Ania Witczak - Chcę, by każdy koncert był cudem

Autor

Maciej Pieczyński

Dikanda to prawdziwe zwierzę koncertowe. Szczeciński zespół, znany bardziej w szerokim świecie niż w rodzinnym mieście, rozpala sceny i parkiety taneczną mieszanką etnicznych brzmień Orientu i Bałkanów. O cygańskim stylu życia Dikandy opowiada frontmanka, wokalistka i akordeonistka grupy w jednej osobie - Ania Witczak.

Istnieje słownik języka „dikandisz”?

Nie istnieje, i nie planujemy go napisać. Staram się opowiadać, o co chodzi z tekstami w wymyślonym przez nas języku. Ale wiem, że nasi słuchacze są mądrzy i wrażliwi. Kiedy widzę na koncertach ich łzy, ich przeżycia, to upewniam się, że znaczenia słów nie są im potrzebne. Lubię słowa, podziwiam tekściarzy za to, że potrafią pięknie ująć tkliwe rzeczy. Może i ja kiedyś napiszę jakiś tekst po polsku. Ale wiem też, że pisząc po polsku nie umiałabym tak dobrze opisać swoich uczuć. Dlatego pozostaje mi coś tak pierwotnego jak dźwięk i własny język, przypominający język dziecięcy.

Skąd pomysł na wymyślanie swojego własnego języka?

Właściwie każde dziecko tak robi. Widzę to po córce. Z reguły z tego się wyrasta. Ja nie wyrosłam. Poza własną fantazją dźwiękową, eksperymentowałam z różnymi gatunkami. Parałam się poezją i śpiewaną, i heavy metalem.

Kiedy i w jakiej sytuacji powstała taka pierwsza piosenka z wymyślonymi słowami?

To był utwór „Dikanda”. Pieśń oparta na melodii kurdyjskiej, którą na polskim festiwalu usłyszałam w wykonaniu Norweżki. Nauczyła mnie grać tę melodię na gitarze. Te dźwięki tak we mnie utkwiły, że w końcu musiałam sama do nich zaśpiewać swój własny tekst. Z emocji samoistnie powstały słowa, w tym nic nie znaczące słowo „dikanda”.

Ten język „dikandisz”, mimo, że wymyślony przez ciebie, przypomina różne języki orientalne: bliskowschodnie, bałkańskie. Znasz dobrze któryś z nich?

Nie znam żadnego płynnie, a jedynie poszczególne słowa. Owszem, czasem mnie coś zainspiruje. Na przykład tekst „Ajle divlja”, czyli „chodź mój Boże”. Jestem wierząca i często odnoszę swoje myśli do Boga, także na scenie. Łatwiej mi powiedzieć „divlja!”, niż „Boże!”, bo wtedy by to być może zabrzmiało płasko i nie oddałoby tej ogromnej tkliwości, którą odczuwam w tej sferze.

Byłem kiedyś na waszym koncercie i zdziwiłem się, kiedy ludzie zastawili parkiet krzesłami myśląc, że takiej muzyki słucha się na siedząco. A wg mnie gracie bardzo tanecznie. A ty jak wolisz grać i śpiewać – do tańca czy do lampki koniaku?

Chciałabym, żeby każdy koncert był cudem. Nieważne, czy jest na nim dwa tysiące ludzi, którzy szaleją, czy jest to występ dla dwóch osób i zobaczę pojedynczą łzę w oku. Ale z drugiej strony, jeśli mnie przestanie zadziwiać i zaskakiwać to, co z ust moich wychodzi, to mam jeszcze inne pomysły na życie, i przestanę śpiewać, nie będę się upierać. Mogę pracować jako szatniarka i ludziom wydawać płaszcze, jestem germanistką z wykształcenia, mogę więc nauczać niemieckiego, ale też i pracować w sklepie.

Ale potrafisz zarobić na muzyce… To zaskakujące, słysząc, jak oryginalną i niszową muzykę grasz…

Mamy okresy raz biedniejsze, raz bogatsze. W czasie wydawania płyty biedniejemy, ponieważ sami, niezależnie, wydajemy swój materiał w najlepszych studiach, bo zależy nam na tym, by dźwięk był doskonały. Co chwilę kupujemy też nowy sprzęt. Nie jest tak, że przychodzi nagle boom i potem już możemy tylko odcinać kupony od swojej sławy. Żyjemy godnie, nie musimy tak bardzo liczyć się z pieniędzmi w porównaniu do znajomych, rodziny, sąsiadów. Ale też nie kupujemy sobie najlepszych samochodów czy mieszkań za gotówkę. Ja osobiście nie narzekam, mnie na wszystko starcza, mam co jeść, mam co ubrać i mam na paliwo do auta, więcej pieniędzy mi nie potrzeba.

Najbardziej egzotyczną podróż odbyliście do Indii. Tam koncerty podobno trwają 5 – 6 godzin. Wytrzymaliście tyle?

Tak, 5 – 6 godzin, ale z przerwami. Mają one formułę opowiadanej na scenie historii. Normalną praktyką jest, że ludzie wychodzą na jakiś czas, by wrócić na dalszy ciąg tej opowieści. Poza tym Hindusi inaczej liczą czas. Nasza próba nagłośnienia trwała tam około ośmiu godzin. Technicy przez ten czas spokojnie sobie coś tam naprawiali, lutowali kabelki.

Czuliście się tam jak u siebie na scenie? Orient to chyba wasz klimat kulturowy…

Tam jest inny zapach powietrza. Inny też rodzaj strun głosowych, Hindusi, podobnie jak polscy górale, mówią tak, jakby śpiewali. W ramach muzycznego eksperymentu zaśpiewałam raz polską kolędę „Hej lalija, Panna Maryja”, przygrywając na hinduskiej tabli (membranowym instrumencie perkusyjnym) i to przepięknie zabrzmiało.

Ozdobą występów Dikandy jest taniec brzucha, wykonywany na scenie przez Kasię Dziubak (w Dikandzie gra na skrzypcach i śpiewa). Co było pierwsze w jej przypadku – taniec czy Dikanda?
Najpierw był taniec. Zobaczyliśmy ją kiedyś tańczącą na jakimś koncercie. Nasz gitarzysta Piotr Rejdak stwierdził, że skoro jej ciało tak wrażliwie reaguje na dźwięki, to znaczy, że musi też ona wspaniale grać. I tak się zaczęło.

Czujecie się jak cyganeria?

Na pewno. Może to nie wóz, ale auto, nawet na okładce jednej z płyt mamy koło, bo nasze życie jest drogą. Oczywiście nie cały czas, ale nie żyjemy jak standardowa polska rodzina w jednym miejscu. Nie jestem w stanie wakacji sobie zaplanować, bo nigdy nie wiem, co się zdarzy.

Jakie macie najbliższe plany?

Zamierzamy wejść do studia na przełomie września i października. Materiał jest, ale studio zawsze weryfikuje wszystko. Dikanda zachowa swój klimat, będą wrażliwe, przepiękne śpiewy. Nowością na płycie będzie elektroniczny bęben. Nasi fani usłyszą też trochę więcej gitary elektrycznej, ale broń Boże nie zamierzamy pójść na siłę w nowoczesność, żeby kupić szerszą publikę. My cały czas jednak wierzymy, że najpiękniejsze rytmy wychodzą z ciała, z brzucha, z serca.

Dikanda

Szczeciński zespół grający music world. Muzyczne inspiracje czerpie z tradycyjnych, folkowych brzmień szeroko rozumianego orientu – od Bałkanów, przez Izrael, Kurdystan, Białoruś po Indie, dlatego swój styl nazywają „Muzyką Czterech Stron Wschodu”. Zespół istnieje od 1997 r. Dikanda ma na swoim koncie 5 płyt, setki koncertów (głównie w Niemczech i Szwajcarii, ale i w Rosji, Indiach) i liczne nagrody (w tym „Płyta roku” niemieckiego czasopisma „Folker” przyznana w 2005 r. za „Usztijo”). Charakterystyczne dla Dikandy jest tworzenie nowych słów w tekstach utworów, a także kolorowe stroje w stylu orientalnym.