Y.H.-S.: Kiedyś Marian Jurczyk obronił mnie własną piersią przed swoją żoną, która się na mnie zamachnęła ścierką.
J.K.: Jeden z polityków któremu bardzo nie spodobał się mój tekst przesłał mi kosz kwiatów… sztucznych.
Aż nie chce się wierzyć, że dwie z pozoru delikatne kobiety są postrachem polityków w naszym mieście.
Piszecie o trudnych sprawach i dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn.
YNONA HUSAIM-SOBECKA: Jak spojrzymy na media ogólnopolskie, to w nich przy tego typu tematach też dominują kobiety: Justyna Pochanke, Anita Werner, Monika Olejnik.
A gdy spotykacie sympatycznego polityka, nie trudno zachować ten zimny dystans?
Y.H.-S.: My tak naprawdę rzadko piszemy o politykach. Raczej o tym, co robią. A to zdecydowana różnica.
JOLANTA KOWALEWSKA: Pisząc artykuł, nie dzielę polityków na „miłych” i „niemiłych”. Opisuję decyzje, które podejmują, patrzę na fakty. Jeżeli ten sympatyczny popełni błąd, coś przeskrobie, to będzie to tematem publikacji.
Po tylu latach przecież doskonale znacie wszystkich polityków na pamięć. Nikt nigdy nie chciał wykorzystać tej znajomości?
J.K.: Nigdy nie miałam takiej sytuacji.
Y.H.-S.: To graniczyłoby z manipulacją. Myślę, że politycy boją się nawet powiedzieć nam komplement. Wolą chyba nie próbować.
J.K.: Spotykam się z komentarzami, że jestem zasadnicza i wobec rozmówcy zachowuję dystans. Dzisiejszy przykład: rano byłam umówiona z jednym z polityków PO. Rozmawialiśmy po raz pierwszy. Przywitał mnie kawą i słowami: „słyszałem, że jest pani bardzo ostra”. Nie wiem skąd takie opinie. (śmiech)
Jak jest między Wami? Stoicie po jednej stronie barykady, a może zachowujecie do siebie taki sam dystans jak z politykami, bo pracujecie przecież w konkurencyjnych gazetach. Jak dobrze się znacie?
J.K.: Studiowałyśmy razem filologię polską. Byłyśmy nawet w jednej grupie. Po studiach okazało się, że większość naszej grupy wybrała dziennikarstwo.
Y.H.-S.: To prawda, ludzie z naszej grupy są teraz publicystami, rzecznikami prasowymi, pracują w Polskiej Agencji Prasowej, w „Kurierze Szczecińskim”, w Polskim Radiu, Jola w „Gazecie Wyborczej”, ja – w „Głosie Szczecińskim”.
Umówiliście się tak na studiach czy nie chcieliście za sobą tęsknić?
Y.H.-S.: Akurat gdy kończyłyśmy studia, nastąpiła zmiana warty w mediach, ginęła epoka PRL-u.
J.K.: Nie rozmawialiśmy o naszych planach, ale ja zawsze chciałam być dziennikarzem prasowym, stąd wybór właśnie takiego kierunku studiów. Do swoich koleżanek i kolegów z grupy dołączyłam trochę później. Po ukończeniu uczelni zajęłam się wychowaniem dziecka.
Y.H.-S.: Rozmawialiśmy tylko o tym, że nie widzimy się w roli nauczyciela. (śmiech) Chociaż ja spróbowałam. Miałam dwumiesięczny epizod nauczycielki w szkole średniej. Ale wiedziałam, że to nie dla mnie. Nigdy w życiu tak ciężko nie pracowałam jak wtedy, miałam dziewięć różnych klas. Szybko przeszłam do nowej, dopiero tworzonej gazety szczecińskiej.
J.K.: Ja miałam propozycję pracy w szkole podstawowej, ale jej nie przyjęłam. Pierwsza praca po studiach to była firma ubezpieczeniowa – francuska, właśnie wchodziła na polski rynek. Postanowiłam skorzystać z tego, że będę mogła czerpać wiedzę z doświadczeń koncernów zagranicznych. Specjalizowałam się w sprzedaży ubezpieczeń grupowych na życie. Próbowałam złamać monopol PZU, ale mi się nie udało. (śmiech) Trwało to tylko trzy miesiące. Zwolniło się miejsce w „Gazecie Wyborczej” i szybko porzuciłam sprzedaż polis.
Trudno przyzwyczaić się do rytmu tej pracy?
Y.H.-S.: Żyje się naprawdę szybko.
J.K.: Coraz szybciej. Jak zaczynałam pracę, to niektóre decyzje zapadały przez kilka dni. Teraz rano są inne ustalenia, wieczorem jeszcze inne. Często jest tak, że już wychodzę z redakcji, a tu dochodzą nowe fakty, pojawiają się nowe komentarze samorządowców czy polityków, których nie można pominąć i tekst trzeba zmieniać.
Y.H.-S.: Trzeba być cały dzień na bieżąco i mieć nad wszystkim kontrolę. Nie jest to proste.
Adrenalina musi być podniesiona do granic możliwości?
J.K.: Czasami ciśnienie jest wysokie. Dla mnie najważniejsze jest, by do momentu zamknięcia numeru gazety zebrać jak najwięcej szczegółów, ustalić jak najwięcej faktów, czasami znaleźć to drugie dno. Trochę nerwów jeszcze do niedawna kosztowały mnie relacje z sesji. Zbliżał się czas zamykania wydania gazety, redakcja czekała tylko na mój tekst. Zarezerwowana pierwsza strona, a tu radni ogłaszają przerwę za przerwą, uchwał nie podejmują, kluczowe rozstrzygnięcia nie zapadają. Ostatnie newsy „wrzucałam” w ostatniej chwili. Teraz w polityce szczecińskiej troszeczkę się uspokoiło. Radni już krócej obradują. Przed dwudziestą można wyjść.
Y.H.-S.: Oj, a nie pamiętasz, jak uchwały dotyczące szpitala miejskiego były podejmowane o drugiej w nocy?!
W takim razie ile godzin ma Wasz dzień pracy?
J.K.: Wolę nie liczyć. (śmiech)
Y.H.-S.: Nigdy to nie jest osiem godzin. Dlatego tak trudno się z nami umówić, trudno przewidzieć, kiedy skończymy pracę.
Dlaczego polityka? Dziedzina męska i brutalna…
J.K.: Nigdy nie chciałam być dziennikarzem politycznym, ale mój poprzednik już miał dosyć i zwolnił się z redakcji. Od redaktora naczelnego otrzymałam propozycję, by zająć jego miejsce. Okazało się, że polityka bardzo szybko mnie wciągnęła.
Y.H.-S.: Polityka jest fascynująca. Wciąga jak narkotyk. Żaden dziennikarz polityczny nie będzie chciał pisać już o czymś innym. Wszystko inne będzie mu się wydawało mdłe.
Czy są w Szczecinie politycy z klasą?
Y.H.-S.:Jest ich naprawdę niewielu. Nie lubię jak polityk przed ósmą rano dzwoni do mnie z pretensjami, jak mogłam o nim tak napisać? Potrafi swoje żale wylewać w słuchawkę przez 40 minut! Drugie moje ulubione pytanie: „czy kiedyś o mnie pani coś dobrego napisze?”. Większość polityków niestety nie ma dystansu do tego co robi i co się o nich pisze.
Głośno było niedawno o aferze Moniki Olejnik z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Czy miałyście kiedyś podobne problemy? Ktoś Was zastraszał?
J.K.: Nikt do mnie nie wykrzykiwał, że mnie wykończy. Większość dzielnie zagryza zęby i nic nie mówi. Zdarza się, że otrzymam SMS-a. Zwykle jest on treści typu: „jestem rozczarowany, nie spodziewałem się”. Tylko poseł PO Sławomir Nitras oświadczył, że pozwie mnie do sądu, bo zacytowałam wypowiedzi polityków, którzy go obrażają. Chodzi o mój artykuł, w którym opisałam przebieg przypadkiem nagranej słynnej już rozmowy między prezydentem Świnoujścia a przewodniczącym tamtejszej rady. Panowie w niepochlebny sposób wypowiadali się o Nitrasie. Użyli wulgaryzmów, ale wymieniali się też informacjami, że konkurs na prezesa Zarządu Morskich Portów Szczecin i Świnoujście był ustawiony. Poseł próbował wstrzymać wydrukowanie zapisu tej rozmowy.
Y.H.-S.: Jeden z polityków zadzwonił do mnie kiedyś z groźbami. W ostatnim momencie włączyłam dyktafon w telefonie komórkowym. Były to teksty w stylu: „różne przypadki chodzą po ludziach, proszę uważać, przecież pani ma dziecko”. Mój ówczesny redaktor naczelny przekonywał mnie, że powinnam oddać sprawę do prokuratury. Zdecydowałam się jednak na rozmowę z prezydentem. Przedstawiliśmy mu fakty i groźby się skończyły.
Czy te wszystkie groźby są na tyle prawdziwe, żeby w nie wierzyć?
J.K.: Może sobie nie przypominam, ale gróźb nie miałam. Najbardziej nerwowa reakcja na mój artykuł to wspomniana wcześniej próba wstrzymania publikacji przez posła Nitrasa.
Y.H.-S.: Mirosław Czesny, były już wiceprezydent, kiedyś powiedział, że jestem gorsza niż ty. Mniej więcej raz w tygodniu miał już przygotowany pozew do sądu przeciw mnie.
J.K.: (śmiech)
Y.H.-S.: Był to drugi polityk, który mi to powiedział. Pierwszym był Marian Jurczyk, który nas permanentnie mylił. Ja wtedy miałam dłuższe włosy, ale też byłam blondynką.
J.K.: Było tak, że ja pisałam teksty, a ona za nie obrywała. (śmiech)
Y.H.-S.: (śmiech)
J.K.: Inka zadawała pytania, a ja otrzymywałam odpowiedzi.
Y.H.-S.: Naprawdę było to coś niesamowitego. Ale pamiętam też, jak kiedyś Marian Jurczyk obronił mnie własną piersią przed swoją żoną, która się na mnie zamachnęła ścierką. (śmiech) Zaprosił mnie do swojego domu zaraz po wyborach prezydenckich na pierwszy wywiad. Jego żona, jak zobaczyła w drzwiach blondynkę, była przekonana, że to jest Jola.
J.K.: Mi się zdarzyło jeszcze, że jeden z polityków, któremu bardzo nie spodobał się mój tekst, przesłał mi kosz kwiatów… sztucznych. Do tej pory stoją w redakcji. (śmiech)
Które rzeczy fajnie się wspomina?
Y.H.-S.: Czasem zdarzają się śmieszne historie, a czasem niebezpieczne. Kiedyś walczyłam o życie w samochodzie. Podczas którejś kampanii wyborczej przyjechał do Szczecina Donald Tusk. Okazało się, że mogę z nim przeprowadzić wywiad jedynie w samochodzie w drodze z Polic do Szczecina. Zostałam wtedy wepchnięta do auta, w którym siedział zdziwiony aktualny premier. Samochód prowadził jeden ze znanych parlamentarzystów…
Kto to był?
Y.H.-S.: (śmiech) Nie powiem… Znany jest jednak z tego, że przepisy drogowe nie stanowią dla niego ograniczeń.
J.K.: (śmiech) Ja już wiem kto to!!
Y.H.-S.: (śmiech) Łamał wszelkie możliwe zakazy, my w tym czasie rozmawialiśmy. Policja, która próbowała nas pilotować, robiła wszystko, by nas jakoś chronić. A on cały czas wyprzedzał. Nawet nie na trzeciego, tylko na czwartego! Cudem dotarliśmy cali i zdrowi. Dopiero przesłuchując taśmę z nagraniem rozmowy, zwróciłam uwagę, że raz po raz z Donaldem Tuskiem wyjątkowo zgodnie krzyczeliśmy: „uważaj!!!!!”.
Nie myślałyście o tym, że zaistnieć też w radiu lub w telewizji?
Y.H.-S.: Współpracuję z radiem, a teraz dostałam propozycję prowadzenia rozmów z politykami w telewizji.
J.K.: Jestem zbyt dużą indywidualistką. Telewizja to jednak praca zespołowa. Pamiętam jak z dziennikarką TV Szczecin Magdą Jagiełło-Kmieciak robiłyśmy wspólnie materiał, który dotyczył gróźb wyzbycia się przez aeroklub kawałka lotniska. Rozmówcy poumawiani czekali na płycie lotniska, mieli mało czasu. Odliczali minuty, a my czekałyśmy na wóz , operatora i kamerę – ekipa nie zdążyła na czas wrócić z innych zdjęć. Materiał wisiał na włosku. Na szczęście zdążyłyśmy z kamerą. W gazecie jestem bardziej niezależna i to mi odpowiada.
Rodzina wytrzymuje Wasz system i tryb pracy?
J.K.: Nie wiem, czy ja byłabym w stanie znieść dziennikarza w rodzinie. Ale moi bliscy się przyzwyczaili. Teraz córka ma już 17 lat i świetnie sobie radzi, mąż również. Chociaż były momenty, że przeżywali to, co się dzieje w pracy. Moja córka była przerażona, gdy dowiedziała się, że mam sprawę sądową z panem ze światka przestępczego. Nie spodobało mu się, że nazwałam go gangsterem.
Y.H.-S.: Nikt nie ma pewności kiedy wrócę do domu. Rodzina przyjmuje to nad wyraz spokojnie.
J.K.: Gdy jest kampania wyborcza, to nawet na chorowanie nie możemy sobie pozwolić. Podczas jednej z ostatnich kampanii pracowałam tak intensywnie, że pojawiły się u mnie problemy zdrowotne. Trafiłam do szpitala. Leżałam pod kroplówką. Jedna ręka była zajęta, bo miałam wpięty wenflon, a drugą odbierałam ciągle dzwoniący telefon. Non stop wydzwaniali członkowie sztabów wyborczych, dzwonili też spanikowani redakcyjni koledzy, którzy nagle musieli pisać o polityce. Dyktowałam teksty przez telefon.
Jak radziłyście sobie, gdy dzieci były małe?
J.K.: Nie wiem, jak mi się to udawało… Wiem natomiast, że moja córka zawsze ostatnia przychodziła do przedszkola – dziennikarze prasowi nie muszą być wcześnie w pracy, kolegia zaczynamy o dziewiątej, dziesiątej. Niestety, jak ja ją odbierałam, nie mąż, to wychodziła też ostatnia. Wpadałam na ostatnią chwilę.
Y.H.-S.: Właśnie z tego powodu mój syn zawsze się spóźniał na śniadania w przedszkolu.
Jak odreagowujecie stres?
J.K.: U mnie jest to jazda konna. Zawsze w weekendy jeżdżę do zaprzyjaźnionego gospodarstwa w Brzózkach – 35 km za Szczecinem. I nie zamierzam z tego hobby rezygnować. Gdy w niedzielę wypada redakcyjny dyżur, to wstaję o szóstej rano, by jeszcze przed pracą zaliczyć przejażdżkę po Puszczy Wkrzańskiej.
Y.H.-S.: Mnie pomagają spotykania ze znajomymi spoza branży. Rozmawiamy na wszystkie inne tematy, tylko nie o polityce. Poza tym tańczę flamenco, daje ono dużo dobrej energii. W zeszłym sezonie był to taniec nowoczesny.
A jak często chodzicie na szpilkach?
Y.H.-S.: Notorycznie! Uwielbiam szpilki! W ogóle buty to jest tak naprawdę moja jedyna słabość.
J.K.: Czasami założę, ale przy mojej pracy to niepraktyczne. Kiedyś miałam w planach napisanie tylko relacji z konferencji prasowej, a w ciągu dnia okazało się, że powinnam pojawić się także na placu budowy – szpilki ugrzęzły w błocie.







