Szczecińskiej. Żegluje od 1966 roku.
– W jednym rejsie można pływać po rzekach, jeziorach, zalewach i morzu – czegóż chcieć więcej – śmieje się pan Jan, który na ośmiometrowym jachcie „Marimba” chętnie odbywa samotne podróże po Zalewie Szczecińskim i Jeziorze Dąbskim.
Pływał długo na Morzu Śródziemnym, opłynął niebezpieczne wody Korsyki z groźnie wystającymi skałami, na których łatwo było się roztrzaskać. Jednak najniebezpieczniejszą przygodę przeżył w 1997 roku na Jeziorze Dąbskim. Dopadł go biały szkwał.
– Był huragan, 12 w skali Beauforta, zero widoczności. Na mój jacht zwaliło się drzewo, prawie zatonąłem – wspomina Waraczewski. – Czy się bałem? Na pewno, ale najbardziej ubolewałem nad uszkodzeniami jachtu, bo musiałem zrobić przerwę w pływaniu.
Jan Waraczewski jest także pomysłodawcą i organizatorem koncertów na wodzie, które organizuje od siedmiu lat. Odbywają się każdego roku w czerwcu na przystani JK AZS. Rozstawiana jest specjalna scena przy wodzie, na której gra orkiestra kameralna. O godzinie 22, gdy cichnie wiatr, rozpoczyna się koncert.
– Są to darmowe koncerty, które udaje się zorganizować dzięki zaangażowaniu wielu firm i wielu osób prywatnych. Cieszę się, że w naszym mieście można zebrać grupę ludzi, którzy chcą zrobić coś pożytecznego – mówi. Dookoła Europy
O samotnej wyprawie dookoła Europy 78-letniego skrzypka Henryka Widery mówiła cała Polska. Na niewielkim ośmiometrowym jachcie „Gawot” odwiedził 18 państw. Trasa wiodła przez Danię, Norwegię, potem w dół przez Zatokę Biskajską, Morze Śródziemne, Egejskie, Marmara, Morze Czarne. Podróż trwała dwa lata. To nie pierwsza wyprawa pana Henryka. W 2004 roku wrócił z samotnego rejsu na Wyspy Kanaryjskie, za co został uhonorowany prestiżową nagrodą Kolosów. Za rejs dookoła Europy dostał kolejnego Kolosa i nagrodę za Rejs Roku, którą wręczył mu osobiście najsłynniejszy polski żeglarz Krzysztof Baranowski.
– Miałem dokładnie 30 euro w kieszeni, gdy wyruszałem w podróż. Po drodze zarabiałem, grając na skrzypcach w portach. Największy utarg? Pamiętam, że we Włoszech jakiś meloman wrzucił mi jednorazowo 100 euro! – śmieje się pan Henryk.
Niestety, nie udało mu się przepłynąć rzekami przez Rosję by dotrzeć do Morza Norweskiego i zamknąć wielką pętlę. Okazało się, że w Rosji nie można pływać bez specjalnego pozwolenia, na które trzeba czekać nawet trzy miesiące.
– Ogłosiłem strajk głodowy, napisałem list do samego premiera Putina, wszystko na nic. Musiałem wrócić do kraju – opowiada muzyk.
W tym roku postanowił dokończyć dzieła. Pod koniec kwietnia wypływa w kolejną samotną podróż dookoła Europy. Tym razem ma specjalne zaproszenie rosyjskiego rządu i stara się o niezbędne pozwolenia.
Kolegą Widery i znanym szczecińskim żeglarzem jest kapitan Henryk Kałuża, jeden z najlepszych regatowców, zdobywca wielu pucharów w regatach samotników i załogowych, członek zarządu Zachodniopomorskiego Związku Żeglarskiego. W 2003 roku na właśnie zakupionym własnym ośmiometrowym jachcie „Harry”, wraz z trzyosobową polską załogą, wziął udział w największych regatach rozgrywanych na Bałtyku – Gotland Rount. Pośród najbardziej luksusowych i najnowocześniejszych jachtów z całej Europy, debiutując, zajęli wysokie 29. miejsce na 192 startujące jachty.
