Wiking ze Szczecina - Igor D. Górewicz

Igor D. Górewicz

Autor

Maciej Pieczyński

galeria

Pojedynkował się z Michałem Żebrowskim na planie „Starej Baśni” i brał udział w hollywoodzkich filmach. Jest odtwórcą historycznym, pisarzem, aktorem, kaskaderem, żołnierzem, pogańskim kapłanem, a także muzykiem metalowym. Igor Górewicz, opowiada nam o tym jak wygląda życie współczesnego wikinga.

Zagrałeś w „Starej Baśni” choć nie jesteś profesjonalnym aktorem. Do tego podobno kłóciłeś się z Jerzym Hoffmanem?

Jestem odtwórcą historii i cały czas musiałem negocjować z reżyserem o zgodność z epoką. Twórcy filmu chcieli koniecznie wikingów z rogami. Wszyscy odtwórcy stanęli murem przeciwko tej koncepcji, bo rogi na hełmach to tylko romantyczny wymysł, bazujący na błędnych interpretacjach raczkującej archeologii. Udało się dobić krakowskiego targu i w filmie rogi wieńczą tylko hełm wodza wikingów.

Na planie współpracowałeś między innymi z pierwszą szablą polskiego kina, Danielem Olbrychskim…

Strzelałem do niego z łuku. To była trudna scena, porywisty wiatr, a ja w niewygodnej pozycji, zza kamery. W ogóle już pierwszego dnia zdjęć wymieniliśmy z Olbrychskim doświadczenia bojowe. Zrobiliśmy krótki instruktaż posługiwania się mieczem. Pan Daniel był zdziwiony lekkością naszego sprzętu. Sprezentowaliśmy mu więc miecz. Później, gdy miały być sceny bojowe z jego udziałem, zawsze powtarzał: „Wyłącznie z panem Igorem!” Bardzo miłe doświadczenie.

A Michał Żebrowski? Uczyłeś go obsługi procy?

Tak, to wbrew pozorom bardzo trudna sztuka. Poza tym też często krzyżowaliśmy miecze. Żebrowski kilkakrotnie zabijał mnie na planie. Mieliśmy też jedną komiczną sytuację. W jednej ze scen Michał miał mnie z całej siły uderzyć głowicą miecza w głowę. Uderzył, ale leciutko, i zapytał: „Nie boli cię? Nie za mocno?” Ja na to: „Nie, Michał, spokojnie, mam hełm na głowie, uderz mocniej”. Wymieniliśmy parę ciosów, ale Żebrowski dalej nie mógł się przełamać z siłą uderzenia. W pewnym momencie zza kamery wyskoczył wściekły, zniecierpliwiony Jerzy Hoffman, wyrwał Michałowi tarczę z rąk i zaczął mnie nią okładać po głowie z krzykiem: „Tłucz Michał, kamera widzi, że kłamiesz!” (śmiech). W końcu Żebrowski wyrobił się na tyle, że nitem wieńczącym głowicę zrobił mi parę dziur w hełmie. Nie wspominałem mu o tym, bo by się jeszcze przestraszył, że zrobił mi jakąś krzywdę (śmiech).

Jako Drużyna Grodu Trzygłowa byliście ekipą do zadań specjalnych… W sumie wypełnialiście rolę kaskaderów?

Nie do końca, nie spadaliśmy z koni, nie byliśmy podpalani…

To wy podpalaliście?

Tak, nawet mam jedną taką rolę podpalacza, ale w innym filmie.

Co to za film?

„The Dark is Rising”, hollywoodzka baśń, kręcona w Rumunii. Reżyser mało znany, ale za to ekipa, która pracowała na planie to absolutnie światowa pierwsza liga. Mają doświadczenie przy takich megaprodukcjach jak „Szeregowiec Ryan” czy „Kod da Vinci”. Dla nich jesteśmy wielką oszczędnością. Mamy sprzęt bojowy, kostiumy, doświadczenie, nie muszą nas szkolić do scen bitewnych. Na planie tego filmu pracowaliśmy ponad tydzień, wraz ze ściągniętą przeze mnie łodzią wikingów. Efektem jest dziewięciominutowa scena napaści wikingów na wioskę, w której właśnie przypadła mi rola podpalającego chłopską chatę. Niestety w podstawowej wersji filmu scena ta jest bardzo skrócona. Pojawiła się za to na wydaniu DVD, wśród wyciętych scen.

