Helena Kurcyusz była architektką i urbanistką, która nadała nowe oblicze zniszczonemu po wojnie miastu. Gałczyński mówił o niej jako o 13. muzie. Była postacią, która wpłynęła na kształt dzisiejszego Szczecina. Zapisała się nie tylko na kartach historii, ale również w licznych rodzinnych opowieściach.
Córka Zygmunta Słomińskiego, Prezydenta Warszawy w latach 1927–1934 i Teresy Paszkiewicz. Wyszła za mąż za Jerzego Kurcyusza. Tuż przed wybuchem wojny ukończyła Architekturę na Politechnice Warszawskiej. Czynnie uczestniczyła w obronie Warszawy, zasilając szeregi medyczne. Uczestniczyła w licznych akcjach konspiracyjnych. Za swoją działalność została aresztowana przez gestapo w 1942 roku. Na początku 1943 została więźniem obozu koncentracyjnego na Majdanku. W kolejnym roku przeniesiono ją do obozu kobiecego w Ravensbrück, a później w Neubrandenburgu.
Pełniła funkcję głównego urbanisty w Regionalnej Dyrekcji Planowania Przestrzennego. Brała udział w tworzeniu uproszczonych planów zagospodarowania przestrzennego miast znajdujących się na obszarze województwa szczecińskiego. Odpowiada za realizację licznych projektów miejscowych. Uczestniczyła również w podejmowaniu kluczowych dla regionu decyzji planistycznych po wojnie. W 1946 pochłonęła ją inwentaryzacja i ratowanie zabytków Szczecina, przede wszystkim Zamku Książąt Pomorskich. Podczas prowadzonych czynności odkryła tam krypty z sarkofagami książąt pomorskich. Szara rzeczywistość, w której brakowało nie tylko siły roboczej, ale przede wszystkim inteligencji z odpowiednim wykształceniem, aby stworzyć plan działania i pokierować pracami, wydawała się nabierać kolorów dzięki zapałowi i mobilizacji osób takich jak Helena Kurcyusz. Poza wykonywaniem własnej pracy kobieta aktywnie działała na rzecz rozwoju środowiska architektów i urbanistów, przyczyniając się do powstania szczecińskich oddziałów Stowarzyszenia Architektów Polskich i Towarzystwa Urbanistów Polskich. Helena była stale w służbie miastu.
Po godzinach pracy nad odbudową wyniszczonego Szczecina, jej uwaga wędrowała ku wołającej o pomoc kulturze. Istotną rolę odegrała przy tworzeniu Klubu „13 Muz”. Niejednokrotnie inicjowała różnego rodzaju wydarzenia artystyczne w naszym mieście. Helena Kurcyusz nie zamykała za sobą drzwi swojego domu. Wielu szczecinian po dziś wspomina słynny otwarty salon „Heluni” — jak ją nazywano — gdzie organizowane były spotkania towarzyskie, odczyty, wieczory poetyckie czy kameralne wernisaże.
Willa przy ul. Wyspiańskiego 7 zawsze tętniła życiem. Przez jej pokoje przewinęły się dziesiątki ludzi. Helena była prawdziwą duszą towarzystwa. Zapraszała kuzynów, współpracowników, znajomych bliższych i dalszych. Wszelkie uroczystości odbywały się właśnie w willi Kurcyuszowej. Święta, sylwester czy imieniny… Każdy pretekst był dobry do spotkania, im liczniejsze grono, tym lepiej. Pewnego razu, gdy Helena zapisała się na kurs angielskiego, lekcje przeniosły się do wilii przy Wyspiańskiego. Helena Kurcyusz wiernie podążała za trendami. Gdy nastała moda na jazdę na motorach, Kurcyuszowa szybko ruszyła w ślady za swoimi kolegami i zrobiła prawo jazdy na motor. Była to kobieta niezwykle elegancka, o niesamowitej manierze. Dzięki swemu czarującemu usposobieniu nie było dla niej celów nie do osiągnięcia.
Dzięki uprzejmości i gościnności Kliniki Aesthetic Dent, która dziś mieści się w willi przy ul. Wyspiańskiego 7, gdzie niegdyś mieszkała Pani Helena, mieliśmy okazję odbyć spotkanie z Panem Michałem Niemirowiczem-Szczyttem, synem Jana Niemirowicza-Szczytta. Pan Jan przez lata mieszkał w Szczecinie ze swoją Ciocią — Heleną Kurcyusz. Po powrocie do rodzinnej Warszawy pamięć o tym okresie życia nadal tli się w jego sercu. Pan Michał postanowił spisać liczne wspomnienia swojego ojca, które następnie zostały opublikowane w książce wydanej przez Muzeum Narodowe w Szczecinie i zatytułowanej „Wymyślając miasta na nowo. Helena Kurcyusz – architektka i urbanistka”. Zapraszamy do rozmowy z Panem Michałem i właścicielami kliniki Aesthetic Dent dr hab. n. med. Katarzyną Sporniak-Tutak oraz dr n. med. Marcinem Tutakiem.
Jak to się stało, że postać ściśle związana z Warszawą, po wojnie trafiła do Szczecina i na stałe związała się z tym miastem?
M. N.-S.: Z tego co wiem, zadecydował o tym przypadek. Końcówkę drugiej wojny światowej ciocia Helena spędziła na terenie Niemiec jako więźniarka obozów w Ravensbrück i Neubrandenburg. To stamtąd ze współtowarzyszkami niedoli ruszyła w drogę powrotną do Polski. Planowała dostać się do zburzonej Warszawy. W czasie postoju w Szczecinie okazało się, że najpierw jedna a później kolejna z jej obozowych koleżanek poważnie zachorowały. Pewnie z tego powodu i z uwagi na inne jeszcze nieporozumienia radzieccy żołnierze nie chcieli już dalej transportować Heluni i jej współtowarzyszek. Okazało się, że koleżanki cioci złapały tyfus plamisty, co wymagało dłuższego leczenia. Tak więc wszystkie zostały na dłużej w zbombardowanym Szczecinie. Niedługo potem w mieście zaczęły się instalować polskie władze. Jak się okazało, wielu nowych oficjeli znało sprzed wojny ojca Heleny Kurcyusz. To oni namówili ciocie Helenę do objęcia posady miejskiego architekta w magistracie. Po niedługim namyśle ciocia zdecydowała się na przyjęcie tej propozycji i związanie swoich dalszych losów ze Szczecinem.
Myśli Pan, że Helena Kurcyusz w Szczecinie odnalazła swój dom, czy została tu z misją tworzenia domu dla mieszkańców miasta?
M. N.-S.: Sądzę, że po części i jedno, i drugie. Warto zauważyć, że ojciec Heleny w tamtym okresie już nie żył – został rozstrzelany przez gestapowców w 1943 roku. Ponadto jej jedyny brat, Michał Słomiński, zaraz po wojnie wyemigrował do Londynu, gdzie niedługo potem zmarł. Helena nie miała też dzieci, a jej małżeństwo dawno się rozpadło. W tamtym czasie nie miała zatem domu, do którego mogłaby wrócić. Swój nowy dom stworzyła właśnie w Szczecinie na ul. Wyspiańskiego 7. Starała się również, aby miasto stało się przyjaznym domem dla przybywających nowych mieszkańców. Nadawała na przykład polskie nazwy szczecińskim ulicom i placom – wszyscy znamy takie miejsca jak Wiatru od Morza, Ku Słońcu czy Jasne Błonia.
Czy może Pan opowiedzieć, jak to się stało, że Pana ojciec trafił pod dach swojej Cioci Heleny Kurcyusz?
M. N.-S.: Także i tu decydujący był przypadek. W chwili zakończenia wojny moja babka Maria Niemirowicz-Szczytt z Herniczków została sama z trójką małych dzieci. Jej mąż a mój dziadek, Kazimierz Niemirowicz-Szczytt, zginął w Katyniu. Rodzinne mieszkanie w stolicy zostało zniszczone w czasie powstania warszawskiego. Wskutek przesunięcia granic rodzina straciła też majątki na kresach. Sytuacja była trudna, i moja babcia postanowiła poszukać szans na lepsze życie właśnie w Szczecinie. Przyjechała tu we wrześniu 1945 r. najpierw z moim ojcem Janem, pozostawiając pozostałe dzieci u krewnych. Z przekazów rodzinnych wiem, że gdy dojechali do Szczecina i wyszli z dworca, nieoczekiwanie spotkali na ulicy cioteczną siostrę mojej babci, Helunię. Nie podejrzewali, że przebywa ona teraz w tym mieście. Ciocia Kurcyuszowa ucieszyła się na ich widok i od razu zaproponowała, że całą rodziną mogą wraz z nią zamieszkać w willi na ul. Wyspiańskiego. I tak rozpoczął się szczeciński etap w historii naszej rodziny.
Jaki obraz Heleny Kurcyusz wyłonił się przed Panem z opowieści ojca?
M. N.-S.: Jest to obraz kobiety o wielu talentach, mocnym charakterze, pewnej siebie i odważnej. Osoby, umiejącej sobie poradzić w brutalnej rzeczywistości, w której przyszło jej żyć – tej wojennej, a później powojennej, komunistycznej. Helena Kurcyusz miała też niezwykłą zdolność przyciągania do siebie ludzi. Odznaczała się dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Była świetnym organizatorem.
Czy istnieje historia dotycząca cioci Heleny, która wyjątkowo często wybrzmiewała w Pana domu rodzinnym?
M. N.-S.: Anegdot o cioci od zawsze słyszałem dużo i nie potrafiłbym sobie przypomnieć, która wiodła wśród nich prym. Mój ojciec na pewno lubi wracać do historii z okresu, gdy był nastolatkiem i cioci zamarzył się pies. Od znajomych dostała wówczas szczeniaka, spaniela Rafa. Ale życie pokazało, że w praktyce był on bardziej psem mojego ojca i jego rodzeństwa, niż cioci. Jak wynika z rodzinnych przekazów, jedynie okazjonalnie „wypożyczała” ona od nich uprzednio elegancko wyszykowanego Rafa i wówczas Raf w pięknej obroży i smyczy paradował koło cioci, która w ten sposób zadając szyku, wyruszała z wizytą.
Czy zna Pan jakieś miejsca w Szczecinie, które Pani Helena darzyła wyjątkową sympatią?
M. N.-S.: Wiem, że lubiła okolicę, w której mieszkała. Szczególnie bliski jej sercu był także Klub 13 Muz na placu Żołnierza Polskiego. Na plenery malarskie chętnie wybierała się natomiast do Puszczy Bukowej, a szczególnie lubiła okolice Jeziora Szmaragdowego.
A jakie miejsca są Pana ulubionymi w naszym mieście?
M. N.-S.: Oczywiście ul. Wyspiańskiego i jej okolice, ze względu na sentyment do opowieści rodzinnych. Interesuję się też trochę architekturą i oczywiście w tym kontekście muszę wspomnieć o Filharmonii Szczecińskiej a ze starszych obiektów – bramie portowej i królewskiej. Przy okazji bytności w Szczecinie lubię też spacerować wzdłuż Odry, skąd roztacza się piękny widok na Wały Chrobrego. Rzeka i wyspy dodają wiele uroku Szczecinowi i mają ogromny potencjał. Podobnie jak w Warszawie, w której od lat z powodzeniem trwa proces zwracania miasta ku rzece, w Szczecinie dostrzegam podobną tendencję i kibicuję tym wysiłkom, zwłaszcza że możliwości są tutaj bardzo duże.
Wiemy, że Pani Kurcyusz darzyła zamiłowaniem kulturę, czy wiadomo coś Panu o jej innych pasjach?
M. N.-S.: Ciocia kochała życie, uwielbiała otaczać się ludźmi i nadawać ton towarzystwu. Sądzę, że bardzo dobrze czuła się wpierw za młodu jako bywalczyni salonów, a następnie tworząc swój własny niepowtarzalny salon w Szczecinie. Myślę, że ciężkie doświadczenia wojenne spowodowały, że jeszcze bardziej miała świadomość jak, ważne jest, aby umieć docenić momenty, kiedy po prostu można się cieszyć chwilą i czerpać radość z każdego dnia. Zresztą życie w powojennej Polsce wcale nie było usłane różami. Ciocia była na celowniku aparatu bezpieczeństwa i miała związane z tym obawy, choć w życiu codziennym nie dawała odczuć tego innym. Jej pasją był też z pewnością rysunek i malarstwo. Z powodzeniem brała też udział w zawodach strzeleckich.
Życie po wojnie nie było całkiem spokojne, pojawił się inny wróg — władza. Opowie Pan o działalności opozycyjnej Pani Heleny?
M. N.-S.: Dopiero po latach dowiadujemy się coraz więcej o inwigilacji przez bezpiekę, jakiej podlegała ciocia i osoby z nią związane. Oczywiście mój ojciec ani jego rodzeństwo, nie byli wtajemniczani w te kwestie, gdy byli w wieku szkolnym. Z opowieści ojca o czasach, gdy mieszkali na Wyspiańskiego, wiem, że na przełomie lat 50. i 60. jego siostra Anna związała się ze środowiskiem młodzieży akademickiej skupionej przy duszpasterzu akademickim ks. Władysławie Siwku. Organizowali oni na Wyspiańskiego, za zgodą i przy wsparciu cioci, różnego rodzaju spotkania, w których uczestniczył ks. Siwek. W ich trakcie dyskutowano nie tylko na tematy religijne, ale także społeczno-polityczne. Nie trzeba wyjaśniać, że spotkania te miały antykomunistyczny charakter. Wiele lat później, po tym jak ks. Siwek musiał opuścić Szczecin, mój ojciec widywał go na Starym Mieście w Warszawie w kościele o. Jezuitów.
Kurcyuszowa była kobietą o wielkiej charyzmie, z kreatywną duszą z nowymi pomysłami każdego dnia. Czy wie Pan coś o planach, których ostatecznie nie udało się zrealizować Pani Helenie, a mogłyby mieć duże znaczenie dla funkcjonowania miasta?
M. N.-S.: Z tego co słyszałem, ciocia uważała, że w Szczecinie powinno powstać metro. O ile się orientuję, do dziś kwestia ta pozostaje w sferze ogólnych dyskusji. Jak wszędzie, taki i w Szczecinie budowa metra miałaby z całą pewnością duże znaczenie dla miasta.
Jak Pan uważa, czy Helena Kurcyusz byłaby zadowolona z kierunku, w jakim zmierza rozwój dzisiejszego Szczecina?
M. N.-S.: Sądzę, że na pewno kibicowałaby pojawiającym się propozycjom rozwiązania problemu Trasy Zamkowej i tzw. Trasy Nadodrzańskiej, które sztucznie odcinają tkankę miejską od Odry. Ciocia uznawała, że kaleczą one szczeciński krajobraz.
Pani Katarzyno, Panie Marcinie, dlaczego uznaliście, że willa przy ul. Wyspiańskiego 7 będzie właściwym miejscem pod klinikę Aesthetic Dent?
K S.-T.: Przede wszystkim urzekła nas dusza tego domu. Zagłębiając się w przeszłość budynku, od razu zdaliśmy sobie sprawę z potencjału historycznego tego miejsca. Z czasem coraz bliżej poznawaliśmy Panią Helenę oraz jej zasługi dla naszego miasta. Dziś jest to postać niezwykle bliska naszym sercom. Pragniemy kultywować pamięć o niej i o legendarnych salonach willi na Wyspiańskiego 7. Droga do finalizacji zakupu była długa i pełna emocji. Najbliżsi wyrażali swe liczne wątpliwości co do naszej inwestycji, jednak my byliśmy przekonani i z każdym dniem bardziej zdeterminowani.
M. T.: Ten budynek napisał wiele szczecińskich historii. Oczywiście przede wszystkim związany jest z szeroką działalnością społeczną i kulturalną Heleny Kurcyusz, ale napisał również wiele odrębnych historii bywających w nim szczecinian. Zaskakująco wielu naszych pacjentów wiąże swoją przeszłość z tym miejscem. Często słyszymy opowieści o wielogodzinnych spotkaniach z przyjaciółmi czy odnalezieniu życiowej miłości właśnie w willi na Wyspiańskiego 7.
K S.-T.: To prawda. Pewna moja pacjentka, niezwykle elegancka starsza kobieta, przybywszy na wizytę, usiadła na fotelu i zastygła w bezruchu wpatrując się w jeden z kątów gabinetu. Dopytywałam o jej dolegliwości i cel wizyty, ale moje słowa zdawały się do niej nie docierać. Dopiero po chwili Pani wskazała ręką miejsce pod oknem i powiedziała „Tam grałam kiedyś w brydża”. Okazało się, że była jednym z licznych gości Heleny.
Panie Michale, czy uważa Pan, że dziedzictwo Pana ciotki znalazło się w dobrych rękach?
M. N.-S.: Miejsce to zdaje się być wspaniale zaopiekowane. Cieszy mnie, że mimo biegu czasu nadal czuć tu ducha dawnych lat. Willa na Wyspiańskiego 7 chyba na zawsze pozostanie otwarta na odwiedzających. Wnętrza budynku są oczywiście zaaranżowane bardzo praktycznie, ale przy tym zachwycają aspektem wizualnym. Myślę, że ciocia Helunia byłaby bardzo zadowolona z takiego biegu wydarzeń i dziś również odnalazłaby się w tym miejscu.
Dziękuję za rozmowę.