– Załogi innych jachtów przychodziły oglądać nasz. Wszyscy chcieli zobaczyć, co to za jacht, który przy pierwszym starcie zdobył tak wysoką pozycję – wspomina pan Henryk.
Praca i pasja
Jak połączyć pracę i pasję? Wie o tym najlepiej Andrzej Armiński, inżynier budowy okrętów i kapitan jachtowy, który od wielu lat zajmuje się w Szczecinie projektowaniem i budową jachtów. To spod jego ręki wyszły słynne w Polsce i na świecie Mantry, które wygrały wiele regat i zdobyły liczne nagrody żeglarskie. W latach 1992-1993 na Mantrze 2 odbył roczny rejs z Europy do Ameryki, a w latach 1996-1998 opłynął świat na jachcie Mantra 3, za co otrzymał nagrodę Rejs Roku 1998 i Srebrny Sekstant. Mantry 7000 i Mantry 31 zdominowały regaty na polskim Wybrzeżu. – Obecnie nie mam wiele czasu na długie rejsy, często jednak wypływam na krótkie rejsy testowe moich jachtów. Mantry nadal pływają na ciekawe wyprawy – opowiada Armiński. – Jestem organizatorem kobiecych rejsów dookoła świata. Kapitan Joanna Pajkowska na jachcie „Mantra Asia” w styczniu 2009 zakończyła samotny rejs dokoła świata non stop, który trwał rekordowe198 dni. Na innym jachcie „Mantra Ania” 22-letnia Marta Sziłajtis- Obiegło jako najmłodsza Polka właśnie ukończyła roczny rejs dookoła kuli ziemskiej.
Niewiele osób wie, że jego stocznia buduje też luksusowe katamarany, prawdziwe „pływające domy” – dwukadłubowe jednostki pełnomorskie, których powierzchnia pokładu może dochodzić do 100 metrów kwadratowych, czyli tylu, ile ma niewielki dom jednorodzinny.
Na wyprawę dookoła świata wybiera się właściciel jednego z najpiękniejszych jachtów w Szczecinie – Mirek Lewiński, lekarz, dyrektor regionalny Polpharmy. Jego „Ulysses” to duży, 14-metrowy komfortowy jacht, którego kadłub zbudowany jest z cedru syberyjskiego. Lewiński żegluje od 14. roku życia. Przepłynął m.in. Atlantyk, morza: Północne, Śródziemne, Czarne i Karaibskie. Był także drugim oficerem na Pogorii w półrocznym rejsie z Karaibów przez Atlantyk do Polski w 1990 roku. Wraz ze swoim ojcem wybudował jacht „Stary”, który opłynął w 2003 roku przylądek Horn, a w 2006 pokonał North West Passage. Chociaż urodził się w Lesznie, a później mieszkał w Warszawie, to postanowił osiedlić się w Szczecinie, by móc realizować swoją największą pasję.
– Chciałem mieszkać blisko wody, a tu jest najpiękniejszy akwen w Polsce – opowiada. – Zawsze gdy jestem na wodzie, to czuję się, jakbym przeniósł się do innego świata, gdzie zacierają się granice pomiędzy ludźmi, a czas płynie inaczej. Liczy się tu i teraz i to jest piękne.
Jak mówi, każdy żeglarz marzy o własnym jachcie, a „Ulysses” jest wypadkową jego marzeń.
– Chciałbym na nim zrealizować swoje największe marzenie – odbyć podróż śladami Władysława Wagnera, pierwszego Polaka, który opłynął świat pod żaglami – dodaje. – Zbieram fundusze na ten cel i kompletuję załogę. Na pewno wyruszymy w przyszłym roku.
IZABELAMAGIERA-JARZEMBEK
PODZIĘKOWANIA DLAMARTY BARAŃSKIEJ ZA POMOC W PRZYGOTOWANIU ARTYKUŁÓW
WWW.REJSWAGNERA.PL









