- Reklama -
spot_img

To nie żart, czyli szczeciński „Mayday” po raz tysięczny!

Strona głównaStyl życiaKulturaTo nie żart, czyli szczeciński „Mayday” po raz tysięczny!

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

Na początku października dojdzie w Szczecinie do niezwykłego wydarzenia artystycznego, kulturalnego, a nawet historycznego. Coś takiego rzadko się chyba zdarza. W zmodernizowanej siedzibie Teatru Polskiego po raz 1000 (słownie: tysięczny!) zagrany zostanie prawdziwy sceniczny hit, który z afisza nie schodzi od 24 lat. To „Mayday”, znakomita brytyjska farsa, która podobno nawet umarlaka zmusiłaby do śmiechu. Brawurowa szczecińska adaptacja przez wielu uznawana jest za jedną z najlepszych. Na czym polega fenomen tej sztuki, co w niej robi Brad Pitt, kto się wywalił na scenie jak długi, jaki wpływ na spektakl miało zaćmienie Słońca i o pewnej okrutnej recenzji. Na kilkanaście dni przed tysięcznym spektaklem Prestiż namówił do zwierzeń czworo odtwórców głównych ról.

„Mayday” to historia pechowego taksówkarza – bigamisty, który toczy szczęśliwe życie u boku dwóch kobiet. Ale przerywa je niespodziewany wypadek. Następują po nim przedziwne zbiegi okoliczności, źle zrozumiane wypowiedzi i błędnie odczytane wydarzenia doprowadzają do niespotykanego i absurdalnego zawikłania sytuacji. Autorem sztuki jest brytyjski dramaturg Ray Cooney. Szczeciński spektakl wyreżyserował Stefan Szaciłowski, scenografię opracował Jan Banucha, a muzykę przygotował Adam Opatowicz. Premiera sztuki w Teatrze Polskim odbyła się 14 sierpnia 1999 roku. Główne role, od 24 lat, grają Małgorzata Chryc – Filary, Katarzyna Bieschke – Wabich, Adam Dzieciniak i Michał Janicki. Na początku października zaprezentują swojego „Maydaya” po raz tysięczny. Z Prestiżem spotkali się, aby zdradzić kilka sekretów spektaklu.

Nie znudziło się Państwu jeszcze granie tej sztuki? Ale tak szczerze.

Małgorzata Chryc – Filary: – Szczerze? Nie!

Michał Janicki: – Mamy nadzieję, że będziemy grać do końca i jeden dzień dłużej.

Do końca czego? A może czyjego?

MJ: Jak Bóg da, Opatrzność i pan dyrektor, to będziemy grać do śmierci (śmiech) Mówiliśmy sobie, że póki ktoś się nie „przekręci”, to będziemy grać. Bo my idziemy na rekord Guinnessa.

MCF: Od 24 lat nadal jest jedna obsada w tym spektaklu.

MJ: Cały czas obsada jest jedna, bo tylko nasz świętej pamięci nieodżałowany Karolek – Karol Gruza, który z nami grał taką małą rólkę – dziennikarza, fotoreportera, zachorował i – jak to mówi się między nami – „przestał cierpieć”, zmarł.

MCF: Ale nam się nie nudzi, bo cały czas wymyślamy nowe teksty, nowe dowcipy, coś co można jeszcze ewentualnie dołożyć do spektaklu, żeby jeszcze dośmieszyć sytuacje.

Czyli mamy do czynienia z żywym organizmem?

MCF: Cały czas.

MJ Dośmieszyć i zabawić publiczność.

Adam Dzieciniak: Przez co ta farsa teraz stała się dramatem (śmiech zebranych).

MCF: Za każdym razem jest inna publiczność, inaczej reaguje i to też generuje zupełnie inny sposób grania.

Katarzyna Bieschke – Wabich: My dopiero nabieramy apetytu i rozpędu (śmiech).

MJ: Farsa jest w pierwszej linii dzieckiem dell’arte. W tej formie można sobie pozwolić na wiele, zwłaszcza na improwizacje.

MCF: Ale trzymamy się w ryzach.

MJ: Pozwalamy sobie jednak na takie pewnego rodzaju drobiazgi. Czasami ludzie, którzy przychodzą na spektakl po cztery, pięć razy… Była niejedna taka osoba, parę razu słyszałem takie słowa, że „jak mam zły humor, to załatwiam sobie bilety na „Mayday”. Jak bierze kogoś depresja, to biegnie do nas. Są naprawdę osoby, które chodzą na ten spektakl po kilka razy.

KBW: To prawda, ludzie czekają na przedstawienie, rezerwują bilety.

– Reklama –

spot_img

MJ: Nie ma nic zdrowszego niż szczery śmiech, jak mawiała Hanka Bielicka. Zresztą, powtarzała też czasami, że jej gaża to 50 procent za sztukę, a 50 procent za terapię.

MCF: Endorfiny się wydzielają.

KBW: Moi przyjaciele z Warszawy przyjechali kiedyś specjalnie na naszego „Maydaya”, bo tyle o nim słyszeli, szczególnie od mojego syna, który był na tym spektaklu chyba ze 30 razy. I mówili, że przeżyli hiperwentylację, ćwiczenie brzucha, po prostu byli zachwyceni.

A rekordzista, ile razy był na przedstawieniu? Macie jakieś dane, informacje?

AD: Był rekordzista, obejrzał nasz spektakl 32 razy. Ale kilka lat temu zmarł.

KBW: My jesteśmy rekordzistami, bo byliśmy na nim 999 razy (śmiech)

MJ: „Wyszłam na kompletną idiotkę” – mówi koleżanka z pretensją do partnera w spektaklu. Tysiąc razy to mówi i jeszcze wciąż nie może się z tym pogodzić. (śmiech zebranych)

Jak czytaliście ten tekst, próbowaliście go, jak były te pierwsze tzw. próby czytane, czuliście już wtedy, że to będzie taki hit?

AD: Ja nie.

MCF: Ja też nie.

MJ: a czułem, od razu wiedziałem…

AD: Ty zawsze czujesz…

MJ: Ja wtedy jeszcze miałem wyostrzony węch, byłem przed COVID-em. Powiem tak, wbrew koleżeństwu – ja czułem, bo to jest tak napisane, że ja się tego nauczyłem w zasadzie w trzy dni. Tak mnie porwała ta sztuka.

MCF: Nie było tego widać na próbach (śmiech).

MJ: Nie chciałem was peszyć.

MCF: Próby trwały dwa tygodnie.

Tylko?

MCF: Tylko. Dostaliśmy tekst i była jazda bez trzymanki, jak na górskiej kolejce. A wie Pan, dlaczego tak długo gramy „Mayday”? Bo kiedy była trzecia próba generalna, doszło do całkowitego zaćmienia Słońca.

KBW – Tak, to prawda.

MCF – Słowo harcerza!

To znak!

MCF – Można się z tego śmiać, ale jakaś energia słoneczna na nas spłynęła (śmiech).

KBW – Mówiłaś, że Ciebie to w czytaniu śmieszyło. A Stefan Szaciłowski, reżyser spektaklu, od razu mówił, że to „hicior”, że to śmieszne. Mnie to w czytaniu w ogóle nie śmieszyło. I tak sobie nawet myślałam: „co ten nasz Stefanek opowiada?”. Ale trzeba o nim wspomnieć, bo zrobił kilka sztuk w tym teatrze i wszystkie cieszyły się bardzo dużym powodzeniem.

MJ: Wszystkie były grane przez naście lat.

KBW: „Okno na parlament”, „Prywatna klinika”, „Mayday” 1 i 2, „Przyjazne dusze”.

MCF: Było wtedy zaćmienie Słońca i pamiętam, że jeszcze je oglądaliśmy „na żywo”. I wtedy nigdy byśmy nie przypuszczali, że pociągniemy ten spektakl 24 lata (śmiech).

No to w przyszłym roku będzie piękny jubileusz.

MCF: Pociągniemy do tej „ćwiartki”.

MJ: Tu nie ma jakiegoś ograniczenia wiekowego.

KBW: Wszyscy się wspólnie starzejemy, oprócz Dzidzia naszego kochanego.

AD: Ja już 30 lat temu miałem taką mordę i u mnie nic się nie posuwa (śmiech zebranych). Już dawno byłem starcem. Tak samo wyglądałem jak teraz!

MCF: Nieprawda.

KBW: Tak samo młodo wyglądałeś.

AD: Z taką mordą, 30 lat temu?

MJ: Fakt, miałeś dużo mniej włosów.

MCF: Cicho, kokietuje teraz.

AD: Nie kokietuję, bo taka prawda jest.

MJ – Teraz masz dużo więcej włosów: w uszach i na plecach…

MCF: Następne pytanie poprosimy. (śmiech)

A graliście tę sztukę gdzieś poza Szczecinem?

KBW: Graliśmy w kilku miejscach np. w Koszalinie….

MJ: W Koszalinie i jeszcze w innych miejscach. Generalnie sprawa wygląda tak, że tylu jest chętnych do oglądania w Szczecinie, że nie musimy tego spektaklu wozić. Ale do nas przyjeżdżają widzowie.

Nie chcecie pokazać innym jak się to właściwie gra?

MJ: Przyjechał do nas wybitny reżyser Jerzy Gruza. Widział to nasze przedstawienie. I mówił mi: „widziałem tę sztukę kilka razy, sam ja robiłem chyba ze trzy razy. Powiem tak, że macie chyba jeden z najlepszych „Maydayów”, które widziałem, tak żeście się dobrali”.

MCF: Farsa to gra zespołowa. Nie ma gwiazd, które wychodzą na scenę i „gwiazdorzą”, a reszta aktorów się pęta dookoła. U nas, sorry, ale są same gwiazdy (śmiech zebranych) Dlatego nam się to tak ładnie gra. Bo jesteśmy całością. A to rzadkość w teatrach, żeby wszyscy się uzupełniali.

AD: Dyrektor powiedział nam przed premierą, że z tą sztuką będziemy bardzo dużo po Polsce jeździć, tylko nie będziemy grać (śmiech zebranych).

MJ: A to właśnie przypomniał główny humorysta, czyli Dzidek, który od czasu do czasu wyskoczy z jakimś bon motem przy kawie. I to się okazuje zabawne na dłuższą metę.

MCF: Zdradzę pewną tajemnicę. Od premiery do 50 spektaklu, wszyscy jak tutaj jesteśmy, mieliśmy egzemplarze tej sztuki za kulisami. I każdy tylko patrzył, kiedy kto wchodzi, po kim, w którym momencie, co mówi, bo takie jest ostre tempo.

Pamiętacie pierwszy spektakl?

AD: Nie pamiętam.

KBW: Nerwy wtedy były potworne.

MJ: Nerwów nie pamiętam, za to pierwszy spektakl pamiętam dokładnie.

MCF: Pamiętam pierwszą recenzję. Że to niedobre, paskudne, że ten to „leci Jasiem Fasolą”. Ale nie będziemy z Dzidkiem mówić kto to napisał.

MJ: Że co? Że po bretońsku, czy że szparagowa?

AD: No tak napisała ta pani. Mistrz Jan Banucha, przygotował nam scenografię i kostiumy. Ale według tej pani aktorzy sami się ubrali, nie widać w tym wszystkim było ręki i pomysłu scenografa. Potem jej to wypomniałem, przy 500 przedstawieniu: „Czego pani, pani Ewo ode mnie oczekuje? Żebym powiedział w wywiadzie jak to Pani „zrąbała” na początku?”. Mam gdzieś tę recenzję. Okrutna recenzja. Zbluzgała nas.

MJ: Jest też trochę teatromanów – recenzentów, którzy mają strasznie długie zęby na farsę, na komedię. Twierdzą, że to jest drugi sort sztuki. A to nieprawda, to jest jedna z najtrudniejszych sztuk. Żeby rozbawić publiczność tak szczerze, żeby wyważyć akcenty ludyczności i inteligenckości, od najprostszego żartu do takich bardzo skomplikowanych, to się słyszy i widzi. Czasami publiczność łapie wszystko, a czasami tylko ten pierwotny charakter dowcipu, najgrubszy.

MCF: Słuchałam wywiadu z Krystyną Jandą, która zrealizowała w teatrze „Boską”. I ona otwarcie mówiła, że nie przypuszczała, że farsa jest tak trudna, że to tak ciężka harówa. Bo tak zazwyczaj ludzie myślą: „ot, taka tam farsa, ludzie przyjdą, pośmieją się, powygłupiają, polecą do domu”. A właśnie, że nie. Bo to nie my mamy się bawić, cieszyć i śmiać, chociaż my też się bawimy i cieszymy tak przy okazji, bo to przede wszystkim publiczność ma się bawić.

KBW: Pamiętam któryś z pierwszych spektakli „Mayday”. Przyszedł nasz znakomity aktor Jacek Polaczek. Obejrzał i mówi: „jesteście genialni, świetni, Boże tak mi się podobało”. No to mówię: „wiesz Jacku, to jest tak napisane”. A on na to: „nie moja droga, nie jest tak napisane. Farsę naprawdę trzeba umieć zagrać. I Wy to zrobiliście. „Mistrz Jacek nas pochwalił!

MJ: Niektórych może farsa drażnić i mają do tego prawo. Mnie źle wykonana, doprowadza do szewskiej pasji, jakby żyletką ktoś skrobał po szybie. Ale trzeba powiedzieć, że ten gatunek sceniczny jest tym z najtrudniejszych. Mówią o tym zgodnie – Stanisław Tym i Jerzy Gruza.

AD: Ale gdzie indziej było kilka obsad. A u nas od początku jedna i ta sama.

KBW: Widziałam wiele różnych fars, w wielu teatrach, w wielu miastach. I bardzo często bywa tak, że wychodzi aktor i „patrzcie na mnie jaki ja jestem śmieszny”. No nie, to nie tak.

AD: Tak to miał Janicki do 800 spektaklu (śmiech zebranych) Trochę się zmieniło.

KBW: Dojrzał trochę.

Jest jakieś takie przedstawienie „Mayday”, które Państwu najbardziej utkwiło w pamięci?

MCF: Kiedy Dzidek poprawiał dywan na scenie.

AD: Wywaliłem się wtedy.

MCF: Stoję w kulisie i słyszę jakiś rumor na scenie. Po chwili wchodzi Dzidek i mówi, że się wywalił.

AD: Dywan był zagięty, a ja wbiegałem na scenę. I tak sobie pomyślałem: „wezmę go tak klepnę nogą i się wyprostuje”. On nic, a ja na twarz. (śmiech zebranych) Wstałem, otrzepałem się i gramy dalej.

MJ: Kiedyś był taki spektakl, że wszystko leciało. Ktoś trzasnął drzwiami, zegar z kukułka spadł, okno wypadło. Ale naprawdę się „ugotowałem”, jak Gosia któregoś razu wróciła ze świeżą henną na brwiach.

KBW: Co ja miałam?

AD: Oto Michał i jego sławna fotograficzna pamięć (śmiech).

MJ: Miałaś świeżo zrobione brwi. Zawsze były takie delikatne, a wtedy patrzę i myślę sobie: „Chryste panie, Breżniew?”. Myślałem, że parsknę śmiechem.

