Mam tyle lat, ile mam. I to dobrze. Moja droga babcia zawsze mawiała: na starość człowiek robi się pogodny albo całkiem kiśnie. Do starości mi jeszcze daleko, ale już przeczuwam, że nie skisnę. Sprzedane w genach po tej samej babci poczucie humoru zawsze skutkowało u mnie sporym dystansem do siebie, co jednak skutecznie chroni przed fermentacją. Dystans plus wiek pozwalają kobiecie niekisnącej wewnętrznie na mały luksus. Niekoniecznie materialny – chociaż nie narzekałabym, nie wykluczam, ciągle mam nadzieję, bo moją idolką jest J. K. Rowling. Żyła, żyła, aż tu bęc! I się wzbogaciła. Ale ja o innym, o najlepszym z luksusów: możliwości odcięcia większości balastu z balonu, którym kobieta przez życie leci, pędzi i gna. Od pewnego momentu leci lżejsza. Wyżej i swobodniej.
Z wiekiem, pewne rzeczy, po prostu, przestają być istotne. Ostatnim workiem, który wówczas wisi przy koszu jest zdrowie i z nim nie rozstaniemy się aż do końca, bo tak trzeba. Dziewiętnaście czy dziewięćdziesiąt lat na liczniku – o zdrowie należy dbać bezwzględnie i rygorystycznie. Reszta daje się przerabiać, wyrabiać lub odstawiać. Polecam ciąć.
Nie nie nie! Nie, że zaraz ciąć np. skórę wokół owalu twarzy, ani w jakichkolwiek innych częściach, które pociąga grawitacja. Niekoniecznie. Chociaż też bez przesady, bo jak ktoś chce, to można. Można, ale nie trzeba! I właśnie tu cięcie: spada pierwszy worek „trzeba”.
Ja nic nie muszę. Nie znaczy to wcale, że wszystko już w życiu zrobiłam, albo że jakieś etapy się pokończyły, definitywnie pozamykały. A gdzie tam. Za mną jest tylko trądzik młodzieńczy, liceum i pierwszy kredyt. Zawsze jednak mogę wziąć kolejny kredyt, iść na dodatkowe studia i mieć trądzik wieku dojrzałego. Zaczynać, otwierać itede.
Ja nic nie muszę, wszystko ewentualnie mogę. Jak będę chciała. Może mi się nadal będzie chciało chcieć? Szalonych rzeczy, nieodpowiedzialnych zachowań, nieprzemyślanych wydatków i niebezpiecznych emocji? Kto wie. Odcięłam woreczek z: „nie wypada”.
Wypada mi wyrabiać co chcę, bez zażenowania. W granicach jakiegoś tam rozsądku, wiadomo – po pierwsze, nie szkodzić. Innym – w żadnym wypadku. Sobie też nie. Nie będę morsowała, jak mam nadciśnienie, ale kto mi zabroni tańczyć w cekinowych balerinach na środku sceny w Ogrodach Śródmieście w środku nocy. To już tylko kwestia rozważenia czy warto i czy mi się chce.
Błogosławieństwo lecących latek pozwala odciąć balast nadmiernego przejmowania się tym co inni powiedzą. Niechże gadają, na zdrowie. Nawet nie muszę słuchać, oszczędzi mi to podniesienia brwi i zastanawiania się, dlaczego ktoś tak o mnie myśli. Szkoda czasu i energii. Zdanie najbliższych mi osób i takich, które z różnych powodów szanuję, ma znaczenie. Nieżyczliwi mogą mijać mnie myśląc co tam chcą. Nie chce mi się o nich dbać ani ich zadowalać.
Spory wór z „powinnam” też już mi wisi. Czy ja powinnam zrobić obiad, posprzątać, przedłużyć spódnicę, zafarbować/ przestać farbować włosy? Jak będę miała siły i uznam, że to mi potrzebne – zrobię co trzeba.
Ale co właściwie trzeba? To się też pozmieniało, dziś uznaję, że trzeba robić znacznie mniej rzeczy z tych, które koniecznie „musiałam” robić wcześniej. Teraz, zanim się rzucę, że szukam najpierw wokół kosza, czy czasem już nie oderżnęłam linki. I odpuszczam.
Błogosławione jest to odpuszczanie. Tylu niepotrzebnych rzeczy nie robię – chyba muszę, bo czas cały czas mam szczelnie zajęty. No właśnie… To jak to jest, że tyle balastów poodpuszczałam, a nadal mam pełne ręce roboty. Chyba przeoczyłam jakąś linkę z tyłu.
Coraz częściej zajmują mnie najważniejsze dla mnie rzeczy. Egoistycznie, subiektywnie i niepoprawnie. Wreszcie! Wreszcie doszłam do wniosku, że to dobrze być w zdrowym stopniu egoistką. Poszedł w dół wór: „pomyśl o innych.” Ależ ja myślę! Lepiej lub gorzej. Zależy.
Wiek to świadomość, że już mi się nie chce brać udziału w tylu bezsensownych wyścigach, staczać niezliczonych batalii o poglądy, ulegać świętemu oburzeniu i rwać do rywalizacji.
Chce mi się mieć z życia to, co najfajniejsze. Chce mi się latać balonem. Może być wolniej, ale musi być najlepszy widok.





