- Reklama -
spot_img

Widok z okna w Le Gras

Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.
Anna Ołów-Wachowicz
Szczecinianka z wyboru, twórczyni popularnego fejsbukowego bloga „Jest Sprawa”, którego teksty powędrowały na scenę tworząc spektakle „My hrabiny nie płaczemy” oraz „Hrabiny Przodem”. Nominowana do Szczecińskich Szczupaków w 2023 r. Autorka monodramu „Frida. Kolekcjonerka z Westendu” nagrodzonego w Bursztynowym Pierścieniem oraz tekstów dla sceny kabaretowej Czarnego Kota Rudego. W 2024 roku wydała książkę pt. „My Hrabiny. Myślę, więc zapisałam”. Stanowi tandem twórczy z Olgą Adamską, aktorką Teatru Polskiego.

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

 

To takie niezwykłe zjawisko: fotografia, chwila złapana na zawsze. Towarzyszy nam od tak dawna, że nie wyobrażamy sobie już bez niej rzeczywistości. Niedługo pierwsza udana trwała fotografia, która została wykonana przez Nicéphore’a Niépce’a skończy 200 lat!

Już nasi dziadkowie byli chętnie uwieczniani na zdjęciach jako słodkie golaski na niedźwiedziej skórze, co miało miejsce w lokalnym zakładzie fotograficznym. Stąd możemy wyraźnie zobaczyć jak uroczym bobasem był niegdyś zrzędliwy dzisiaj dziadek Henio. Fotografie rodzinne z tamtych czasów były uroczyste i wyprasowane, bo wizyta u fotografa to było coś. To było planowanie kreacji i fryzury, ustawianie i pozowanie. Słusznie. Patrząc teraz na fotografię pradziadków i pyzatego jeszcze wówczas dziadka mojej córki myślę o nich z mimowolnym szacunkiem – oto założyciele, przodkowie. Stateczni i poważni. Nasza, mocium panie, dynastia z kieleckiego.

Sami mamy krocie zdjęć, bo i ojciec się uczył, jak je robić i wywoływać w zaciemnionej łazience bez okna („Taaatoo, wyłaź, muszę siku!”. „Irena, nie wchodź mi teraz, naświetlam!”), a i każdy miły wujek chętnie obfotografowywał nową Zorką czy Smienką lub (o luksusie!) Kodakiem, wszystkich zaprzyjaźnionych. Podziwiamy teraz na zdjęciach ciocię Danę i kuzyna Zenka palących nonszalancko papierosy nad raczkującym kuzynostwem, stół z zastawą projektu Drosta i meblościankę w tle. Mamę na leżaku, w okularach muchy i szydełkowym bikini – na plaży w Mielnie. Pierwszego golfa dwójkę w kolorze puszkowanego groszku i ojca z baczkami, plerezą, w bistorowych dzwonach.

Oto ja, z kokardami wielkości kapusty, z nogami jak patyczki, stoję dumna przed dworcem pekaes, a ze mną reszta klasy. Za nami kopci z rury autobus marki Jelcz, bo jedziemy na wycieczkę do Biskupina. Po drodze Jacek będzie rzygał jak kot. Remigiusz wybija sobie jedynkę, kiedy autobusem zarzuci na zakręcie i gubimy Basię na cepeenie. Basia płacze podobno tak bardzo, że odwozi ją do domu (dla zabawienia na sygnale) radiowóz z milicjantami, na który to widok babunia Marianna dostaje apopleksji. Basia dostaje lanie. My mamy przez połowę wycieczki wizytę na komisariacie: pozwalają nam siedzieć w celi, chłopaki dostają do rąk pałki i pistolety, nie wnikamy czy z magazynkami. Bardzo nam się podoba.

Ech, fotografie. Wspomnienia.

I pomyśleć, że zaczęło się od heliografii, czyli malowania słońcem i … lawendą. Wspomniany wyżej Nicefor próbował używać jako podłoża płyt metalowych lub kamiennych, które pokrywał światłoczułym asfaltem syryjskim, twardniejącym pod wpływem światła. Taki nienaświetlony asfalt można było usunąć za pomocą olejku lawendowego (i wazeliny) co w rezultacie pozwalało na otrzymanie obrazu. W ten sposób Nicefor wykonał „Widok z okna w Le Gras”, który od niemal 200 lat możemy podziwiać i wiemy, że jest to pierwsza utrwalona fotografia. Przedstawia w zasadzie gołębnik.

Wcześniejsze próby zatrzymania faustowskiej chwili spełzały na niczym. Obraz dawał się złapać, ale potem płowiał, aż w końcu znikał. Dopiero Niceforowi Niepce udało się w 1826 roku na dłużej uwiecznić to co widział z okna swego atelier. Podobno, aby uzyskać ten finalnie mroczny, ziarnisty zarys podwórza z bryłami zabudowań, drzewem i linią horyzontu trzeba było pozwolić na naświetlanie przez kilkanaście lub kilkadziesiąt nawet godzin. Dziś oryginał tkwi w złoconej ramie i poddawany jest niezliczonym kopiom komputerowym i przeróbkom cyfrowym. Do tego stopnia go nabotoksowano, że nawet widmowy chabaź widniejący w rogu został w końcu określony jako grusza, a szopka na pierwszym planie – jako gołębnik.

Nicefor nie miał bladego pojęcia, że historia tak się potoczy, ani że dwa wieki później zdjęcie z okna będzie mogło wykonać dwuletnie dziecko, naciskając tłustym paluszkiem kółeczko na ekraniku. Żadnych godzin naświetlania, żadnych długich chwil pozowania. Żadnych przeszkód.

Time lapse, slow motion, poklatkowe, podwodne, w makro, w mikro, w podczerwieni, w ultrafiolecie, nocne, z filtrem, z króliczymi uszkami itd. itp. – zdjęcia przestały być uroczystą sztywną, planowaną wcześniej chwilą pracochłonnie zamrożoną w obrazie. Będziemy robić ich setki, usuwać i zapominać o nich. Gubić, jeśli niezabezpieczone w chmurze, razem z kolejnym smartfonem.

I tylko tych albumów, oglądanych z rozbawianiem albo wzruszeniem żal. Poza tym, nie wiemy tego, podobnie jak Nicefor niegdyś, czy za kolejne dwieście lat, ktoś nie oprawi mojego zdjęcia z Jelczem i kokardami i nie powiesi kilka działów muzealnych dalej od sali z „Widokiem okna w Le Gras”.

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać