Jestem scenicznym zwierzakiem

Damian Ukeje, szczecinianin, muzyk, kompozytor, autor tekstów, którego kariera pędzi szybciej niż Swingi po wyremontowanej Arkońskiej. Po wygranej w popularnym telewizyjnym show The Voice of Poland wydał płytę „Ukeje” za którą właśnie został nominowany do Fryderyka - najważniejszej polskiej nagrody fonograficznej. W rozmowie z Prestiżem zdradza jak powstają jego utwory, czym się inspiruje, a czym… brzydzi, co myśli o Nergalu, nagrodach, a także problemach talent show.

Autor

Daniel Źródlewski

Już po południu, a podobno śniadania nie było?

Notoryczny brak czasu. To co chciałbym zrobić w ciągu dnia nie mieści się w 24 godzinach. Wciąż tworzę, komponuję, trzeba jeszcze o siebie zadbać – jakaś siłownia, squash i takie bariery, a do tego zwykła codzienność, bo na przykład popsuje się łóżko… trzeba coś z nim zrobić. Doba jest za krótka, cholernie za krótka. Ale przed tą zupą był rano banan i ryba (śmiech).

Ciekawe zestawienie smaków… Do sedna, ma być o muzyce. Jak powstaje Twoja muzyka? Od czego zaczynasz, masz jakiś patent czy opracowany mechanizm?

W mojej głowie nie ma czegoś takiego jak mechanizm, czasami utwór zaczyna się od kilku dźwięków na gitarze, dołączam do tego wokal albo odwrotnie… Bywa też tak, że coś sobie zanucę, jakąś frazę, zdanie i to może zamienić się w utwór. Staram się słuchać muzyki, oglądać dobre filmy, przejść się do teatru, iść na spacer, cokolwiek co może wywołać jakieś fajne emocje w głowie, to jest taki zapalnik, to daje zaczątek utworu.

Skąd bierze się melodia? Podobno wszytko już było?

O rany! Racja, wszystkie dźwięki już były, gitara ma 24 progi, ma ograniczoną ilość dźwięków, ale nieograniczone możliwości daje indywidualne, własne brzmienie! O! To jest to! Można się pobawić wszystkim, nawet stukając teraz łyżeczką o filiżankę mogę zacząć tworzyć nowy utwór, nadać jakiś puls i kierunek danej kompozycji. Nie ma chyba na to jednej zasady…  

Masz wykształcenie muzyczne?

Żadnego, kompletnie. I troszeczkę mnie to boli, ale że zawsze lubiłem sam wymyślać rzeczy, nie czekam aż ktoś da mi piękną piosenkę, chociaż wiem, że kompozycyjnie mam jakieś tam braki.

Czytasz nuty?

Nie…

To jak to zapisujesz?

Często nagrywam na dyktafon w telefonie, jadąc samochodem nucę sobie… Zanucę jakiś fajny motyw, odpalam dyktafon i jęczę do tego telefonu, tak że jak ktoś kiedyś znajdzie mój telefon, błagam nie odpalajcie kompromitujących mnie materiałów, są po prostu fatalne (śmiech).

A jak przekazujesz muzykom tę melodię, która w głowie gra? Nucisz im?

Nie, bo podchodzę to tego profesjonalnie. Zainwestowałem w niezły sprzęt, który pozwala mi na przykład nagrać gitarę, wpiąć się bezpośrednio do komputera, liniowo. Potem tworzę elektronicznie kolejne instrumenty, dogrywam wokal. Robię taką demóweczkę i w tej postaci trafia to do chłopaków z zespołu.

Myślisz o tym, by jednak te nuty czytać? Może na starość pójdziesz w klasykę… 

Zawsze chciałem napisać coś wielkiego na smyki, dęciaki i tym podobne…  zobaczymy, czas pokaże. Wciąż się rozwijam, może się nauczę i powstanie symfonia Ukeje. 

Jest takie krótkie pytanie, które powinno mieć długą odpowiedź. Składa się z dwóch wyrazów i czterech liter: Po co?

No to pofilozofuje w tym temacie. Musisz mieć cel, żeby było po co rano wstawać. Muzyka to moja wewnętrzna misja. Od zawsze miałem do czynienia z muzyką, kiedyś nawet tańczyłem, później dużo słuchałem muzyki, aż w końcu stwierdziłem, że chcę ją robić. Wcześniej pracowałem w rożnych zawodach, byłem przedstawicielem handlowym, pracowałem w jakiś sklepach z ciuchami, jeden sezon, aby zarobić na pierwszy komputer pracowałem nawet na bazarze na stadionie X-lecia (śmiech). Ale to wszystko było gdzieś obok, w głowie zawsze miałem dźwięki, stwierdziłem, że muszę zrobić coś dla samego siebie z czego będę zadowolony, ale też coś co zarazi inne osoby. 

Skąd bierzesz to co chcesz mówić, a dokładniej śpiewać?

Obserwacja… Obejrzysz wiadomości i włącza ci się myśl - a dlaczego tak się dzieje, co się dzieje i tak dalej. To inspiruje… Jestem przede wszystkim obserwatorem. Nie piszę o rzeczach, o których nie mam zielonego pojęcia. Artysta wiarygodny, to taki który przeżywa te emocje naprawdę. Staram się to, co na dany moment mam we łbie, zlewać w dźwięki i teksty… 

A co masz dziś w serduchu? Co zaprząta teraz Twoje myśli?

Mamy teraz jakiś niepokojący okres, można powiedzieć, że gdzieś tam nawet militarny. To zaburza mój spokój. Brzydzę się przemocą, chociaż nie wyglądam kurcze (śmiech), ale tak poważnie przemoc to totalne zezwierzęcenie albo zbydlęcenie. Nie mam siebie za bydle, za zwierzaka scenicznego i owszem tak, ale nie za bydle! Chcę mówić o tym głośno, jeśli uda mi się zaszczepić, przekazać to komuś, to będę naprawdę szczęśliwy. A jeśli jeszcze dostanę informację zwrotną to jest ok. Dostaję często listy czy maile od ludzi, którzy piszą mi na przykład: Hej człowieku, nie znam Cię prywatnie, ale Twoja piosenka siedzi mi w głowie i nie mogę jej słuchać przy ludziach, bo od razu płaczę. To są najważniejsze rzeczy jakie dostaję od świata, to daje mi energię żeby robić to dalej.

A kiedy czujesz takie cudowne uczucie artystycznego spełniania?

Gramy akustycznie i elektrycznie. Czasami myślę, że ten spokojny, akustyczny klimat jest spełnieniem kiedy widzę przed sobą skupionych ludzi, a pod sceną zauważam dziewczynę, która płacze… Dla mnie to już jest ciach po wszystkim… myślę sobie, że ona złapała te uczucia które ja rozrzucałem, ona schowała je sobie do serducha i to jest najlepsza nagroda. Uwierz mi nie chodzi o tysiące sprzedanych płyt, recenzje, nagrody… tu chodzi o emocje!

Padło słowo klucz: nagrody. Przed Tobą być może Fryderyk? 

Nie spodziewałem się tego… nie myślałem kompletnie o tym. No gdzie w ogóle Fryderyki, ja, Ukeje… nie to nie moja bajka (śmiech). 

A jednak…

Nagrody to tylko małe dowody, artystę definiują emocje i będę to zawsze powtarzać. Te wyróżnienia są ważne, ale nie najważniejsze. Zobacz jesteśmy w Antyradiu na trzecim miejscu w zestawieniu kategorii Płyta roku. Przed nami jest Hunter i Coma, a za nami… Kult.  No ta ja się zastanawiam: no jak, jesteśmy przed Kultem. Jak? To coś niesamowitego, ale jednocześnie przecież nic to nie zmienia… przecież to wcale nie świadczy o tym, że, jestem lepszy od Kultu. To tylko jedno zestawienie, przypadkowe… mały dowód na to, że to co robisz jest doceniane przez innych. A wracając do Fryderyka… ja go nie dostanę… bez jaj… Naprawdę jestem zdziwiony tą nominacją. Ta kategoria, debiut roku, to jak ja to nazywam grupa śmierci. Tam jest na przykład Dawid Podsiadło, który bezapelacyjnie zasłużył na Fryderyka. Ale gdyby ta kategoria była podzielona na kolejne, gatunkowe… to kto wie…  (śmiech). Tak czy inaczej bardzo się cieszę już z samej nominacji i dziękuje za to wyróżnienie. 

Skromnyś bardzo…

Nie to, że nie wierzę w siebie czy w siłę swojej muzyki. Ja naprawdę o tym nie myślę, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Gdybym się tym przejmował, to musiałbym się zastanowić na przykład nad tym, że mam nominację do Fryderyka, ale nie dostałem na przykład Nagrody Artystycznej Miasta Szczecin. W sumie zastanawiam się czy to powiedzieć czy nie… z jednej strony mam nominację do Fryderyka, ale u siebie w domu nie dostałem nominacji do tej Nagrody Artystycznej, która przecież, tak jak Fryderyki, przyznawana jest za osiągnięcia w roku ubiegłym. Mam wrażenie, że jestem bardziej doceniony czy doceniany w Polsce niż tu na miejscu, no, ale czy ma to zmienić moje myślenie, czy ma to zmienić moje podejście do sztuki. Nie, to są niuanse i błahostki. Nagrody będą i były, czasami będzie ich więcej czasami mniej albo wcale i fajnie (śmiech).

The voice of Poland w TVP 2. Dlaczego akurat ten program, a nie na przykład doceniany przez środowisko muzyczne Must be the Music w Polsacie.  

Wybrałem ten program ze względu na zupełnie inną, nową formułę talent show. Widziałem urywki edycji zagranicznych i zaciekawiło mnie czy przekonałbym kogoś do swojego śpiewania bez wiedzy tego jak wyglądam. Zresztą pozytywnie wypowiedział się na temat tego programu człowiek, z którego zdaniem się liczę czyli Wojtek Olszak – uznany producent, muzyk i kompozytor. No i ważnym aspektem był Nergal. Chciałem uścisnąć mu dłoń.

I to się udało. I to bardzo…

Adam jest wielkim artystą, który na scenie światowej zaznaczył swoją obecność bardzo wyraźnie, dlatego też każde spotkanie z nim niosło za sobą masę wartościowych informacji. Tak też jest i teraz. Są chwile, w których martwię się o przyszłość, o nową twórczość… Wtedy wystarczy poradzić się kogoś mądrzejszego. Tu myślę właśnie o Nergalu. Polecam, to działa. Po za tym jest idealnym przykładem obrazującym jak dbać o wizerunek i emocje związane z odbiorem sztuki. Odniósł wielki sukces i nie mówię tylko o muzyce. Wygrał z chorobą i w pełni realizuje swoje marzenia, a tak potrafi bardzo niewiele osób. 

Ten program to przełom w Twojej karierze…

Nie będę uciekać od tego tematu, gdyby nie ten program nie byłoby na przykład kontraktu z Uniwersalem. To moja szansa. Popatrz ile na rynku działa zespołów, wysyłają demówki do wytwórni i co? W każdy drugi poniedziałek miesiąca zasiądą sobie producenci na zebraniu i losują do przesłuchania trzy płyty z setek, a może i tysięcy, które tam trafiają. A ja mam pewność, że to co przygotuję, nagram i  wyślę, to będzie przesłuchane! A to tylko jeden z pozytywnych przykładów. Naprawdę cieszę się, że wziąłem w tym udział, dzięki temu jestem w tym miejscu, w którym jestem. Wcześniej, ze starym zespołem – Fat Belly Familly graliśmy masę koncertów, jakieś festiwale, nawet je wygrywaliśmy i co? Nic! Obiecywali nam gruszki na wierzbie, granie, radio, telewizja, płyta… Nikomu nie chce się dziś bawić w odkrywanie, popatrz ile jest gotowych produktów, dzieci telewizyjnych talent show.

Jak oceniasz to zjawisko?

Dostrzegam pewien poważny problem dzieci talent show. Przychodzą tam fantastyczni ludzie z wielkim talentem, oni naprawdę  świetnie śpiewają, ale nie wiedzą co z tym potem zrobić. 

Te programy to tak naprawdę wielka impreza karaoke, młodzi ludzie wychodzą na scenę i przed milionami telewidzów śpiewają muzyczne ikony. Publika przyzwyczaja się, że oni śpiewają tak dobre piosenki, oczekują od nich później żeby śpiewali utwory co najmniej takiego poziomu. A co się potem okazuje? Publika jest zawiedziona i nawet najbardziej utalentowany muzyk znika, jego gwiazda szybko gaśnie. Ja pamiętam pierwsze spotkanie w wytwórni już po Voice of Poland, zapytali: Damian, co robimy? Ja mówię jasno: wyglądam tak jak wyglądam, gram taką muzykę jaką gram, ja się nie zmieniam. Nie zacznę nagle śpiewać popowych piosenek. 

Nie zostaniesz Chylińską? 

O! Tą wczesną chętnie (śmiech). A tak serio, to musisz wiedzieć co chcesz robić, bo jak nie wiesz to wyciągną ci z szuflady kilka piosenek, tak zwanych Music for nobody… i radź sobie człowieku. Ale czy przekuje się to w sukces? Może na chwilę… A mi nie zależy na chwilowej popularności, bo to szybko odchodzi. Popatrz na Kult, Hey, Comę – oni na swój sukces pracowali wiele lat i to muzyką a nie dupą w kolorowym magazynie. Wiem, że to wymaga wiele wyrzeczeń, ale ta droga mnie właśnie interesuje. 

W The Voice of Poland tej przysłowiowej dupy nie pokazałeś…

Pokazałem się w programie z tej strony z której chciałem się pokazać. Nie miałem na scenie tancerzy, nie musiałem się przebierać w jakieś dziwne kostiumy, nie było łzawych historii nie było prezentacji rodziny… producenci chcieli sprowadzić z Londynu mojego tatę, ale powiedziałem głośne NIE. Chciałem skoncentrować siebie i skoncentrować publiczność wyłącznie na muzyce.  Na szczęście byłem w grupie Nergala i on myślał dokładnie tak samo. Po prostu szukaliśmy fajnych piosenek bez… bez… 

Za przeproszeniem: zbędnego pierd***nia?

O! Dokładnie. Bez pierd***nia. Tylko muzyka. 

Jak się płytka sprzedaje?

E tam, niewiele (śmiech). To może zabrzmi głupio, ale ja tego nie liczę… Nie dzwoniłem do wytworni żeby się dowiedzieć. Ale pamiętam, że chwilę po premierze poszło ponad 6 000 egzemplarzy. Ja się załamałem, ale okazało się, że jak na debiut to całkiem niezły wynik, że w ogóle… Wszyscy właściwie mi gratulowali. Zresztą liczba jest nie ważna, ważniejsze są recenzje – i te dobre i te złe.  

A jak na te złe reagujesz?

Ja mam wielki dystans do siebie. Nie robią na mnie wrażenia hejterskie komentarze w sieci, spływa to kompletnie po mnie… no ktoś musi internetowo „zwalić konia” to pisze te bzdury… trudno… Mnie naprawdę ciężko obrazić, no wiesz jako syn Polki i Nigeryjczyka żarty rasistowskie rzucam codziennie, to mnie nie rusza…  

Prywatność Damiana Ukeje. Wolny/zajęty. Szczerze proszę.

Zajęty.

Druga połowa zazdrosna o fanki?

Kasia, jest jednocześnie moją menadżerką, zawsze jest przy mnie, fanki o tym wiedzą i się z tym godzą. Zresztą ja nie daję powodów do dwuznacznych sytuacji. 

Kasa? Dobrze jest? Polepszyło się?

W zależności do czego (śmiech)… Kredytu chyba nie dadzą, bo muzyk to wolny zawód, a właściwie zwykła działalność gospodarcza o nieregularnych wpływach… etatu nie ma…. Ale wiesz raz jest więcej raz mniej, jak w zwykłym biznesie. Ale nie narzekam (śmiech).

Co Cię wkurza w byciu znanym Damianem Ukeje?

Na imprezy z obowiązkową ścianką nie chodzę, więc nie może mnie to wkurzać. Dbam o swój wizerunek, staram się żeby nie było skandali. Musiałbym strzelić sobie kilka nagich fotek, niby przypadkiem… (śmiech). Ja nie jestem celebrytą, ja jestem muzykiem i tę kwestię jasno wyjaśniłem na początku swojej drogi. Minusem jest po prostu  brak czasu. Przestałem chodzić po klubach, nie widuję się ze znajomymi, ale absolutnie ich nie olewam…  po ostatnim koncercie przychodzi 50 znajomych i co z każdym nie pogadam… mogę nie wyjść do nikogo albo wyjść zagadać dwa zdania i powiedzieć, że zaraz wrócę po czym zniknąć. To naprawdę trudne, ale prawdziwi przyjaciele to rozumieją… No chyba, że ktoś z miejsca ma w głowie – O! Ukeje! Ciekawe czy gwiazdorzy… No to jak tak postawi tę kwestię to wiadomo...  Ale są takie sytuacje, że na przykład w sklepie ktoś nieznajomy do mnie podchodzi, klepnie po ramieniu i powie: świetna robota! I jedno takie spotkanie, jedno takie klepnięcie zaciera wszystkie cienie sławy.

Szczecin? Jak ci z tym miastem?

Minusem jest odległość. Wszędzie mamy daleko, to wynika z czystej kalkulacji kosztów. 

Do Warszawy mamy 500 kilometrów, w dwie strony to już 1000, a  jakbym mieszkał w Warszawie to gdzie się nie ruszyć to 200 – 300 kilometrów…  

No chyba żebyście grali w Szczecinie…

No tak… (śmiech). Ale na razie się stąd nie ruszam. Mój Szczecin jest wszędzie… mieszkam przecież tu całe życie… Teraz trochę na przedmieściach, ale pamiętam kiedy mieszkałem za Wałami Chrobrego to z okna mogłem spojrzeć Mickiewiczowi w oczy…  Lubię obserwować zmiany miasta, pamiętasz że zamiast Kupca na Krzywoustego był kiedyś supersam Społem (śmiech). Fajnie się na to w taki sposób patrzy.

I na koniec zostań swoją własną wróżką i przepowiedz sobie przyszłość.

Wciąż płodzę nowe dźwięki, za około miesiąc powinien ukazać się singiel, a pod koniec roku być może nowa płyta, trochę kompozycji się już uzbierało.

Dziękuje za rozmowę. 

 

Prestiż  
Kwiecień 2014