Dlaczego zostaliście wycięci?

W komentarzu reżyser wyjaśnił, że byliśmy po prostu za dobrzy. To znaczy nasza walka wyglądała zbyt realistycznie jak na baśń dla dzieci od dwunastu lat.

W jakich jeszcze produkcjach brałeś udział?

Trochę się tego uzbierało. W 2008 roku wraz z drużyną wziąłem udział w filmie dokumentalnym „Vikings” w serii „Warriors” dla kanału History. Z tego jestem szczególnie zadowolony, bo udało mi się ściągnąć do Szczecina i Wolina amerykańską produkcję. Dzięki temu Jezioro Dąbie, nas i naszą łódź obejrzało dziesiątki milionów ludzi na całym świecie. Grałem też Mieszka I w dokumencie robionym przez Discovery Historia, ale do dziś nie widziałem tego. Innym razem dla TVP miałem podwójną rolę – wikinga i mówioną słowiańskiego kapłana. Były też teledyski. Poza Manowar, zaproponowałem zespołowi Amon Amarth (red.- światowa gwiazda death metalu ze Szwecji) woliński skansen jako miejsce zdjęć do klipu „Twilight of the Thundergod” w którym zagrałem wodza wikingów. Kilka miesięcy później znów kręcili w Polsce „Guardians of Asgaard” i wtedy dostałem główną rolę takiego wikinga super-bohatera. Były też inne dokumenty, a wiosną wziąłem udział w zdjęciach do „Historii Roja” jako dowódca plutonu moździerzy. To był mój pierwszy raz przed kamerą w mundurze. Gdy jakiś czas temu był u mnie Philip Burthem, przywódca drużyny Jomsvikingów, zadzwonił do niego producent „Piratów z Karaibów 4”. Pojawiła się szansa wystąpienia w tej superprodukcji. Okazało się jednak, że jesteśmy zbyt duzi, mieli stroje na mniejszych. Pierwszy raz rozmiar okazał się wadą, nie zaletą (śmiech).

Mógłbyś zostać aktorem?

Nie. Ponoć jestem bardzo przekonujący, ale kiedy gram samego siebie. Nie wiem, czy potrafiłbym grać kogoś innego. Miałem epizod w polityce, gdzie trzeba grać, schlebiać tłumom. Zdałem sobie sprawę, że do pewnych zawodów trzeba mieć taki wygładzony wizerunek. Ja go nie mam i nie mam zamiaru mieć, co więcej, przy mojej fizjonomii byłoby bardzo trudne (śmiech). Nie zależy mi na byciu grzecznym chłopcem, bo nim nie jestem. Nienawidzę udawać kogoś innego. Mało mnie interesuje, że na przykład komuś się nie podobają moje tatuaże. Przez moment zależało mi na tzw. „poważnym” wizerunku, chciałem działać społecznie, ale teraz mało mnie interesują cudze opinie. A w związku z tym nie widzę siebie w polityce. To nie dla mnie.

Ciężko było odtwarzenie historii uczynić źródłem dochodu?

Kluczem do sukcesu było nowatorstwo. Nie lubię robić rzeczy, które robili już inni. Dlatego założyłem wydawnictwo, które jest pierwszym adresowanym do odtwórców. Sposób w jaki prowadzę drużynę też jest nowatorski! Tak jak zupełnie nowy sposób pokazów dla widzów. Ciągle coś nowego. Część ludzi myśli, że to nie jest praca. Jeśli praca ma być niechcianym obowiązkiem, to rzeczywiście, nie pracuję. W rzeczywistości jednak w pracy jestem non stop i nie potrafię się z nią rozstać. Nie chcę od niej odpoczywać.

Napisałeś pierwszą w Polsce mitologię Słowian dla dzieci „Borek i bogowie Słowian”. Ile w bohaterze książki jest Twojego syna, Czcibora?

Jak to pisałem, mój synek miał dwa lata. Te doświadczenia to z jednej strony projekcja moich własnych wspomnień z dzieciństwa, a z drugiej strony próba wyobrażenia sobie, jak mój syn będzie się zachowywał, jak będzie miał siedem lat, czyli tyle, ile bohater książki. Myślenie życzeniowe. Tak, Czcibor jest podobny do tytułowego bohatera „Borka…”. Jest ciekawa historia związana z książkową ilustracją Borka. Pani ilustratorka miała narysować go ze zdjęcia, na którym miał trzy lata, ale tak, jak mógłby wyglądać w wieku lat siedmiu. Widziała jego zdjęcie tylko w stroju średniowiecznym, a miała go narysować w stroju współczesnym. I narysowała go w koszuli identycznej, jaką nosi na co dzień. Kobieta mieszka pod Częstochową, nie widziała go poza tym zdjęciem. Telepatia! A tak naprawdę nie wiem, czy ten Borek książkowy ma tak bardzo czytelny charakter. Na pewno jest odważny, ciekawy świata, ale też bardzo często się boi.

Ale Borek oryginalny, Twój syn, chyba jest rzeczywiście bardzo ciekawy świata?

Musi być ciekawy świata, bo żyje w specyficznym otoczeniu. Wiem, że będzie miał problemy z wyjaśnieniem rówieśnikom, jak wiele odcieni życia widzi. Jak wiele przedmiotów, miejsc. Od muzeów po wielkie bitwy, tylko w tym roku był w Danii, Szwecji, na wschodzie Polski, w różnych miastach, a ma dopiero 5 lat. Wychowuje się w domu, w którym jest pełno różnych ludzi. Jego tata wykonuje dziwny zawód, często go widzi gdzieś tam w telewizji, w gazetach. W jego domu raz śpi Niemiec, raz Amerykanka, Włosi, Szwedzi, ludzie mówiący różnymi językami świata, jedni to są panowie, inni to są wujkowie, zależy jak dobrze ich zna. Ten fakt będzie miał decydujący wpływ na niego w przyszłości. Będzie miał bardzo dużo doświadczeń jak na swój wiek. Co nie znaczy, że wyrośnie z niego kosmopolita. Mimo międzynarodowego towarzystwa staram się wychowywać go na polskiego patriotę.

Chyba w średniowieczu czuje się jak ryba w wodzie?

Kiedyś ktoś stwierdził, że narzucam mu swoje fascynacje. Wręcz przeciwnie, czasem próbuję Borka troszkę odciągnąć od odtwórstwa, pokazywać mu inne rzeczy, zupełnie niehistoryczne, zupełnie niezwiązane z odtwórstwem. Ale on uwielbia ten średniowieczny świat, no bo który chłopak by nie uwielbiał!

Masz nietypowe zainteresowania. Która z pasji pojawiła się najpierw w twojej młodości?

Najpierw była historia. Dzięki ojcu, dziadkowi. Uwielbiałem, jak ojciec mi czytał „Mitologię grecką” Paradowskiego. Pamiętam, jak dziadek w jednej ręce mi przynosił „Przygody małpki „Fiki – miki”, a w drugiej – „Poczet królów polskich”.

Choć lubiłem czytać książki Jasienicy, to jednak formalna historia, wykładana w szkole, niespecjalnie mnie interesowała. Od dziecka pasjonowałem się też bronią białą. To był istny fetysz. Na osiemnaste urodziny dostałem od rodziców swój pierwszy miecz. Do dziś wisi u mnie na ścianie.

Metal to jedyna muzyka Twojej młodości?

Dużo ludzi mojego pokolenia to byli, albo obecni metalowcy. Bo w moich czasach to się było punkiem, skinem, metalowcem albo dyskomułem, ewentualnie fanem Depeche Mode. I jak się okazuje, z tej „złej” młodzieży metalowej wyrośli mądrzy ludzie, którzy mają dużo do powiedzenia w różnych zawodach, mają dzieci, rodziny, pracują, mają po trzydzieści, czterdzieści lat. Niedawno byłem w Koszalinie na koncercie Napalm Death i miałem okazję spotkać starych znajomych metalowców. Patrzyliśmy po sobie, kto jak się zmienił. No i ja nadal mam długie włosy, ale to nie ze względu na metal. Po prostu „Igor” równa się długie włosy, to jestem ja, to moja rzecz. Na tym koncercie nastolatków było kilku, dwudziestokilkulatków trochę, publika w większości złożona była z trzydziesto – i czterdziestolatków. Metal to muzyka pokoleniowa. Porównuję to do jazzu. Clinton palił marihuanę słuchając jazzu, a dziś jazz jest salonowy, słucha się go w fotelu z koniakiem. Metal puka do tych drzwi.

Metalu nie tylko słuchałeś, ale i ten metal tworzyłeś. Jak powstał zespół Casus Belli?