MCF: Ciekawie jest, kiedy nie wychodzą nam efekty specjalne w postaci dzwonka. Np. mam odebrać telefon od Michała, to ważny moment, a tu nic, żadnego dźwięku. No to mówię: „wydaje mi się, że ktoś dzwonił. A to i tak odbiorę”.

MJ: A ja już chciałem w kulisie dzwonić łyżeczką o butelkę. Butelek wtedy było u nas pod dostatkiem. (śmiech).

A były przedstawienia bez żadnych Waszych wstawek, interpretacji, tekstów, wszystko od A do Z zgodnie z pierwotną treścią?

MJ: Pierwsze spektakle takie były. Teraz tyle dorzuciliśmy od serca. Jurek Gruza stwierdził, że autor sztuki powinien nam płacić. To są takie rzeczy, które może w wersji angielskiej by nie zabrzmiały. Ale w polskim języku okazują się wcale, wcale.

W tekście jest np. że będziesz sławny jak Michael Jackson. Ale Jackson trochę się skompromitował. I Kaśka któregoś razu mówi: „będziesz sławny jak Brad Pitt”. A Dzidek na to: „Ty się swoim bratem zajmij” (śmiech zebranych) Publiczność ryknęła, a ten tekst został.

AD: Wiele jest takich domówień. Zdarzy się coś, ale nie ma reakcji publiczności, to więcej nie pójdzie. To nie jest też takt, że za każdym spektaklem chcemy coś koniecznie dopisać. Nie, tym często rządzą przypadki. Nie przygotowujemy sobie czegoś specjalnie w domu, że wykonamy jakiś numer, albo coś powiem.

MJ: Ale taki mały czort siedzi w nas i czasami nas kusi.

AD: Pilnujemy oryginału.

A czy była jakaś reakcja publiczności, która Was zaskoczyła, pozytywnie lub negatywnie?

MJ: Raz siedzieli bardzo spokojnie młodzi ludzie…

MCF: Bo to była węgierska wycieczka (śmiech)

MJ: …a my myśleliśmy sobie: „co się dzieje?”. Zazwyczaj są spazmy śmiechy i krzyki ucieszonej publiczności. A tu nic.

MCF: Raz była też taka wycieczka emerytów, oni przygłusi byli…

MJ: A to co innego. Ale ta młodzież właśnie zachowywała się prawie bezszelestnie. Pomyślałem: „chyba nie trafiamy do nich”.

A tu na koniec ogromne brawa dostaliśmy. Kilka razy wychodziliśmy do ukłonów. I do dziś się zastanawiam, czy nauczyciel zakazał przeszkadzać, czy nas podpuszczali na koniec. A może w tym wszystkim maczała palce katechetka. Wtedy wszystko byłoby jasne.

KBW: Pamiętam takie spektakle, w starej siedzibie teatru, kiedy jakaś pani z publiczności, z widowni krzyczała: „panowie, uspokójcie się, bo ja już nie mogę się śmiać!”. To było do Was panowie.

AD: Co my wtedy zrobiliśmy?

MJ – Ja się uspokoiłem, ale Ty nadal szalałeś (śmiech zebranych).

To najdłużej grana sztuka w Teatrze Polskim?

MJ: A „Pornograf” Brassensa nie był dłużej niż tysiąc przedstawień? Chyba tak. Nadal go gramy. Czyli „Pornograf” i „Mayday”. No to pytanie zasadnicze.

Na czym polega fenomen tej sztuki, że nie schodzi z afisza od 24 lat?

MJ: Na zachwycającej grze aktorów, jak skromnie przypuszczam.

KBW: Nie wiem.

AD: A ja odpowiem, że na prawdzie, którą staramy się przekazać. I fajnie nam to wychodzi. To jest dobrze i uczciwie podane oraz zagrane.

Szykujecie coś specjalnego na ten tysięczny spektakl?

AD – Tak, chcemy nie przyjść (śmiech zebranych).

fot. Karolina Nowaczyk, Włodzimierz Piątek

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać