
To człowiek niezwykle kreatywny i pracowity, który potrafi pracować 24 godziny na dobę, jeśli czuje, że projekt ma sens. W tej rozmowie opowiada o życiu w ciągłym ruchu, swoim stosunku do Szczecina, o tym, dlaczego kultura dzieje się między ludźmi, a nie w urzędowych tabelkach oraz o tym, co naprawdę pozostaje po wielkich i małych wydarzeniach.
Rafał, Twoje życie trudno wpisać w jeden adres. Jak ono właściwie wygląda?
Gdy ktoś pyta, czy mieszkam w Szczecinie, odpowiadam szczerze: nie mieszkam, ale bardzo często przyjeżdżam. Żyję w ciągłym ruchu – między Podhalem, Republiką Czeską, wcześniej Śląskiem i wieloma innymi miejscami. Dużo czasu spędziłem też w Paryżu, w Berlinie jestem kilka razy w miesiącu. Miałem różne etapy życia, relacje, doświadczenia.Wyjeżdżałem wielokrotnie i wracałem. Poznałem przez to mnóstwo ludzi. Formalnie nie mam jednego „stałego” miejsca, ale Szczecin jest mi bardzo bliski.
Co konkretnie trzyma Cię w Szczecinie?
Między innymi jego położenie geograficzne. W okolicach 2009 roku była taka duża akcja pn. „Lubię Szczecin”. Wydrukowaliśmy około 250 tysięcy naklejek w 20 różnych wzorach. Powstawały we współpracy z różnymi twórcami, m.in. Justyną Machnicką, Lidią Sapińską. Były tam hasła typu: „Szczecin to czeski port morski”, „Lubię Szczecin za piękne i charyzmatyczne kobiety” czy „Lubię Szczecin za bliskość Berlina i Świnoujścia”. To była fajna, widoczna akcja. Hasła, z którymi się zgadzam.
Pamiętasz dobrze klimat kulturalny Szczecina z drugiej
połowy lat 90. i początku 2000?
Tak, to był bardzo intensywny okres. Było dużo energii pokoleniowej. Kluby, koncerty, festiwale, różne zajścia. Weekend zaczynał się w środę, a kończył w poniedziałek rano. Pamiętam na przykład „Lux Torpedo” – imprezę, którą zrobiliśmy
w Teatrze Polskim. Trwała prawie dobę. Przyjeżdżali ludzie z różnych miast, tworzyły się nowe środowiska i relacje. Szczecin był wtedy ważnym ośrodkiem młodej kultury. Dużo się działo oddolnie, powstawały współprace, projekty, wydarzenia.
Zacząłeś bardzo wcześnie. Jak wyglądała Twoja droga?
Zacząłem jeszcze w liceum (chodziłem do LO nr 9) od grup teatralnych – to wynikało z potrzeby niezależności. Robiliśmy m.in. „Kartotekę” Tadeusza Różewicza z muzyką na żywo, jeździliśmy na festiwale i zdobywaliśmy nagrody. Nasze działania zauważyła nawet Anna Augustynowicz. Był też epizod z lokalnym winem „Botwina”, który przerodził się w żartobliwe, młodzieńcze działania teatralne (śmiech).
Myślałeś wtedy o reżyserii lub aktorstwie?
Przez jakiś czas tak, ale szybko zrozumiałem, że to nie do końca dla mnie. Zobaczyłem od środka powtarzalność, ograniczenie perspektywy i hierarchie środowiska teatralnego. Miałem konflikty związane z brakiem szacunku dla ludzi pracujących przy produkcji. A tutaj wszyscy są ważni. Nie tylko aktorzy i reżyser.
Dlatego przeszedłeś w stronę produkcji i trafiłeś do Łódzkiej Szkoły Filmowej?
Tak. Zainteresowałem się produkcją filmową, bo zobaczyłem, że to realne narzędzie tworzenia rzeczywistości. Obserwowałem, jak działają projekty w innych krajach, m.in. w Antwerpii. Studiowałem różne rzeczy – nawet chemię – ale ostatecznie produkcja dała mi największe poczucie sensu. Wcześniej, w latach 90., pracowałem jako VJ na imprezach techno – wyświetlałem filmy z taśmy na dwóch projektorach jednocześnie, jeździłem w trasy po Polsce (Bielsko- -Biała, Elbląg, Żywiec i wiele innych). To była intensywna, ale świetna szkoła.
Przez kilka lat byłeś związany z Zachodniopomorskim Funduszem Filmowym.
Starałem się pokazać Szczecin jako atrakcyjną, prawdziwą lokację filmową, a nie tylko „jakieś miasto na zachodzie Polski”. Udało się przekonać wielu producentów. Przykładem jest film „Kobiety mafii” Patryka Vegi. Scenariusz zakładał Gdynię, ale część zdjęć przenieśliśmy do Szczecina. Poza tym powstało tu wiele innych ważnych, polskich oraz niemieckich produkcji. Producenci tacy jak wspomniany Vega czy dawniej Stanisław Bareja działali i działają intuicyjnie, potrafią szybko podejmować decyzje na miejscu. Produkcja to ogromna odpowiedzialność – nie tylko organizacyjna i finansowa, ale przede wszystkim za ludzi na planie.
Jednak z czasem coraz więcej energii poświęcałeś wydarzeniom na żywo.
Film jest jednym, dość redukcyjnym medium. Wydarzenie na żywo daje niepowtarzalne doświadczenie. Szczególnie mocno odczułem to w pandemii.
Jakie duże wydarzenia kulturalne organizowałeś w tym czasie?
Jednym z wyjątkowych była „Szopenizacja” miasta. Szczecin był wtedy całkowicie pusty i cichy – zero samochodów, zero ruchu. Wystawiliśmy fortepian koncertowy na zewnątrz i graliśmy utwory Chopina bez żadnego nagłośnienia. Dźwięk niósł się naturalnie po kamienicach i ulicach. Ludzie wychodzili z domów wzruszeni, niektórzy z polskimi flagami. To było jedno z najsilniejszych wspólnotowych przeżyć, jakie widziałem. Projekt powtórzyliśmy później w innych formach, m.in. jako „Beethovenizacja”. W tym samym okresie organizowaliśmy też liczne koncerty plenerowe przed blokami, występy w przestrzeni publicznej i działania artystyczne w mieście, kiedy wszystkie instytucje były zamknięte. Kultura musiała wyjść na ulicę.

Przez lata zrealizowałeś wiele różnych projektów kulturalnych w Szczecinie. Które z nich uważasz za najważniejsze?
Było ich sporo. Odświeżałem legendę Filipinek, organizowałem festiwal Future Shorts – najlepsze filmy krótkometrażowe świata, inicjowałem stałą współpracę kulturalną Szczecina z czeskim Pilznem. Robiłem też Kafe Kulturę i wiele mniejszych wydarzeń, które łączyły różne środowiska. Robiłeś też wiele niekonwencjonalnych projektów artystycznych.
Z sentymentem wspominam Galerię Wzorcową i Kinoteatr Pod Złotym Leszczem.
Galeria Wzorcowa to jeden z moich ważniejszych projektów z tamtego okresu. Była to celowo nieinstytucjonalna, mobilna galeria, która działała poza tradycyjnymi białymi ścianami. Pokazywaliśmy sztukę w nietypowych, często tymczasowych przestrzeniach. Chodziło o to, żeby sztuka wyszła do ludzi, a nie czekała, aż ktoś do niej przyjdzie.
Galeria Wzorcowa była próbą stworzenia alternatywnego obiegu sztuki w Szczecinie – bardziej otwartego, spontanicznego i mniej elitarystycznego. Zaprezentowali się w jej ramach świetni twórcy, m.in. Katarzyna Szeszycka czy Zbigniew Taszycki.
Z kolei Kino Teatr Pod Złotym Leszczem był wyjątkową, hybrydową przestrzenią, którą współtworzyłem. Łączyliśmy w niej kino studyjne z teatrem, muzyką na żywo i performance. To nie było zwykłe kino ani zwykły teatr – to była żywa, eksperymentalna przestrzeń. Pokazywaliśmy filmy, po których odbywały się dyskusje, koncerty lub teatralne akcje. Często wszystko działo się jednocześnie – projekcja, muzyka na żywo i performance przeplatały się ze sobą. Tutaj też przewinęło się grono wyjątkowych twórców. Do dziś wszyscy wspominają jaki niesamowity dał występ duet Syny. To było miejsce dla ludzi, którzy chcieli czegoś więcej niż tylko obejrzenie filmu czy spektaklu. Szukaliśmy nowych form wyrazu i sposobów na łączenie różnych dziedzin sztuki. Pod Złotym Leszczem panowała bardzo swobodna, kreatywna atmosfera – często improwizowaliśmy, zapraszaliśmy artystów z różnych miast i tworzyliśmy wydarzenia, których nie dało się wcześniej zaplanować w 100%. Oba te projekty – Galeria Wzorcowa i Kino Teatr Pod Złotym Leszczem – miały wspólny mianownik: wychodziły poza schematy instytucji i szukały bezpośredniego kontaktu z widzem oraz między samymi artystami.
Od kilku lat twoim flagowym, cyklicznym projektem są Otwarte Pracownie, które rusza na przełomie września i października. Opowiedz o nich szerzej.
Otwarte Pracownie i Warsztaty Artystyczne to obecnie moje najważniejsze działanie. Zaczęły się kilka lat temu i bardzo szybko stały się jedną z największych oddolnych inicjatyw kulturalnych w Szczecinie. Z zewnątrz to wygląda jak wyjątkowy weekend (a tak naprawdę cały tydzień lub nawet dłużej) w roku, w którym kilkadziesiąt, a czasem ponad osiemdziesiąt artystycznych pracowni, atelier, studiów i przestrzeni twórczych otwiera swoje drzwi dla publiczności. Ludzie mogą wejść do środka, zobaczyć, jak powstają dzieła, porozmawiać z twórcami, wziąć udział w warsztatach i wykładach. W tym roku bierze w nim udział prawie 200 twórców i ponad 80 podmiotów – od klasycznych pracowni malarskich i rzeźbiarskich, przez atelier fotograficzne, sale prób muzyczne, studia tatuażu, po zupełnie nieoczywiste miejsca. To nie jest masowe wydarzenie typu Noc Muzeów. Celowo budujemy formułę dla osób, które naprawdę są zainteresowane sztuką i procesem twórczym.
Co jest w tym projekcie najcenniejsze?
Dla mnie najważniejsze jest to, co dzieje się „między” ludźmi. To nie jest tylko event, to jest test dla środowiska artystycznego Szczecina. Czy potrafimy się ze sobą komunikować? Czy jest autentyczna ciekawość, czy nadal dominują stare podziały, urazy i równoległe światy? Najprostsza rzecz – jeden stół, jedno spotkanie, jedna wspólna przestrzeń – potrafi zrobić więcej niż niejedna wieloletnia strategia. Poprzednie edycje pokazały, że różne grupy artystów, które wcześniej się nie znały albo nawet się omijały, zaczęły ze sobą współpracować. Powstały nowe projekty, znajomości, a czasem prawdziwe przyjaźnie. Prowadzimy też Sztukę w Przestrzeni Kamienic – działania artystyczne w nietypowych, często zapomnianych miejscach miasta, podwórkach i kamienicach. Dodatkowo prowadzę przestrzeń Tu Centrum. Szczecin w Śródmieściu Zachód, która działa jako stała baza spotkań i działań kulturalnych.

W tym roku tematem przewodnim jest muzyka. Dlaczego?