W Szczecinie istniał death-grindowy zespół Undertaker. Kapela się rozpadła, a jej byli członkowie w 1999 roku postanowili stworzyć jakiś projekt ze mną jako wokalistą. Prowadziłem już słowiańską działalność. Byłem też aktywny na scenie fanów metalu w Szczecinie. Podczas tych burz mózgów i dźwięków wyszło nam coś między death, a black metalem. Mój wokal powodował, że to było bardzo często szeregowane jako black metal. Rok po założeniu Casus Belli mieliśmy już nagraną płytę. Pojawił się wydawca podziemny, który jak zobaczył skład, stwierdził, że od razu wydaje nas bez słuchania. Szybko wydaliśmy album po raz drugi, podpisując kontrakt z największą wytwórnią metalową w Polsce. Zagraliśmy trochę koncertów, dorobiliśmy się grupy zwolenników. Okazało się, że ten produkt szczeciński jest bardzo oryginalny. Zaczęły się pojawiać wywiady i propozycje współpracy od Indonezji, przez Meksyk, po całą Amerykę. Nie byliśmy kolesiami z podwórka, którzy spotykali się dla zabicia czasu w garażu, tylko ja już kończyłem studia, moi koledzy już pracowali, byliśmy na progu dorosłego życia. Weszliśmy do studia robić muzykę, bawić się. Wybuchła bomba. Zasypały nas zagraniczne recenzje – jak, skąd? Nie było żadnych rehtapów, demówek. Od jakiegoś czasu jednak grywamy regularnie próby, chcemy zagrać koncert! Nieustannie jesteśmy nagabywani, kiedy znów będziemy grać! Zagramy więc taki koncert, że Szczecin popamięta!

Brałeś także udział w trasie koncertowej jednej z największych gwiazd metalu na świecie, zespołu Manowar. Jakie to przeżycie?

Manowar to legenda. Koncert zwykle zaczynał się tak: na scenie ciemność, najpierw zaczyna łagodnie przygrywać gitara, i nagle z tyłu, za sceną, na podnośniku, wyjeżdżają czterej synowie Odyna, w tym ja. Zapalają się reflektory i uderzają w nas światłem. A my tylko stoimy w strojach średniowiecznych wojów, z mieczami w rękach, w heroicznych pozach. Słychać było tylko wrzask entuzjazmu na nasz widok kilkunastu tysięcy fanów.

Obchodzisz katolickie święta?

Główne katolickie święta, albo raczej te, które są przez społeczeństwo odbierane jako główne, nie mają wiele wspólnego w swojej treści z katolicyzmem. Chociażby święta wiosenne- Wielkanoc, a po naszemu Jare Gody, albo Boże Narodzenie, czyli narodziny Boga Słońca – cała ich obrzędowość ma jawnie pogańskie korzenie. Poza tym gdy Polacy – katolicy zostawiają puste miejsce przy wigilijnym stole dla zbłąkanego wędrowca, nie zdają sobie sprawy, że ten zwyczaj jest pogański i owe puste miejsce zostawiano kiedyś dla duszy zmarłej bliskiej osoby, przodka. Podobnie w dniu Wszystkich Świętych, gdy Polak – katolik powinien czcić świętych, kultywuje pogański kult przodków, udając się na groby bliskich. Mimo oficjalnej nauki Kościoła, polscy katolicy robią coś, co robili ich przodkowie od tysięcy lat. My, jako Rodzima Wiara, jesteśmy za! Świętujmy ważne święta, ale w ich właściwym wymiarze. Bo to nasze, rodzime, pogańskie święta.

Maciej Pieczyński

Igor D. Górewicz:
Wojewoda Drużyny Grodu Trzygłowa, szczecińskiej armii wojów, odtwarzających czasy wczesnego średniowiecza. Właściciel wydawnictwa historycznego „Triglav” i firmy „Trzygłów – pokazy historyczne”. Wokalista zespołu metalowego Casus Belli. Działacz neopogańskiej Rodzimej Wiary. Występował na planie „Starej Baśni” Jerzego Hoffmana, ma też za sobą udział w filmach hollywoodzkich, w produkcjach History Channel, jest koproducentem kręconego w Szczecinie filmu „Viking Riders: The Raven and the Cross”. Jest prawą ręką Philipa Burthema, dowódcy Jomsborgelag – międzynarodowej armii wikingów.

Prestiż magazyn szczeciński
( 39)
Listopad'10
gajda