- Reklama -
spot_img

Wiosna i Belzebub

Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.
Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

Po latach marzeń o domu na wsi dopięłam swego i zostałam tzw. ruinersem. Jednym zdaniem: nabyłam spłachetek ziemi z zabudową, która, jakby ją mocniej kopnąć, złożyłaby się jak domek z kart. Klasyczna, modelowa, ale malownicza ruina. Tu pęka tynk, tam się obsuwa cegła, tu widać gwiazdy przez dach, a tam lepiej nie chodzić, bo gnojownik się zapada.

Jest cudnie – rozpromieniam się włażąc po pachy w swoje własne pokrzywy i tracąc przyzwoitego jeszcze sneakersa w kretowisku.

Cała wieś przechodzi koło nas na spacery, żeby zobaczyć tych miastowych głupków, co to kupili chałupę po starym Bazylim i teraz będą dopiero żałowali, oj będą. Przecież to ruina.

Absolutnie nas tu jeszcze nie uważają za sąsiadów, mają nas za wariatów i dają nam pewnie pół roku na ucieczkę z krzykiem.

Ale nic z tego, ja się stąd nie ruszę, myślę sobie patrząc na rozciągające się bez kresu pola upraw ziemniaka dla Mac Donalda. Trzeba będzie tylko płot poprawić, bo niektórzy przedsiębiorczy mieszkańcy naszej wsi, znaleźli sobie drogę przez nasz pustostan i pożyczają sobie ziemniaczki chętnie i często.

Stojąc tak przed kartoflanym oceanem, kątem oka dostrzegam, że w moją stronę zmierza stado rudych kur z białym kogutem na czele. Kogut sunie prosto na mnie, rozkłada skrzydła i wydziera się na cały kopel. Postanawiam się wycofać, z godnością, ale zaraz za winklem stodoły staję oko w oko z kozą.

Nie ukrywam, że wrzasnęłam: poza komicznym, nerwowym ruchem dolnej szczęki, którą kręci koza, jest to postać straszna. Ma oczy jak sam Belzebub i śmierdzi tak straszliwie, że oczy szczypią.

Nie zamierzałam czekać na ciąg dalszy, pionowe źrenice Behemota nie wyrażały żadnych dobrych intencji. Wdrapałam się więc po drabinie na stryszek od chlewu i z góry obserwowałam obejście.

Behemot jakby tylko na to czekał. Tryknął drabinę lewym rogiem i spokojnie patrzył, jak zlatuje w pokrzy-wy. Puścił w moją stronę obraźliwe „meee”, jednocześnie sadząc kilka bobków ze sporym rozrzutem. Odpowiedział mu zza rogu kogut, meldując, że lewą flankę ma również obstawioną.

Po tym dialogu wszystkie bestie poszły w swoją stronę. Wyjęłam więc telefon, żeby dzwonić po pomoc w zejściu, ale wówczas okazało się, że sielska wieś leżąca z dala od głównych traktów, jest prawie całkowicie pozbawiona zasięgu dla telefonii komórkowej. Cóż. Postanowiłam zająć sobie czas, wierząc, że ktoś się w końcu zorientuje, że mnie brak.

– Reklama –

spot_img

Zrazu próbowałam jeszcze złapać zasięg, chodząc po stryszku, ale zrezygnowałam, kiedy noga zapadła mi się w podłogę po kostkę. Znalazłam za to resztki tymczasowego klubu nocnego: dużą stertę butelek po napojach wyskokowych, słoik z zapleśniałym kompotem rabarbarowym, materac z łóżeczka dziecięcego, stolik, lampkę nocną z abażurem w kolorze czerwieni strażackiej oraz samotną kartę z damą pik. Najwyraźniej spotykał się tu jakiś niskorosły klub brydżystów i wszyscy pili tak długo, aż ostatni z nich nie dawał rady wymówić słowa RABARBAR.

Być może byli do tego zmuszeni, tak jak ja, przez kozę z piekła rodem. Nie wiadomo, ile czasu musieli tak siedzieć.

Po jakichś dwudziestu minutach oglądania z niewygodnej belki kolekcji pajęczyn usłyszałam, że Aktualnie najdroższy mnie szuka nawołując. Acha, zgłodniał i pyta o obiad. Kozę spytaj.

-Jak ty tam wlazłaś?! Ja mówiłem, żeby tam nie włazić, bo zlecisz z połową sufitu.
-Długa historia. Dawaj drabinę, leży w pokrzywach.
-Ciebie na chwilę nie można zostawić, jak dziecko.
-Koza mnie tu zagoniła.
-Jaka koza? Tu żadnej kozy nie ma, indyki tylko widziałem. Trzeba płot postawić, bo nam indyki wlezą i będą grzebać wszędzie. Gdzie ta drabina, ja nie widzę.
-W pokrzywach, mówiłam. Indykównie widziałam, a agresywny kogut z bandą kur się tu zapędza, no i koza. Uważaj na nią, specjalnie wywaliła mi drabinę.
-Dobra, mam. Złaź.

Zlazłam przy akompaniamencie żarcików jak to koza kozę na drabinę zagoniła, bo Belzebub aka Behemot się oczywiście nie pokazał. Ale to był podstęp. Ta grupka lokalesów, która wówczas zdecydowała się na spacer, miała okazję zobaczyć jak te durne miastowe szybko przebierają nogami, goniąc w stronę samochodu. Z nimi, z głową nastawioną do wybęckania sadził Belzebub. Hyc! Hyc!

- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać