Baltic Neopolis Orchestra – któż nie słyszał o tej niezwykłej muzycznej wizytówce Szczecina! W tym roku zespół obchodzi jubileusz 15-lecia działalności. O tym, co się wydarzyło w tym okresie, napisano i powiedziano już chyba wszystko. Dlatego Magazyn Szczeciński Prestiż postanowił namówić Emilię Goch-Salvador – dyrektora orkiestry, Emanuela Salvador – dyrektora programowego i koncertmistrza oraz Katarzynę Lament – dyrektorkę biura koncertowego na rozmowę o przyszłości, planach, nadziejach, nowych pomysłach i projektach. I widać wyraźnie, że BNO będzie miała co robić, nie tylko przez najbliższe 15 lat.
Miejsce sesji fotograficznej ilustrującej rozmowę poświęconą jubileuszowi orkiestry chyba nie zostało wybrane przypadkowo? Dach najnowszego szczecińskiego, reprezentacyjnego biurowca Posejdon Center, o krok od chmur i nieba…
Emilia Goch-Salvador: Radośnie podskakujemy w tym kierunku!
Katarzyna Lament: – To taki trochę nietuzinkowy wizerunek orkiestry smyczkowej. Pokazujemy, że jesteśmy szaleni, uśmiechnięci, pomysłowi, po prostu inni. Spełniamy swoje marzenia, staramy się sięgać chmur. Wspinamy się po kolejnych stopniach w naszej działalności. Coraz wyżej, coraz bliżej szczytów. Chcemy iść do przodu, patrzymy odważnie w przyszłość. O tym, czego dokonaliśmy, powiedzieliśmy już bardzo wiele. Teraz chcemy pokazać, jak siebie widzimy w następnym 15-leciu, jakie mamy kolejne marzenia…
To jak BNO widzi siebie za lat 15?
Emanuel Salvador: Na emeryturze (śmiech).
KL: Za wcześnie.
EGS: Mamy jeszcze trochę marzeń do spełnienia.
Na przykład?
EGS: Chcielibyśmy podbić USA, bo orkiestra tam jeszcze nigdy nie była i nie grała…
KL: I Amerykę Południową także.
EGS: Też. Ale na pewno chcielibyśmy wystąpić w nowojorskiej Carnegie Hall. To byłoby taką naszą wisienką na torcie. Jestem pewna, że jest na to szansa i jest to w naszym zasięgu. Już w wielu miejscach świata byliśmy, a pewnie nikt się nie spodziewał, że tam dotrzemy. Graliśmy już u stóp góry Fuji w Japonii, więc nie widzę przeszkód, żebyśmy zagrali w Carnegie Hall i innych prestiżowych salach świata. Mamy także takie miejsca w Europie, które chcielibyśmy jeszcze odkryć, np. zagrać w Filharmonii Berlińskiej. Tam też nas jeszcze nie było.
KL: Nic nie jest problemem, tylko trzeba się konkretnie zorientować na jakiś punkt. Tak to bywa u nas bardzo często.
EGS: Od myśli do czynu jest niedaleko. Jakkolwiek to zabrzmi, nawet absurdalnie. Pomyślę sobie: ach, pojechałabym tam i tam.
KL: Ale jak to zrobić? (śmiech)
EGS: Właśnie. Zaczynają się poszukiwania sposobu, możliwości. Czasami trwa to długo, odnalezienie odpowiedniej ścieżki nie jest oczywiste. Ale bywa też i tak, że życie samo nas zaskakuje, podsuwając lub przynosząc rozwiązania. Nagle dzwoni niespodziewany telefon i już jedziemy. Tak było, tak nam się to zdarzyło np. w przypadku Dżakarty, stolicy Indonezji. Pojechaliśmy tam, żeby zagrać 15-minutowy koncert. Przy czym prośba była taka, to dla nas niezapomniana historia, żebyśmy zagrali pewną piosenkę…
KL: Z repertuaru Violetty Villas.
EGS: Tytuł: „Kiedy Allach szedł”. I to nie jest żart.
KL: Tak było. Okazało się, że melodia tej piosenki jest tam szalenie popularna.
EGS: Bo jest to ich melodia, tradycyjna, pochodząca z Indonezji. Violetta Villas po prostu przeniosła ją do nas i zaszczepiła ją na polskim rynku muzycznym. Napisała do niej tekst i w ten sposób powstała piosenka. Zabraliśmy ze sobą do Dżakarty, Kasię Buję ze znanego szczecińskiego duetu Jackpot, żeby ją tam zaśpiewała. Przejechaliśmy cały świat po to, żeby wykonać tę piosenkę.
KL: Wszystko w trakcie dużej imprezy, jubileuszu współpracy Unii Europejskiej i Azji Południowo-Wschodniej. Na sali sami dyplomaci, wielka „pompa”. Próba zaczynała się o 8 rano, cały dzień trwały przygotowania do tego koncertu.
ES: Ale zagraliśmy także Chopina.
EGS: Ale tylko dlatego, że zaproponowaliśmy, że skoro już jedziemy… Prośba była tylko o „Kiedy Allach szedł”.
KL: Różnie to więc w życiu bywa.
EGS: Jak byłam na studiach, paliłam papierosy w uczelnianej piwnicy, bo wtedy paliło się je w różnych zakamarkach.
Nie wiem, czy to się jeszcze dzisiaj robi (śmiech). Wtedy sobie myślałam: „Boże, żeby tak pojechać do Szanghaju”. Ale w tamtych czasach to było nierealne. I co się okazało?! Pojechałam do tego Szanghaju i nawet byłam w nim dwa razy! Uważam, że myślą i marzeniami jesteśmy w stanie zbudować całe nasze życie. To nie jest tak, że jest nam przypisane, że skoro urodziliśmy się w pewnych określonych warunkach, w pewnym miejscu, to coś nam się nie uda, bo np. urodziłam się w Polsce, w Szczecinie itd. W trudnych latach 90. ubiegłego wieku nie było takich możliwości, żeby się wypuszczać daleko w świat. Dzisiaj jest inaczej. Ale i tak wtedy w głowie gdzieś mi świtało, że będę jeździć po świecie. Moi rówieśnicy nie brali takich możliwości pod uwagę, że coś takiego może się dziać w ich życiu. A ja na odwrót, zawsze byłam pewna, że tak będzie. To motywuje i kreuje rzeczywistość. Mamy na to wiele przykładów z różnych dziedzin życia, np. biznesu.
Pani Emilio, a jak już Pani paliła te papierosy w uczelnianej piwnicy, to myślała Pani, że kiedyś powstanie BNO i będzie Pani stała na czele takiej orkiestry?
EGS: Nie. Wiedziałam, że będę podróżować. Choć nie wiedziałam z kim i jak. Stworzyłam więc chyba tę orkiestrę, żeby móc podróżować (śmiech). BNO powstała z jakiejś potrzeby. No bo kto 15 lat temu pomyślałby, żeby taką orkiestrę zakładać?
Czy wtedy to był dobry czas na taki projekt w Szczecinie?
EGS: Teraz, po latach, widzę, że tak. Ale wtedy nikt tak nie myślał. Często jest tak, że jak ktoś rozpoczyna swoją działalność, prowadzenie biznesu, nie myśli tak dalekosiężnie, o tym, co się będzie działo np. za 20 lat. Myśli się tu i teraz, że przygotowujemy jakiś koncert, że tworzymy zespół itp. Codziennie coś powstaje, jedno przetrwa, inne nie. Ale nikt nie myśli aż tak długofalowo.
To dlaczego przetrwaliście i działacie z sukcesami już tyle lat?
KL: Przez ten nasz upór. Do zespołu trafiłam w 2014 roku. Emanuel zagrał wtedy też swój pierwszy koncert i został. Nie tylko ze względu na muzykę. Ale mam takie wrażenie, że kiedy zaczęłam pracować w BNO, to był to taki zespół, który bardzo szukał jakiejś dodatkowej myśli przewodniej. Bo tożsamość miał określoną – kameralny zespół, prezentujący wysoki poziom, polską muzykę. Ta dodatkowa myśl przewodnia zaczęła się krystalizować, widać ją było coraz wyraźniej – więcej podróży, szerszy zakres współpracy międzynarodowej, nowe, nietypowe projekty, coś, czego na polskim rynku muzycznym nie było.
Ale działaliście wtedy już od sześciu lat.
EGS: Ale to były takie pierwsze lata, nie można ich w jakiś sposób uporządkować, posegregować. Mam też takie wrażenie, że ten nasz zespół jest co roku inny.
KL: Bo ma na siebie inny pomysł.
EGS: Wykorzystuje to, co nam aktualnie przyjdzie do głowy np. tak powstał festiwal Szczecin Classic. Nie było go jeszcze sześć lat temu, a już jest od pięciu lat.
ES: Kiedy zaczynaliśmy ten festiwal wiedzieliśmy, że musimy zapełnić swoistą muzyczną pustynię w Polsce i Szczecinie, stworzyć płaszczyznę rozwoju nowych i młodych artystów. Do tej pory mieli małe możliwości, aby działać tak jakby chcieli, grać w zespole kameralnym. Brakowało im pewnego rodzaju mentora. I to był nasz cel, aby stworzyć imprezę dla takich ludzi, aby pomóc im w rozwoju.
EGS: Odnoszę też takie wrażenie, że byliśmy prekursorami w pewnych nowych artystycznych formach, w twórczości muzycznej, nie tylko w Szczecinie, ale i w Polsce. Na początku naszej działalności wprowadzaliśmy różnego rodzaju fuzje np. z muzyką jazzową, rockową. A teraz robią to wszyscy! Wtedy robiliśmy to tylko my. Teraz już się tym nie zajmujemy. Coś zawsze zaczynamy, wprowadzamy nową jakość i widzimy, że ta fala wzburzona przez nas idzie w Polskę. Wtedy przystępujemy do czegoś nowego. Programy stażowe dla młodych artystów, to przecież nasz pomysł, to my zaczęliśmy je kreować. Teraz takie programy pojawiają się w różnych miejscach. Oczywiście nie są takie jak nasze, bo tylko nasz dotyka tej sfery muzyki kameralnej i tego akurat nikt nie robi. Ale podobne programy ruszyływ innych orkiestrach w Polsce. Widzimy, obserwujemy, że wiele naszych pomysłów gdzieś tam potem ktoś bierze, z czego się cieszymy, że są wdrażane. Z jednej strony steruje nami jakaś potrzeba i czasami jest to nawet dziełem przypadku…
KL: Bywa i tak, że zainspiruje nas jakaś spotkana osoba, ktoś nas skontaktował z kimś, pojawiamy się na wydarzeniach i nagle z tego powstaje wielki, nowy projekt, który potem funkcjonuje przez lata.
ES: W tym roku będziemy realizować bardzo ważne dla nas wydarzenie, czyli koncert „Planety” Gustava Holsta. Wszyscy teraz wykonują to dzieło, bo akurat mamy rok Mikołaja Kopernika. Ale my jesteśmy jedynymi, którzy wykonują je w nowej, zupełnie innej aranżacji. Takiej, jakiej nie zrobił jeszcze nikt. Coś takiego będzie miało miejsce po raz pierwszy w Polsce.
EGS: Mamy Rok Kopernika, my mamy jubileusz, chcemy więc zgrać „Planety”. To jest taki utwór prekursorski dla całej muzyki filmowej. Tylko, że jej autor urodził się trochę za wcześnie na ten rodzaj twórczości. Jego muzyka wprowadza już w świat filmu, którego jeszcze wtedy nie było. Moim zdaniem wiele wątków z tego utworu wykorzystał potem John Williams komponując ścieżkę dźwiękową do „Gwiezdnych wojen”. „Planety” będzie można usłyszeć tylko w Szczecinie 11 sierpnia. To duży koncert w ramach festiwalu „Iluminacje” w Teatrze Letnim.
ES: Ten utwór, „Planety” w wersji tradycyjnej, w tym roku grała już chyba każda filharmonia w Polsce (śmiech). W takim normalnym brzmieniu. My bazując na tej kompozycji robimy coś nowego. Zagramy go z naszym przyjacielem, wyjątkowym muzykiem, sławnym Vasko Vasillewem.
EGS: Będziemy się tym i nim chwalić – Vasko Vasillew grał ostatnio na koronacji króla Karola III, został zaproszony na tę uroczystość jako główny koncertmistrz wszystkich orkiestr. To nasz honorowy dyrektor artystyczny BNO, który pracuje z nami już wiele, wiele lat. I właśnie w sierpniu zagra z nami „Planety”.
KL: Nasze drogi z nim skrzyżowały się w 2014 roku. Gdyby do tego wtedy nie doszło, to być może bylibyśmy teraz zupełnie gdzie indziej, na innym etapie i robilibyśmy co innego.
EGS: Bardzo wierzymy w szczęśliwe zbiegi okoliczności. Jesteśmy też inicjatorami nowego modelu współpracy – wzajemnego współtworzenia projektu z artystami z całego świata. Nie gramy tylko w swoim gronie, tylko łączymy się w grupy, koncertujemy wspólnie, robimy trasy koncertowe, chcemy być częścią Europy i świata. I ten świat, dzięki nam, zaczął do nas przyjeżdżać. Teraz żyjemy w innej rzeczywistości, mamy Filharmonię z ogromnym budżetem, która może sobie pozwolić na wybitne nazwiska ze świata muzyki. Tego nie da się porównać z tym, co było kiedyś. Nie mamy takich możliwości co Filharmonia, ale robimy to inaczej. Stawiamy bardziej na współpracę, wymianę artystyczną, czyli współtworzenie rzeczy i wydarzeń razem. Zresztą nie tylko w Europie. Mamy dużo takich sieci współpracy np. w Azji, w pandemii trochę nam to przygasło. Chcemy teraz powrócić do tych kontaktów. Na przykład z Wietnamem oraz Opera House w Ho Chi Minh. Bardzo nas interesuje budowanie relacji poprzez muzykę. To dla młodych muzyków są wielkie możliwości, do których ciągle w polskim systemie edukacji nie mają dostępu. W Polsce bardzo powoli zaczyna się to budować. Staramy się wypełniać tę lukę, dlatego do nas chce przyjeżdżać tak dużo młodych muzyków. Niestety, nie jesteśmy w stanie ich wszystkich przesłuchać. Wiele osób chciałoby być w naszym programie stażowym.
Prowadzicie wiele projektów. Kolejne rodzą się i rodzić się będą. Czy to w którymś momencie Was nie przytłoczy, nie przygniecie? Czy nie jest tego za dużo?
EGS: Ja wiem? Szybko pracujemy, jesteśmy zwartą grupą.
Ale to wszystko zależy od nas. Przecież możemy powiedzieć: „nie robimy czegoś, dziękujemy”. Ale tak się nie da. Ciągle spływają propozycje koncertów, nie wiem, jak wcisnę kolejny termin. Ale przecież nie odmówię. Bo jaka byłaby ze mnie biznes women! (śmiech)
KL: Bo przecież także prowadzimy działalność komercyjną, biznesową.
EGS: Nie możemy sobie pozwolić na odmawianie. Jest dużo wydarzeń, a biznes musi być w ruchu.
Dużo macie takich propozycji biznesowo-muzycznych?
KL: Dużo. Nie tylko ze Szczecina i regionu. Czasem się błyskawicznie pakujemy i z dnia na dzień jedziemy gdzieś w kraj lub świat.
EGS: Zdarza się, że odzywa się telefon np. z Francji czy Hiszpanii, że ktoś zdobył środki i prosi żebyśmy wystąpili z koncertem. Szybko się pakujemy i w drogę.
A tak z ciekawości: czego biznes życzy sobie wysłuchać w Waszym wykonaniu?
KL: Przystępną muzykę klasyczną, same hity.
EGS: Mamy duży wachlarz repertuarowy. Występujemy np. z Piazzolą, czy piosenką aktorską.
ES: Ale nie chcemy robić tylko tego, co sobie wszyscy życzą i znają. Oczywiście, próbujemy, o ile się da, proponować nasze pomysły. Staramy się z repertuarem spotkać gdzieś pomiędzy, nie tylko wykonać to, co sobie zażyczono. Bardzo często zdarza się, że ludziom podobają się nasze propozycje, coś nowego, czego do tej pory nie znali np. polska muzyka współczesna, którą gramy. Czasami jak ją wykonujemy za granicą, to nikt nie wie, że to jest właśnie polska muzyka współczesna, są zdziwieni, ale bardzo im się to podoba. Sześć lat temu po jednym z koncertów w Hiszpanii przeczytałem pewną recenzję z naszego koncertu. A graliśmy wtedy właśnie polską muzykę współczesną. I recenzent podsumował ten nasz występ tak, że „Polska to nie tylko Chopin” (śmiech). Myślę, że to też nasz kolejny cel – promowanie polskiej muzyki za granicą.
Czy w ciągu tych 15 lat coś Wam się nie udało?
