- Reklama -
spot_img

Niepraktykujący romantycy

Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.
Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

 

Luty to miesiąc presji dla związków. Dla solistów również. Nadchodzi czas na walentynki, święto zapuchniętych na czerwono sercami witryn i wszechobecnych w sklepach, drogeriach i dyskontach gadżetów dla zakochanych. Kubki, lizaki, maskotki, bomboniery, breloczki, poduszeczki, baloniki. Kwiaty (cięte, sztuczne, z donicą i bez), perfumy, biżutery i bielizna. Ekskluzywna lub pomysłowa – niekoniecznie naraz. Osobiście podziwiam ludzi kupujących jadalne majtki, to musi być ciekawa akcja, takie spożycie. Przed, w trakcie, czy po? Ważne, że wegańskie. Dla pozostałych też się coś znajdzie, takie Zakłady Mięsne Nowy Żmigród na przykład wypuściły zestaw wędlin w opakowaniu o kształcie serca. Można się nawzajem karmić kiełbasą, to nie szkodzi na atmosferę, oboje zioną jednako.

Menu dla par, podwójne kubeczki, dwa miejsca w kinie w cenie jednego i pojedyncze pluszowe misie ściskające serduszka z napisem I <3 U. W knajpeczkach i rezerwacje dla dwojga.

Jak się je kolację z przyjaciółką/przyjacielem, to wprawdzie można skorzystać również z menu dla par, choć zdarzyło mi się, że czujna kelnerka nie dała nam walentynkowego bonusu, bo nie byłyśmy wyraźną parą. Nie przyszło nam do głowy zełgać, że jesteśmy w długoletnim związku i dlatego się na siebie mniej rzucamy z demonstracjami uczuć. Trudno.

Kto ma parę, ten – po pierwsze – musi pamiętać. Jak nie pamiętał, to klapa, grób. Po pierwsze, należy pamiętać o kwiatach, bo to święty prastary obyczaj partiarchalny, żeby kwiaty damie wręczać, inaczej będzie nafufana do końca dnia i jeszcze rano. Nie wiem za dobrze, jak to jest z samymi chłopakami, czy z dziewczynami czy jeszcze inaczej ale w parach, zapewne to się uprzednio ustala kto komu wręcza. Bo kto kwiatów nie dostanie, a oczekiwał, ten zawsze focha. Takie jest brutalne prawo walentynek. Kwiaty można teraz dostać w każdej Biedrze, nie ma zmiłuj.

Na placu Szarych Szeregów są takie całodobowe budki ostatniego ratunku, z kwiatami. To doskonale skomunikowany plac, tu się zewsząd można dostać i zakupić przeprosinową lub chytroplanową wiązankę. Obok budek zawsze stał automat z prezerwatywami, na wypadek, gdyby kwiaty się spodobały wystarczająco. Muszę kiedyś sprawdzić, czy to urządzenie jeszcze jest. To było takie proste i praktyczne rozwiązanie.

Nie można również zapomnieć o prezencie. Idąc na łatwiznę można opękać całe święto pudełkiem czekoladek, ale zdecydowanie lepiej zostanie odebrany wypad do Paryża na wieczór, najlepiej prywatnym odrzutowcem, ewentualnie wręczone na kolanach Serce Oceanu, takie samo jak nosiła w Titanicu Kate Winslet. Tak, to wystarczy.

Bezwzględnym asem w rękawie jest pierścionek zaręczynowy podany właśnie w walentynki. To tak zwany full i nic go nie przebija. Może tylko Serce Oceanu jeszcze dałoby radę.

Koniecznie kolacja i film. Jak się umie samemu to proszę bardzo. Nie, że kręcić film. Chociaż… Ale to już chyba gra towarzyska dla dwojga lub więcej do zrealizowania w same Walentynki. Trzeba tylko potem pamiętać, żeby ta amatorska produkcja nie wyciekła do sieci, bo o ho ho. Jak tu potem matce, ojcu i sąsiadom w oczy spojrzeć.

O gotowaniu kolacji mowa. Trzeba spędzić cześć popołudnia przy garach, a potem dobrze wywietrzyć mieszkanie, uwzględniając sypialnię, zmyć z siebie zapach smażeniny i zrobić się na gwiazdę, usiłując jednocześnie utrzymać potrawę w stanie atrakcyjnym oraz jadalnym do kolacji.

Można też zarezerwować stoliczek w uroczym miejscu i wysztafirwawszy się na wyjście odbyć prawdziwą restauracyjną randkę. Plusy są takie, że nie trzeba wietrzyć mieszkania, nie urobi się człowiek, a zje coś dobrego. Osobiście preferuję.

Film. Romantyczny, najlepiej. Nie można na żadną rzeź, strzelankę, ani ścigankę. Nie musi być komedia, choć najlepiej by było. Może być też kino ambitne, niezrozumiałe, takie z nagrodami. Kiedyś jeden narzeczony zabrał mnie na „Motyla i skafander” w Pionierze. Film opowiada historię genialnego człowieka unieruchomionego po wylewie we własnym ciele, bez możliwości porozumiewania się. Może tylko mrugać jednym okiem. Na koniec zaszywają mu powiekę, odcinając mu tym świat jak wiekiem od trumny. Wyszłam emocjonalnie zgruzowana, więc trzeba uważać z takimi wyborami. Ale mój brat zabrał żonę w walentynki na „Różę” Smarzowskiego, tak że jest jeszcze lepszym asem.

Singiel może się czuć przytłoczony, ponieważ przez połowę lutego cały świat przypomina mu, że nie ma pary, nie wpasował się, nic dla niego specjalnego nie ma. To jakby w święta bożonarodzeniowe oglądać wszystkie te ozdoby, choinki i światełka i usłyszeć: „A do Ciebie, Jasiu, Mikołaj nie przyjdzie, bo nie masz kominka”. I to jest smutne. Można sobie iść na Singiel Party, Wieczór Bez Pary, Bal Solo czy inne organizowane 14 lutego imprezy dla podkreślenia, że część ludzi nie ma pary. W telewizji lecą tego wieczoru „Listy do M.” i „Masz wiadomość”, bo przecież „To właśnie miłość” i tak kończy człowiek z żałobną bezsennością. W Seatle.

Mój osobisty partner życiowy jest romantykiem niepraktykującym. Oznacza to, że nie traci energii na komunikację, której nie uznał za niezbędną. Nie jest źle. To nie tak, że jak powiedział „kocham” kilka lat temu i nie odwołał komunikatu, to według niego mam być przekonana, że kocha. Werbalizuje, kiedy trzeba co trzeba, powiedzmy – w telegraficznym skrócie. Po prostu uznajmy, że nie jest szczególnie chętny do teatralnych porywów i długich oracji. Nie dałby się namówić na przywleczenie i krokodyla, luby. Nie drapałby się po elewacji i bluszczach na balkon. Nawet do głowy by mu nie przyszło opisywać mojej urody i cnót wszelakich za pomocą dwunastosylabowca na trzynaście ksiąg.

Jako odbiorczyni takich spektakularnych dowodów uczuć umarłabym ze śmiechu. Prawdziwym dowodem jest to, że wytrzymuje ze mną chłopina bez uduszenia mnie poduszką, a ja umiem wzbudzać chęci mordu, oj umiem. I vice versa.

Tak więc my walentynek nie obchodzimy. Próbowaliśmy, ale się nie wczuwamy. Nie lubię czerwonego w dodatkach, ani w wystroju wnętrz, kwiaty dostaję, na kolacyjkach i w kinie bywam. Dnia Kobiet, ani imienin zresztą też nie obchodzimy.

Nie jesteśmy takimi kompletnymi ogrami, rocznicę i urodziny sobie wpisaliśmy w kalendarze i jest dobrze. Gesty bywają, owszem. Takie z górnej półki romantyzmy, ale nie mogę o tym napisać, bo mi życie i mir domowy jeszcze miłe, a koleżanki z biura starego czytają.

Rozmawialiśmy ostatnio z przyjaciółmi o tym, że w gruncie rzeczy to wszyscy jesteśmy w głębi duszy romantykami. Tak, naprawdę. Tylko nie praktykujemy. I wszystko jest u nas całkowicie dobrze. Pozdrawiam podobnych nam i innych też. Kochajcie się, peace.

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać