„Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel” – śpiewał przed laty zespół Perfect. I ten fragment wielkiego przeboju idealnie pasuje do sytuacji, która zaistniała w Szczecinie. O stanowisko prezydenta miasta powalczy trzech kandydatów – dotychczasowy włodarz miasta Piotr Krzystek, szansa Nowej Lewicy Bogdan Jaroszewicz i wielka nadzieja PiS Zbigniew Bogucki. Jakie mają wizję Szczecina, co chcą zmienić, w którą stronę zmierzać? Prestiż postanowił znaleźć odpowiedzi na te pytania. Może one posłużą mieszkańcom jako wskazówka przy podejmowaniu decyzji już niedługo – 7 kwietnia.
Magazyn Szczeciński Prestiż jest czasopismem life stylowym. Stara się nie epatować Czytelników bardzo poważną tematyką przynależną raczej pismom o innym profilu. Ale czasami przychodzi taki czas, że trzeba nieco poważniej spojrzeć na pewne sprawy. A do nich na pewno zaliczają się wybory samorządowe, a zwłaszcza nasze decyzje, kto zostanie prezydentem stolicy Pomorza Zachodniego. To przecież poważna sprawa, komu w ręce oddany zostanie los mieszkańców oraz miasta na następnych kilka lat. Bo jak napisał pewien francuski pisarz: „Nie zdawajmy się na los, bo to wymówka dla tych, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności za własne życie”.
Twardy gracz
Urzędującego prezydenta Szczecina Piotra Krzystka chyba mieszkańcom przedstawiać nie trzeba. Pełni swoja funkcję już od lat. Dla jednych to jeden z najlepszych okresów w historii miasta, pełnego nowych, znaczących inwestycji, szybszego rozwoju Szczecina, dla innych to czas upadku znaczenia Grodu Gryfa, jego marginalizacji, braku istotnych przedsięwzięć, zwiększającego się zadłużenia. Nikt jednak nie kwestionuje, nawet jego polityczni oponenci i przeciwnicy w wyborach na prezydenta miasta, że Krzystek jest zdecydowanym faworytem w tegorocznej kampanii samorządowej. I ma nawet szansę wygrać w pierwszej turze. Czy warto go obdarzyć zaufaniem na kolejne lata? A może „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym” – przytaczając fragment kolejnego przeboju Perfectu?
Prestiż: Kiedy Pan podjął ostateczną decyzję: „tak, startuję”?
Piotr Krzystek: To zawsze jest pewien proces. Naturalnym jest, że nasuwają się pytania „co dalej?”. Ostateczne odpowiedzi w głowie pojawiają się kilka miesięcy przed planowanym terminem wyborów. Niemniej wtedy to czas wielu rozmów z najbliższymi, pewne ustalenia ze współpracownikami. Następnie decyzję można ogłosić.
Startuję, bo….
… bo kocham Szczecin. Mam siłę, mam pasję i mnóstwo pomysłów, jak zmieniać Szczecin na lepsze.
Czy nie ma Pan już dosyć Szczecina, mieszkańców miasta, ich spraw i problemów? Każdy ma prawo poczuć się po tylu latach pełnienia tak odpowiedzialnego stanowiska zmęczony. Czy Panu się jeszcze chce rządzić stolicą Pomorza Zachodniego?
Gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości, to bym nie startował. Praca na rzecz miasta i z mieszkańcami mnie napędza. Daje takiego pozytywnego kopa, choć trzeba przyznać, że uczy też twardego stąpania po ziemi. Istotne jest także to, że nie robię tego sam. Jestem dumny z zespołu ludzi, których udało mi się dobrać. To profesjonaliści, na których mogę liczyć w każdej sytuacji.
Jeżeli Pan wygra, to jaki ma plan, strategię rozwoju Szczecina na najbliższe lata? Tak w skrócie.
Przez ostatnie lata przeprowadziliśmy w Szczecinie wiele ciekawych projektów i zrealizowaliśmy mnóstwo inwestycji, które poprawiają komfort życia mieszkańców. A co przed nami? Nasz program budowany jest wokół trzech filarów: społeczeństwo, ekologia i infrastruktura, gospodarka i rozwój. Dam po jednym z przykładów dla każdego z tych obszarów (więcej jest ich oczywiście w całym programie dostępnym na stronach Kolacji Samorządowej). Chcę poświęcić energię m.in. na program wsparcia psychologicznego dla dzieci — to w sferze społecznej. Ekologia i infrastruktura – tutaj głównym tematem będzie transport publiczny – modyfikacja siatki połączeń w kontekście uruchomienia kolei metropolitalnej, ale także samowystarczalność energetyczna. Gospodarka i rozwój to przede wszystkim przekształcenia na Łasztowni oraz most Kłodny. Chce także poświęcić więcej uwagi rozwojowi sektora IT, tak aby wygenerować więcej dobrze płatnych miejsc pracy i zleceń dla firm z tego obszaru. Generalnie w przyszłej kadencji chcę skupić się bardzo na jakości życia. Chciałbym, aby Szczecin był po prostu fajny, aby był miastem, w którym chce się być.
A jeżeli Pan przegra, taką teoretyczną możliwość również trzeba wziąć pod uwagę, to co będzie Pan robił? Ma Pan jakiś pomysł na siebie w odwodzie?
Zawsze z pokorą podchodzę do decyzji mieszkańców. Jeśli taka będzie ich wola, oczywiście ją uszanuję – z zawodu jestem radcą prawnym i w tych tematach zawsze starałem się być na bieżąco, więc na pewno będę miał czym się zająć. Chciałbym także wykorzystać doświadczenie samorządowe, które zdobyłem dzięki prezydenturze.
Czy ma Pan siły na kampanię wyborczą? Czy nie boi się jakichś brudnych chwytów ze strony konkurencji? Czy w takim przypadku z Pana strony będzie to nadstawianie drugiego policzka, elegancki pojedynek bez względu na słowa i uczynki przeciwników, czy raczej będzie to walka na śmierć i życie, cios za cios?
Kto mnie zna, ten wie, że zawsze merytorycznie podchodzę do tematów. W moich kampaniach nie było i nie będzie brudnych zagrywek czy nieeleganckich zachowań. Idę z pozytywnymi przekazami i to zawsze skutkuje. Będę dyskutował na argumenty. A tych mam sporo, znam też bardzo dobrze Szczecin. Dlatego nie boje się, żadnej konfrontacji na argumenty.
Czy to będzie kampania pt. „Piotr Krzystek jest wszędzie” – w pracy, na ulicach, w autobusie i tramwaju, w mediach, w sklepie, grający w piłkę, na rowerze, nad talerzem zupy itp.? Czy raczej stonowana, subtelna, taktowna, ale np. z poczuciem humoru, zaskakująca pomysłowością realizacyjną? A może wyciągnie „jakiegoś” asa z rękawa? Jakiego Piotra Krzystka chce Pan pokazać?
Ta kampania, podobnie jak wszystkie nasze poprzednie, będzie spójna, prowadzona planowo i przede wszystkim z naciskiem na prezentację naszych kandydatów, czyli osób z dokonaniami, zaangażowaniem i doświadczonych samorządowców, bo takie osoby mamy na listach Koalicji Samorządowej. Poza tym, każda kampania jest inna. I przyznam szczerze, że ten czas jest szczególny – z jednej strony pozytywny, bo mam więcej czasu na spotkania z mieszkańcami, z drugiej nieco nerwowy i intensywny. Oczywiście nieraz, gdy pojawiam się na mieście, słyszę komentarze, że to przez wybory. Natomiast jeśli ktoś śledzi media społecznościowe, to wie, jak często staram się być poza urzędem. Stale mam kontakt z mieszkańcami. I wynika to z faktu, że tak rozumiem swoją funkcję i po to wybierali mnie mieszkańcy. Kampania wyborcza nie ma tu nic do rzeczy. Mogę przywołać choćby pierwszy dzień po wygranych wyborach w 2018 roku. Kurz wyborczy jeszcze dobrze nie opadł, ja nie byłem zaprzysiężony, a już byłem na spotkaniu u harcerzy seniorów. Bo zaprosili, chcieli się spotkać, porozmawiać i podziękować za współpracę. I tak pracuję każdego dnia, staram się być blisko mieszkańców i ich spraw – choć wiadomo, że gdy mieszkańców jest 400 tysięcy, to nie wszystkich spotkam – no ale próbuję.
Na czyje głosy szczególnie Pan liczy? Kogo chce tym razem najbardziej pozyskać?
Słyszę głosy poparcia od osób starszych. Rozmawiam z młodymi, też podoba im się to, co dzieje się w Szczecinie. Zależy mi na grupie osób pracujących, prowadzących biznesy – oni budują PKB Szczecina, wiem, że bez nich nie ma rozwoju. W propozycjach na nową kadencje mamy projekty zarówno z myślą o osobach młodych, tych aktywnych zawodowo, jak i o seniorach. Wybory są też pewną oceną dotychczasowej pracy. A ja mam przekonanie, że razem zrobiliśmy naprawdę wiele pięknych rzeczy.
Szansa Lewicy
Bogdan Jaroszewicz – szczecinianin, który od kilku lat pełni funkcję zastępcy burmistrza Nowogardu. W wyborach zmierzy się ze swym dawnym szefem – był kiedyś zastępcą prezydenta Piotra Krzystka odpowiedzialnym za rozwój gospodarczy miasta. Lewica głośno przechwala się, że to dzięki niemu Szczecin zyskał m.in. nową filharmonię oraz halę widowiskową. – Nasz kandydat wyróżnia się na tle innych lewicową wrażliwością i takim podejściem do spraw społecznych – zachwalał Jaroszewicza w mediach Dawid Krystek, wicewojewoda i jeden z liderów Nowej Lewicy. Czy jest faktycznym zagrożeniem dla urzędującego prezydenta, czy też ma być tylko dowodem, że z Lewicą w Szczecinie wcale nie jest tak źle?
Czym Pana skuszono, jakich argumentów użyło kierownictwo szczecińskiej Nowej Lewicy, że zdecydował się Pan kandydować na prezydenta miasta w nadchodzących wyborach samorządowych?
Bogdan Jaroszewicz: To był długi proces. Dawid Krystek, jako szef miejskich struktur Lewicy, zapowiadał już ponad dwa lata temu, że wybór zostanie dokonany spośród kilkorga kandydatów. Ten temat był konsultowany ze strukturami partyjnymi, ale też z liderami lokalnych społeczności. Kilkanaście dni temu zarekomendowano mnie jako kandydata Nowej Lewicy na prezydenta Szczecina. Co mnie skusiło? Nie byłem kuszony, ale świadomie podjąłem wyzwanie. Ja lubię tworzyć i działać. Za mną w roli wiceprezydenta jest kilkanaście inwestycji przeprowadzonych w Szczecinie. Są lepsze i te, które można poprawić. Wiem, że nie będzie łatwo, będę walczyć z obecnym prezydentem, moim byłym szefem. To na pewno dużo walki, dużo potu i dużo łez – mam nadzieję – radości. Ale mam nadzieję, że zakończy się to dobrym wynikiem dla Lewicy, dla Szczecina.
Konsultował Pan swoją decyzję o starcie w wyborach z rodziną?
Oczywiście. Zawsze konsultuję takie decyzje z najbliższymi, trzymają za mnie kciuki, są ze mną. Ale wiemy, jak wygląda zarządzanie w dużej strukturze i to wymaga akceptacji tego faktu przez najbliższych.
Nie było takich głosów: „Siedź tam, gdzie jesteś, nie pakuj się w to, wiesz co się z tym wiąże, po co ci to”?
A Pana pytają, po co Panu praca dziennikarza? Moi najbliżsi są przyzwyczajeni od lat, że co jakiś czas wracam do dużej polityki i to się odbija, niestety, na życiu rodziny, brakiem czasu dla niej tym, że nie zawsze się jest w dobrej kondycji fizycznej. Brakuje snu, a funkcjonować trzeba i załatwiać sprawy dla mieszkańców i obywateli w terminie. Czasami ważny telefon spowoduje, że wspólny obiad trzeba przełożyć, a tu już ziemniaki wstawione. Nie jest to więc nowość dla mojej rodziny. Przełykają to jakoś, tę gorzką pigułkę, wiedząc, że to kolejny etap w moim życiu, w którym muszę uczestniczyć, podnieść przyłbicę, stawić czoła i iść dalej. Praca z ludźmi i dla ludzi wciąga, jak za dawnych czasów gra kapslami w wyścig pokoju.
Przygotowuje się Pan jakoś specjalnie do zbliżającej się kampanii wyborczej, np. kondycyjnie?
Oczywiście. Staram się zadbać przede wszystkim o sen, bo to podstawa. Pracowałem już z prezydentem Krzystkiem, teraz pracuję dla burmistrza Nowogardu i wiem, że deficyt snu niekorzystnie wpływa na funkcjonowanie każdego z nas, szczególnie gdy trzeba podejmować ważne decyzje, skutkujące np. pozyskaniem środków finansowych lub też ich utratą. Trzeba mieć bystry, jasny i trzeźwy umysł. Kondycyjnie? Są to kijki i spacery, trucht, czasami spacer po parkach i ulicach Szczecina. Ostatnio frajdę zaczęło mi na nowo sprawiać jeżdżenie rowerem.
Jaka będzie ta kampania? Kulturalna, merytoryczna, na argumenty, czy może jednak jakieś brudne chwyty, ciosy poniżej pasa?
Pan pozwoli, że nie zdradzę szczegółów, tak samo jak przepisu babci na pierogi. Obserwując scenę polityczną od wielu lat, krajową i samorządową, nie przypuszczam, żeby to była kampania kulturalna. Zakładam, że wszystkie chwyty będą dozwolone. Każdy chce zdobyć jak najlepszy wynik i wygrać z obecnym prezydentem. A niektórzy będą chcieli używać w tym celu wszelkich metod. Ja preferuję w polityce zasady dżentelminizmu, walki na argumenty. Ale nie sądzę, aby tym razem było miło, przyjemnie, raczej będzie ostro. Mam zespół ludzi, z którymi do kampanii szykujemy się do wyborów od roku w partii. Są osoby odpowiedzialne za okręgi miasta Szczecin oraz za współpracę z kandydatami do Sejmiku. Trzeba skoordynować działania wolontariuszy w różnym wieku. Jestem pod wrażeniem informacji z propozycjami wsparcia. To napawa optymistycznie. A jak sobie przypomnę, że kiedyś był telefon na biurku, to zastanawiam się, jak funkcjonowaliśmy.
Czy z Nowogardu patrzy się na Szczecin inaczej? Z odległości pewne problemy miasta można ocenić w różny sposób?
Pomimo tego, że pracuję w Nowogardzie, to nadal mieszkam w Szczecinie. Żyję w nim, wracam do niego, tu robię zakupy, tutaj uprawiam sport, obserwuję, co się w nim dzieje, jak się zmienia i co można w nim naprawić. Jadę autobusem z mojej dzielnicy, później tramwajem i pociągiem do Nowogardu. To jest ekologiczna podróż. To możliwość posłuchania ludzi jakie mają potrzeby i co chcą zmieniać w Szczecinie. Wszystkie uwagi notuję. Przede wszystkim ważne jest, aby Szczecin wrócił do ekstraklasy. Pewne decyzje w tej sprawie zapadły kilkanaście lat temu. Konkurowaliśmy wtedy z Wrocławiem i postawiono na Wrocław. Liczę, że przy obecnej konfiguracji rządowej Szczecin wróci do ekstraklasy polskich miast. Jednak do tego jest potrzebny prezydent aktywny, z politycznymi relacjami w obecnym rządzie. Szczecin musi być stabilny dla mieszkańców i zapewniać rozwój. Trzeba ulepszyć układ komunikacyjny, ten system, który jest krwiobiegiem miasta, on musi być sprawny. Trzeba poprawić transport zbiorowy, obecny prezydent z tym się boryka od dawna. Potrzebujemy większej cykliczności i punktualności autobusów i tramwajów, które będą skomunikowane z pociągami. Czekamy też wszyscy na środki z KPO. Trzeba również wesprzeć szczecińską kulturę. Nie możemy oczekiwać od teatrów i Fabryki Wody, że będą zarabiać na swoje utrzymanie. W jaki sposób? Nie będę ujawniał wszystkich swoich pomysłów, bo czekam na oficjalne rozpoczęcie kampanii przez Lewicę. Wtedy ujawnię mój program ze szczegółami. Nowogard to atrakcyjne miasto na weekend na wyprawę nad jezioro, spacer po lasach. To miasto z bogatą historią. W pewien sposób to miasto, które dla Szczecina jest konkurencją w zakresie atrakcyjności dla inwestorów. Ono mnie nauczyło też pokory, bo tam kontakt mieszkaniec-burmistrz jest bardzo szybki.
Wygra Pan?
To takie pytanie jak przed rozprawą sądową – czy przekona się skład orzekający, czy też nie (śmiech). Mieszkańcy ocenią mój program, moje pomysły, zdecydują, czy ich przekonałem, czy też nie. Szczecin to miasto z ludźmi z potencjałem, razem wygramy. Gdybym nie wierzył, to bym nie startował.
Nadzieja PiS
Zbigniew Bogucki – adwokat, który energicznie wkroczył na polityczną scenę miasta i regionu. Aktualnie poseł PiS ze Szczecina, choć do niedawna jeszcze był wojewodą zachodniopomorskim. Jego sprawna kampania wyborcza do parlamentu wzbudziła uznanie nawet u jego przeciwników oraz popłoch wśród innych kandydatów do stołka na Wiejskiej we własnej partii. Wygrał i szybko pnie się po szczeblach partyjnej kariery. Niedawno został wiceszefem zachodniopomorskiego PiS i jednocześnie szefem tego ugrupowania w okręgu szczecińskim.
Czy kandydowanie na prezydenta Szczecina to był Pana pomysł, czy po prostu otrzymał Pan tzw. propozycję nie do odrzucenia?
To nie było tak, że to była propozycja nie do odrzucenia. Ja bardzo mocno pracowałem przez te trzy lata będąc wojewodą zachodniopomorskim. To był bardzo trudny czas dużych wyzwań dla regionu i dla nas wszystkich m.in. pandemia, przyjęcie uchodźców wojennych z Ukrainy, kryzys odrzański. Ten urząd dał mi bardzo duże doświadczenie i wiele nauczył. Spotkaliśmy się więc chyba gdzieś w połowie drogi. Z jednej strony myślałem o starcie na urząd prezydenta Szczecina, z drugiej był też taki pomysł z mojego środowiska politycznego, żebym w tych wyborach wziął udział, i tak do tego doszło. Zatem ani nie było tak, że to był wyłącznie mój pomysł, ani tak, że to było tylko wskazanie ze strony partii politycznej.
Chciałby Pan wygrać?
Zawsze chcę wygrać. Każdy kto startuje w wyborach, w zawodach, wychodzi na boisko, na ring, chce wygrać. Startuję w tych wyborach i, to być może dla niektórych zabrzmi zaskakująco śmiało, ale tak – chcę wygrać. Myślę, że mogę te wybory wygrać. Oczywiście, nie jestem w nich faworytem i trzeba to sobie jasno powiedzieć. Mamy prezydenta, który wygrał już czterokrotnie, ale m.in. właśnie z tego powodu przyszedł czas na zmiany, czas pewnego przeformatowania tego, co się dzieje w Szczecinie, nowego, świeżego spojrzenia. Wielu mieszkańców na pewno to dostrzega. Ale żeby była jasność. To nie jest tak, że przez ostatnie kadencje wszystko działo się źle. Mówiąc tak, byłbym nieuczciwy. Niemniej wiele rzeczy się po prostu nie wydarzyło, wiele jest opóźnionych, wiele szans Szczecinowi uciekło. Mamy atuty, ale za mało je wykorzystujemy. Powinniśmy być dzisiaj naprawdę liczącą się aglomeracją, na pewno w Polsce, a docelowo w Europie. Dziś pod rządami starego prezydenta gramy jak drużyna, które, jest w szerokiej ekstraklasie polskich miast, ale gra zawsze tylko aby z niej nie spaść. My nigdy nie walczymy o mistrzostwo. A stać nas na to. Nie dogonimy oczywiście Warszawy, ale z Wrocławiem, Poznaniem, Trójmiastem powinniśmy rywalizować z równymi szansami na zwycięstwo, a tak w czasie rządów obecnego prezydenta miasta nie jest.
Jaki jest Szczecin teraz Pana zdaniem?
Szczecin się wyludnia. To też sygnał, że ludzie głosują nogami, nie widzą swojej przyszłości w Szczecinie. Wielkim zaniedbaniem prezydenta jest brak otwartości na Skandynawię. Wszyscy chyba pamiętamy film „Młode wilki”. Opowiadał on o Szczecinie jako mieście, gdzie wszystko toczy się trochę na wariackich papierach, był to przecież początek lat 90, często niezgodnie z prawem, do czego oczywiście nie chcemy wracać, ale jednocześnie był miastem niezwykle dynamicznym, chcącym się rozwijać, żyć, wręcz pędzić do przodu. Dzisiaj Szczecin nie ma takiego dynamizmu rozwojowego, jaki powinien mieć, nie oddycha pełną piersią. Jesteśmy takim przeciętnym uczniem na trójkę z plusem, a powinniśmy być i możemy być prymusem na szóstkę. W niektórych branżach powinniśmy być zadecydowanym liderem. Musimy np. wracać do morskości, zwracać się ku wodzie, ku innowacyjnym, nowopowstającym branżom. Tego prezydent albo w ogóle nie robi, albo zaczął podejmować działania zbyt późno i rachitycznie, mówię np. o bulwarach, ale nie tylko. Mówię także o sferze turystycznej, gospodarczej i społecznej. Poza tym patrząc na pewne inwestycje mam wrażenie, że leczą one jakieś kompleksy rządzących. To takie pomniki nie ze spiżu, ale z aluminium, betonu, coś takiego co pozostanie po marszałku, po prezydencie… Nie tędy droga. Najpierw muszą być ludzie, wsparcie ich pomysłów, inicjatyw, bo to oni tworzą lepszą rzeczywistość, a nie mury.
Pana kandydatura zaskoczyła Pańskich znajomych, przyjaciół?
Dla rodziny i przyjaciół, bliskich znajomych to nie było zaskoczenie. Od dłuższego czasu rozmawialiśmy, że taki wariant, taki scenariusz może być realizowany. Także od pewnego już czasu w Szczecinie, w mediach ta informacja krążyła. Decyzję podjąłem, kiedy bardzo mocno przemyślałem argumenty za oraz przeciw, ale też była akceptacja mojego środowiska politycznego i głosy całkiem sporej liczby osób spoza tego środowiska.
A znajomi nie mówili: „Zbyszek, po co ci to? Jesteś posłem, fajna fucha, stała pensja, praca pewna, rozwojowa, dająca pewne nowe możliwości. A prezydent Szczecina to ciężka, trudna i wyczerpująca praca, dziesiątki różnych spraw, użeranie się z ludźmi”.
To doświadczenie wojewody, ten czas, który był dla mnie absolutnie najważniejszym w życiu zawodowym, pokazał mi ważne sprawy. Przyszedłem na to stanowisko z sejmiku województwa, organu uchwałodawczego, a nie wykonawczego. Zobaczyłem wtedy, jak wielka jest różnica między nimi. Jak można podejmować konkretne decyzje, które zmieniają rzeczywistość. Oczywiście wiąże się to z olbrzymią odpowiedzialnością, jak też ryzykiem popełniania błędów. Najważniejsze jednak jest to, że będąc wojewodą czy prezydentem miasta można, w dialogu z mieszkańcami, zrobić coś dobrego, namacalnego, co służy i pomaga ludziom, i pozostawić wspólny dobry ślad – lepszą rzeczywistość.
Kampania już się zaczęła. Ma Pan jakieś „asy w rękawie”, wyjmie Pan jakiegoś „królika z kapelusza”?
W trakcie mojej konwencji programowej pokazałem bardzo jasno, co chcę zrobić i to w taki czarno-biały sposób. Życie jest pełne szarości, a my potrzebujemy konkretnych rozwiązań, bez tłumaczenia i bez uciekania przed odpowiedzialnością. Zaprezentowałem, co chcę w Szczecinie zmienić i to muszą być zmiany zdecydowane, ale i też to, co chcę utrzymać. Jestem ostatni, który by powiedział, że trzeba wszystko wywrócić do góry nogami i zacząć budować od nowa. Takich ludzi należy się bać. Ja pokazałem jako wojewoda, że jestem człowiekiem o umiarkowanych poglądach, otwartym na współpracę z ludźmi o różnych światopoglądach, ale jednocześnie zdecydowanym i nie bojącym się podejmować trudnych decyzji.