ES: Dużo. (śmiech)
EGS: Tylko wszystko co się nie udaje przekuwamy w coś, co otwiera nowe drzwi. Taką mamy metodę. Nie udały nam się etaty. Zawsze chcieliśmy mieć etaty dla orkiestry. Nie udało nam się pozyskać siedziby. Z tymi etatami to już się poddaliśmy wiele lat temu, ale z siedzibą nie. Zabiegamy o nią i u prezydenta miasta, i u marszałka województwa. Mamy nadzieję, że w końcu coś się w tej sprawie pojawi.
Żadnych ciekawych propozycji?
EGS: Było kilka. Tylko ciężko jest znaleźć siedzibę odpowiednią dla nas. Jesteśmy orkiestrą, która hałasuje, więc nie możemy być w budynku, który ma wiele funkcji, bo będziemy przeszkadzać. Musimy być w niezależnym obiekcie a taki trudno znaleźć. Ale są takie, mamy trzy na oku. I rozmawiamy o nich z miastem. Najłatwiej byłoby nas „włożyć” w jakąś instytucję kultury, która już istnieje. Próbowaliśmy z różnymi, ale póki co to się nie udało.
Sierpniowe „Planety” w Teatrze Letnim to główny punkt obchodów Waszego jubileuszu?
EGS: Nie mówimy ostatniego słowa, bo mamy jeszcze w zanadrzu… piosenkę. O nas, o BNO. Zaśpiewa ją Olek Różanek.
On też napisze do niej tekst a muzykę skomponuje razem z Borysem Sawaszkiewiczem. Będziemy robić do tej piosenki video clip, oczywiście z naszym udziałem. To będzie dla nas taka najlepsza jubileuszowa pamiątka.
KL: Może się jeszcze przydarzyć jakiś benefis.
EGS: Ale na pewno zrobimy go inaczej niż wszyscy. Będziemy zaskakiwać, bo my zawsze wychodzimy poza schematy.
Czego Wam życzyć?
EGS: Siedziby, to na pierwszym miejscu. I spokoju, poczucia bezpieczeństwa, które wiele lat mieliśmy, ale teraz trochę nam się gdzieś zagubiło. Mamy przecież trudne czasy – wojna, rosnące ceny itp. To się odbija na kulturze. Marzy nam się, żeby powrócił stan sprzed 2022 roku, do naszej stabilności. To na pewno da nam motywację.
Jakiejś nowej płyty?
EGS: Dopiero co, pod koniec ubiegłego roku, wydaliśmy płytę. I ten rok poświęcamy na jej promocję. Mamy wielką nadzieję wydać płytę z Adamem Bałdychem, która jest nagrana i czeka na wydanie. Piękna kompozycja, coś wspaniałego. Ja rzadko to mówię, ale to, co Adam napisał, to prawdziwe dzieło sztuki. Razem to wykonaliśmy i mam nadzieję, że zaraz ujrzy światło dzienne. No i będziemy się powoli przymierzać do drugiej płyty z kolekcji utworów „Polish Concerti”.
ES: Być może uda nam się także wspólny projekt i płyta z Leszkiem Możdżerem. Zagrał z nami koncert w grudniu ubiegłego roku i orkiestra bardzo mu się spodobała.
EGS: W kuluarach bardzo nas chwalił. Sam zagadnął, że może byśmy razem coś nagrali. Może więc to będzie plan na niedaleką przyszłość.
KL: Nie zatrzymujemy się, nie ma przestojów, musimy iść za ciosem.
EGS: Planujemy jeszcze w tym roku jubileuszowym cykl koncertów na Pomorzu, czyli nie tylko w Zachodniopomorskiem. Ruszy jesienią. Na pewno zagramy duży koncert w Berlinie, a potem w Tallinie oraz planujemy pewną wspólną produkcję z Teatrem Polskim w Szczecinie. Premiera w październiku. Bardzo cieszymy się z tej współpracy. Jak widać jesteśmy zajęci aż do grudnia.
KL: A w sumie to jesteśmy zawsze zajęci. (śmiech)
EGS: Ale jeszcze nigdy nie było tak, że się jeszcze czegoś nie dało wcisnąć (śmiech).
KL: W grudniu ubiegłego roku myśleliśmy, że będziemy mieli jeden koncert. A było ich sześć, w tym jeden w Szczecinie.
EGS: Będzie dużo wyjazdów. A potem, jak to zwykle bywa, nikt nic nie wie (śmiech).