Muzyka idealnie pokazuje to, o czym cały czas mówię – że kultura to przede wszystkim współdziałanie. Z jednej strony mamy punk, rock, małe zespoły, wystarczy energia i chęć. Z drugiej – orkiestrę symfoniczną, w której gra 80–100 osób. Tam próg wejścia jest bardzo wysoki: musisz zacząć edukację w wieku 6–8 lat, ćwiczyć systematycznie przez całe życie, mieć ogromną dyscyplinę i umiejętność bycia częścią większej całości. Nie możesz fałszować ani wypadać z rytmu – od razu to słychać. To jeden z nielicznych zawodów wymagających aż 17 lat ciągłej edukacji. Muzyka działa nie tylko na słuch – odczuwamy ją całym ciałem. Drgania instrumentów (drewna, blachy, strun) przenoszą się na nas nawet w częstotliwościach niesłyszalnych, ale wyraźnie odczuwalnych fizycznie. To doświadczenie głębokie i namacalne. Mam ogromny podziw dla muzyków
klasycznych.
Skąd dodatkowe inspiracje?
Obserwuję m.in. Berlin – imprezy trwające 30 godzin z preludiami klasycznymi. Utwory Szostakowicza czy Bartóka momentami brzmią jak techno. Pamiętam francuski zespół, który grał u nas akustycznie, a brzmiał jak elektronika. Albo koncert rockowo-psychodelicznego Fat Angels w Trafostacji. Specjalnie na tę okoliczności kupiłem materace dmuchane, żeby ludzie mogli komfortowo leżeć i słuchać ambientu.
Jak muzyka wpisuje się w ideę Otwartych Pracowni?
Chcemy pokazać muzykę jako szkołę słuchania, cierpliwości, dyscypliny i budowania czegoś wspólnie.
Co jest dla Ciebie najważniejsze w całym tym działaniu?
Efekt uboczny. Wydarzenie się kończy, ale relacje, nowe połączenia i zburzone stereotypy zostają. Kultura to nie są tylko wystawy i koncerty. Kultura to przede wszystkim ludzie, którzy spotykają się naprawdę, a nie tylko na papierze.
Podróżując, obserwujesz też inne środowiska.
Tak. Jeżdżąc po mniejszych miejscowościach, widzę ogromną umiejętność lokalnej współpracy i wzajemnej lojalności. Ludzie sami organizują imprezy, festyny, koncerty – często na prostych czterech kartkach A4. To robi wrażenie. Pokazuje, że da się działać bez wielkich budżetów i skomplikowanych procedur.
Często mówisz o tym, że wiele rzeczy w kulturze dzieje się „na styku” relacji, a nie w urzędowych formularzach.
Dokładnie. Ludzie myślą, że jak coś jest „systemowe”, to jest zamknięte i nie do ruszenia. A w praktyce wszystko zależy od tego, czy ktoś ma odwagę wejść głębiej niż regulamin i powiedzieć „dobra, robimy to”. Najwięcej wartości rodzi się w momencie działania, często w lekkim chaosie, kiedy ludzie przestają grać swoje instytucjonalne role i zaczynają zachowywać się po ludzku.

Otrzymałeś Nagrodę Artystyczną Miasta Szczecin – jako pierwszy w nowej kategorii.
Tak, za skuteczne i nowatorskie metody upowszechniania kultury i sztuki. Cieszę się, że doceniono właśnie ten kierunek – wychodzenie poza instytucje i realne łączenie ludzi.
Na koniec – co jest dla Ciebie najważniejsze w całej tej wieloletniej działalności?
To, że kultura dzieje się przede wszystkim na styku relacji, rozmów, przypadków i ludzi. Najcenniejszy jest zawsze efekt uboczny – nowe znajomości, zburzone stereotypy, współpraca, która potem trwa latami. Wydarzenie się kończy, ale to, co między ludźmi zostaje – zostaje na dłużej. Kultura to w praktyce współdziałanie. I czasem najwięcej zmienia zwykła, ludzka rozmowa.
Rozmawiała: Aneta Dolega / foto: Aleksandra Medvey-Gruszka






