Świąteczne klimaty to fenomen. Wystarczy rzucić hasło „Xmas” i już wjeżdżają z wizgiem saneczkowych płóz skojarzenia: prezenty, choinka i Mikołaj w stroju, który zawdzięczamy kampanii coca-coli. Postawię tezę: to już nie to samo co kiedyś, bo dziś świętujemy inaczej i… częściej. Czy to nadal ta sama magia?
Nie chcę zabrzmieć jak dziaders, ale kiedyś było inaczej – powtórzę. Święta były świętami, czyli okazją rzadką, rarytasem, czasem wielce wyczekiwanym. Nic tak nie smakowało jak tamto oczekiwanie. Chyba że barszcz, uszka, makowiec lub pierniczki. Dom nigdy nie wyglądał równie kolorowo jak w wigilijny wieczór. Choinka pojawiała się rano, pieczołowicie ubierana w kruche szklane ozdoby i zawoje papierowych łańcuchów, które wcześniej trzeba było żmudnie sklejać z wysuniętym po brodę językiem, smarując mazidłem kolorowe paseczki wycinanek szkolnych. Z szafy wyjeżdżały najlepsze ubrania, zastawa i sztućce. Zjeżdżali się domownicy z internatów i akademików, a jak warunki lokalowe pozwalały, to i dalsza rodzina.
Prezenty były przedmiotem spekulacji i pożądania. Raz w roku, może dwa, a góra trzy, jeśli rodzice przykładali się do obchodzenia Dnia Dziecka i urodzin, można było dostać jakiś wyproszony i wymarzony zbytek. Ba, jak się miało babcię jedną z drugą i jakieś fajne ciocie, to pod choinką leżała cała górka podarków na raz! Euforia, wypieki i ledwo co tknięte z talerza na wigilijnej kolacji, takie emocje trzymały.
Po produkty używane do przygotowania świąt robiło się całe wyprawy do delikatesów, na targowisko itd. Legendarny karp w wannie okupował łazienkę, aż do Gwiazdki, kiedy to cała rodzina, jak jeden mąż, musiała obowiązkowo zażyć kąpieli i wysztafirować się na błysk. Za tym nie ma co akurat tęsknić. Namaczanie, wyrastanie, marynowanie – kuchenne sekrety przekazane jeszcze z zeszytów babci, takich z przepisami. Żmudne gotowanie, szorowanie, ozdabianie – roboty huk. Trwało to tydzień albo i dłużej przed. A potem upragnione dwa dni, poprawka sylwestrowa, święta święta i po świętach.
Dobrobyt nas zepsuł. Jest więcej, łatwiej i barwniej. Barszcz i uszka w każdej garmażerce, nieważne czy lato, czy zima. Sałatka jarzynowa w pudełku z wieczkiem. Pierniczki z dowolnym wzorem pod kolor do wystroju domu, na zamówienie, bardzo smaczne. Mieszkania mamy całorocznie ozdobione gadżetami jakimi się zamarzy. Każda pora roku ma swój pretekst do postawienia ozdóbki. Na drzwiach wieszamy wieńce wiosenne, letnie, jesienne, halloweenowe. Wieniec bożonarodzeniowy, ba! Nawet świąteczne drzewko już nie jest takim cudem. Rozpoczynamy dekorowanie domu już na początku grudnia. W sklepach, ledwo zejdą z witryn jesienne dynie, pojawia się Mikołaj i jego śniegowa ekipa. Co roku w innej kolorystyce pantonowej bombki, poszewki na poduszki i kocyki. Co tym razem? Granat czy róż? Brokat czy perłowo? Ach te dylematy konsumpcjonizmu.
Prezenty? Moja babcia mawia grobowym tonem: te dzieci mają już chyba wszystko.
Wszystkiego nie mają, ale mają sporo ogólnodostępnych zabawek, drobiazgów i gadżetów. Wybór prezentu na święta, o ile nie wiąże się z horrendalnym wydatkiem, jest utrudniony. Książeczka, gra – już kupione. Lalka i miś to żaden oryginalny podarunek. Lego, gra VR, elektronika i technika kosztują krocie i są często niewarte zawrotnej ceny, a tak samo jak zwykły miś kończą w kącie.
Nawet dania są szybciej i mniejszym wysiłkiem robione, gdzie tu więc potem celebracja? Tyle dobrego, że ostatnimi czasy nawet Wigilia jest w wersjach fit i na stół nie podaje się już nadmiaru jedzenia. Majonezy, smażenina, grzyby, groch i kapusta są intensywnym smakiem przeszłości. Wypiera je tofu i łosoś na parze.
Ja jednak nie mówię wcale, że to źle.
Ciężkość świątecznych potraw: grzybów i majonezu, to był akurat dopust boży. Przejedzeni do niemożliwości w dwa dni zaczynamy odczuwać bezcelowość napychania się smakołykami jak prosięta tuczne. Po dwóch dniach i wcześniejszej kolacji na bogato, każdy szukał w lodówce świeżego ogórka, sałaty i twarożku, nie mogąc już patrzeć na tłuste rarytasy. Po tygodniu zaczynało się biadolenie, że jedzenie się marnuje, dla kogo to wszystko…
Mamy za naszych czasów siadały do stołu umęczone i ledwie żywe. Goniły między szafą z odświętną sukienką, balkonem z bigosem i piekarnikiem z kaczką. Pilnowały naraz, żeby nie przegotował się barszcz i nie przypaliły pierogi. A czy makowiec wyrośnie?
Dwanaście potraw, dwanaście powodów do niepokoju. Teraz zwyczaje ewoluowały i odchodzą w ciemność średniowiecza, gdzie ich miejsce, role matek męczennic i leżących ojców w środku przygotowań, jak w oku cyklonu z gazetą na tapczanie.
Tęsknię za magią wyjątkowości i uparcie jej szukam. W gotowaniu, wielkości porcji i kaloryczności potraw zachowuję umiar, choć gotuję na tę okazję tradycyjne potrawy. Za to z ozdobami szaleję, gromadząc je latami. Wprowadzam do domu każdy zapamiętany element celebrowania świąt, pieczołowicie ubieram stół najładniej jak potrafię, szykuję świąteczne sweterki, ganiam po ogrodzie, zawieszając światełka. Zaganiam dzieciaki swoje i z rodziny do robienia i dekorowania pierniczków. Uwielbiam wspólne gotowanie, lepienie uszek, strojenie drzewka. Wiem, że potraw będzie dwanaście, że prezenty wyjmuje się spod choinki po kolacji wigilijnej i że będziemy śpiewali kolędy, dopóki nam się znany repertuar nie skończy.
Siadam wieczorem, czekając aż wszyscy zaczną i gapię się na rozświetloną choinkę. Magia zależy więc ode mnie. I od Was.
Wesołych świąt, Kochani!





