Sport to My

O wybraniu dyscypliny dla jednego z nich zadecydowała rozmowa z wujkiem, drugi zaczął biegać, bo nie chciał siedzieć na lekcjach w szkole a trzeci zaczynał od „przełajów”. Teraz to bardzo znani sportowcy – tyczkarz i dwóch biegaczy. Z mistrzowskimi tytułami, medalami i rekordami. Będą reprezentować Szczecin i Polskę na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Ale oprócz nich jest jeszcze doświadczony i pełen pasji trener sportowców niesłyszących oraz młodzi tenisiści  którzy dopiero rozpoczynają swoją sportową drogę. Co ich wszystkich łączy, oprócz miasta, w którym żyją, mieszkają i trenują? Szczecińska Kia Polmotor oraz program „Sport to My”.

Autor

Dariusz Staniewski

„Sport to My” jest projektem realizowanym od wielu lat przez szczecińską firmę Kia Polmotor. To połączenie pasji do motoryzacji i sportu. 

 – Zawsze podkreślamy to, że jesteśmy lokalną firmą, która wspiera wydarzenia sportowe i sportowców reprezentujących nasz region. W ramach projektu współpracujemy ze szczecińskimi olimpijczykami, którzy są ambasadorami naszej marki, Jesteśmy partnerem tytularnym hali tenisowej Kia Polmotor Arena i organizujemy wraz z Akademia Tenisa Promasters oraz Szczecińskim Klubem Tenisowym cykl turniejów w kategorii Tenis 10, czyli Kia Polmotor Kids Cup. Ponadto wspieramy Kia Polmotor Running Team – grupę młodych zawodników przygotowujących się do startu w zawodach głównie biegowych, golfistów, Szczeciński Klub Sportowy Głuchych KORONA i wydarzenia sportowe organizowane w naszym mieście. Ale nie tylko. Czujemy sport, uwielbiamy te emocje, jesteśmy ze Szczecina i cieszymy się, że możemy połączyć promocję naszych produktów ze wsparciem i współpracą z osobami, które również to czują – mówi Konrad Kijak, dyrektor ds. handlowych i administracji Kia Polmotor w Szczecinie.

Kogo w swoim teamie posiada firma? Miejsce znalazł w nim np. sportowiec znany i zasłużony – Rafał Śliwka z Klubu Sportowego Korona Szczecin. To niesłyszący lekkoatleta, sprinter i trener. Mistrz Europy Niesłyszących, rekordzista Polski Niesłyszących, obecnie trener w Reprezentacji Polski oraz sekcji lekkoatletyki i piłki nożnej w klubie Szczecińskiego Klubu Sportowego Głuchych KORONA). 

 – Reprezentuję klub SKSG Korona Szczecin, jako trener, od 2017 roku. Współpracuję z Kia Polmotor od 2018 roku. Nasza współpraca polega m.in. na wsparciu finansowym zakupu sprzętu sportowego, współfinansowanie wyjazdów na imprezy sportowe  – wypożyczenie aut, przewóz zawodników. Projekt "Sport to My" wpłynął na zwiększenie popularyzacji sportu wśród osób niesłyszących w całej Polsce – ocenia Rafał Śliwka.

W teamie Kia Polmotor znajdują się również młodzi tenisiści, którzy dopiero stoją u progu kariery m.in. Kacper Knitter, Wiktoria Urbanowicz  i Maciej Słowik, którzy zdobywają tytuły mistrzowskie w swojej kategorii wiekowej. Ale „Sport to My” to przede wszystkim lekkoatletyczne gwiazdy światowego poziomu. Ambasadorami Kia Polmotor oraz twarzami projektu są trzej szczecińscy sportowcy, którzy wystąpią na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio: tyczkarz Piotr Lisek (medalista mistrzostw świata, halowych mistrzostw świata oraz mistrzostw Europy, aktualny absolutny rekordzista Polski), biegacz Marcin Lewandowski (mistrz Europy, medalista mistrzostw Polski) oraz Michał Rozmys, także biegacz (złoty i brązowy medalista podczas mistrzostw Polski). Z napięciem będziemy obserwować ich sportowe zmagania w stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. Ale może wcześniej warto byłoby ich, choć trochę, poznać?

Najtrudniejszy pierwszy krok

Piotr Lisek jest doskonale znany wszystkim kibicom sportowym. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn, zazwyczaj szeroko, radośnie uśmiechnięty. Z ogromnym poczuciem humoru, lubiący podejmować niezwykłe wyzwania (np. skoki do Odry z masztu jachtu ‘Dar Szczecina”, co można zobaczyć na profilu facebookowym Prestiż magazyn szczeciński – film z sesji zdjęciowej olimpijczyków). Igrzyska Olimpijskie w Tokio będą druga tego rodzaju imprezą w jego karierze. A przecież kiedy zaczynał uprawiać sport niewiele wskazywało, że będzie zdobywał laury w tej dyscyplinie, którą sobie wymarzył  – tyczce. Dlaczego właśnie ona? 

Tyczka pasjonowała mnie od zawsze. Ale jako chłopak ze wsi, bez perspektywy, takiej infrastrukturalnej, czyli prawdziwej bieżni, zeskoku, rozbiegu oraz zaplecza trenerskiego nigdy nie byłem świadomy, że coś takiego może mnie czekać. Nigdy więc nie myślałem o tyczce w takich kategoriach, że będę robił to co kocham, czym się pasjonuję. Tylko to, na co ta moja wieś pozwala. Jednak długo nie trwało jak wujek powiedział, że ma kolegę, który trenuje właśnie tyczkarzy. I jakoś, od słowa do słowa, jeden trening, drugi i poszło. Zawsze więc ta tyczka była gdzieś z tyłu głowy, zawsze wyzwalała we mnie większe emocje niż bieganie czy skakanie – opowiada Piotr Lisek.

Skoki o tyczce zaczął uprawiać osiem lat temu. Jak sam mówi – „stosunkowo późno”. Wtedy, w wieku 20 lat uświadomił sobie, że to faktycznie może być jego sposób na życie. 

 – Ale tak naprawdę do dzisiaj jest to moją pasją i hobby, mimo, że wiele osób podważa moją opinię i twierdzi, że „Ty tylko tak mówisz w wywiadach, że Ty się tym bawisz”. Ale to jest prawda. Taki sportowiec,
który osiągnął jakiś tam, powiedzmy, choćby minimalny sukces, no to nie może robić tego ani dla pieniędzy, ani z przymusu. Bo to jednak nie idzie w parze. Gdyby tyczka przestała mi sprawiać przyjemność oraz radość, to myślę, że po prostu zakończyłbym karierę – zapewnia mistrz tyczki.

Marcin Lewandowski, to najbardziej doświadczony szczeciński olimpijczyk, który wystąpi w Tokio. Długo można byłoby wymieniać jego osiągnięcia, tytuły i rekordy. Wystarczy sięgnąć do internetowej Wikipedii. Zaczął biegać dość przypadkowo. Zadecydowało o tym jedno zdarzenie, jeszcze w szkole podstawowej. Wtedy pasjonował się inna dyscypliną sportu – piłką nożną, jak większość 12 – 14 letnich chłopaków.  Ale któregoś dnia pojechał na zawody sportowe.

 – Tak naprawdę dlatego, że dzięki temu mogłem uniknąć lekcji (śmiech). Reprezentowałem przecież szkołę.  Pamiętam, założyłem za duże „kolce” startowe, za duży strój sportowy pożyczyłem od mojego starszego brata Tomasza. I jak to się mówi „na dzień dobry”, bez żadnego treningu i przygotowania wystartowałem. I wygrałem, przy okazji ustanawiając rekord województwa zachodniopomorskiego. Był to jeden z lepszych wyników w kraju na dystansie 1000 metrów. Ten sukces spowodował, że z dnia na dzień rzuciłem piłkę nożną i zacząłem biegać – mówi Marcin Lewandowski.

Sukcesy pojawiły się bardzo szybko. W międzyczasie młody biegacz ukończył wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Szczecińskim. Potem postanowił związać swoja karierę sportową m.in. z …wojskiem. Został żołnierzem zawodowym. Przeszedł kurs podoficerski w jednej z poznańskich jednostek i po jakimś czasie uzyskał awans na kaprala. I w tym stopniu pozostaje. 

 – Ciągle podkreślam, że ta decyzja, którą podjąłem jeszcze jako młody kajtek – miałem 21 lat, kiedy zdecydowałem się wstąpić do wojska, była najlepszą jaką mogłem podjąć w tamtym czasie. I nie żałuję tego – podkreśla Marcin Lewandowski.

Zapewnia, że wojsko nie ogranicza jego sportowych możliwości, wręcz przeciwnie.

 – Mało tego, że nie sprawia kłopotów, to jeszcze bardzo pomaga sportowcom. Zresztą nie jestem jedynym tego przykładem. Bo w tej chwili w wojsku jest cała śmietanka, nie tylko lekkoatletyczna, ale wszystkich dyscyplin w Polsce. Wielu walczy o uzyskanie posady w wojsku, bo jest to bardzo komfortowa sytuacja. Wojsko zawsze nam pomaga.
Sport jest brutalny. Dopóki są wyniki, rekordy, to jest dobrze. Ale jeśli nie awansuje się w tabelach, nie uzyskuje medali, to stypendia sportowe bardzo często szybko się kończą, sponsorzy często się wycofują z finansowania. A wojsko ciągle z nami jest i nam pomaga, wspiera. Dzięki temu mam spokojną głowę i mogę się skupić na bieganiu. To samo dotyczy Grupy Azoty Police, jestem pewny, że będę z nimi do zakończenia kariery – dodaje biegacz.

Michał Rozmys – wysoki, nieco nieśmiały student jednej ze szczecińskich uczelni wyższych. Ale już ze sporym doświadczeniem na nie tylko polskich, ale i międzynarodowych arenach sportowych. I z charakterem  – nie daje sobie w kaszę dmuchać. Kilka miesięcy temu głośno było w sportowym świecie o pewnej przepychance w finale 1500 m w halowych mistrzostwach Europy, Jakob Ingebrigtsen – znany norweski zawodnik w czasie biegu popychał z tyłu Michała Rozmysa, złapał go za koszulkę i zerwał mu numer startowy. Doszło do szarpaniny między oboma biegaczami. Norweg (wygrał ten bieg) wypadł za bieżnię, stawiając stopę poza krawężnik. 

– Czułem, że mnie szarpie z tyłu za koszulkę. Od wewnętrznej strony toru, przy krawężniku, było 5-10 centymetrów miejsca, a Ingebrigtsen chciał się tamtędy przepchnąć. Nie dałem się i tyle – mówił Michał Rozmys w relacji dla „Przeglądu Sportowego”.

Zachowanie Norwega powinno zakończyć się dyskwalifikacją. I na początku tak się stało. Jednak po proteście norweskiej ekipy, decyzja została zmieniona.

Przed szczecińsko– goleniowskim biegaczem pierwsze Igrzyska Olimpijskie. To marzenie, które z czasem przerodziło się w cel do osiągnięcia. Od którego dzieli go tylko kilkaset metrów bieżni. 

Jak zaczynałem swoją przygodę z bieganiem zawsze marzyłem, żeby pojechać na igrzyska. Później, z czasem, kiedy zacząłem wchodzić na coraz wyższy poziom zrozumiałem, że to już nie jest marzenie, a cel, do którego trzeba dążyć i go osiągnąć. A całkowicie go osiągnę jak stanę na linii startu w Tokio. Bieganie to dla mnie sposób na życie i nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej – opowiada Michał Rozmys.

Karierę sportową rozpoczął w 2009 roku, w klubie sportowym w Żarach. Wcześniej, przez dwa lata trenował indywidualnie, sam. Ale głównie z myślą o biegach przełajowych. W gimnazjum okazało się jednak, że z bieganiem bardzo dobrze mu idzie. 

Zauważyłem, że wygrywam z zawodnikami, którzy może nie są ode mnie o wiele lepsi, ale trenują regularnie, z jakąś myślą szkoleniową. Uznałem więc, że trzeba iść tą drogą.  Od 2014 roku współpracuję z trenerem Jackiem Kostrzebą z Goleniowa. Dlatego przeprowadziłem się do Szczecina, aby studiować i być blisko trenera. Praktycznie od czterech lat mieszkam w Goleniowie i tam przygotowuję się na co dzień – wyjaśnia Michał Rozmys.

Igrzyska ante portas

W piątek 23 lipca oficjalnie rozpoczną się letnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Zawodnicy i zawodniczki będą rywalizowali w 37 dyscyplinach sportowych. Impreza zakończy się 8 sierpnia. Jak nasi olimpijczycy przygotowywali się do Igrzysk? Wielu kibiców ciekawi np. czy i jaki wpływ na formę ma dieta sportowca. Piotr Lisek nie ukrywa, że wszyscy go o to pytają.

 – Bo jestem wysoki ponad przeciętną, jeśli chodzi o tyczkę. Tej masy mięśniowej szybko przybywa, taki się urodziłem. I nie jest to wina ani zasługa jakiejś diety.  Lubię dobrze zjeść. Ale staram się po prostu jeść z głową, nie ma tutaj żadnej sztuczki, nie jestem na żadnej dziwnej diecie np. keto, czy kapuścianej. Uprawiam bardzo dużo różnych dyscyplin np. sporty wodne  – surfing, windsurfing, nurkowanie. Do tego wspinaczka, bardzo lubię bieganie, choć mimo wszystko jestem trochę większy niż typowi biegacze (śmiech). Bardzo lubię biegać po lasach, mam psa – labradora, o którego tuszę muszę zadbać, a on lubi dobrze zjeść, więc staram się, aby nie był utyty (śmiech) – opowiada Piotr Lisek.

Jakiejś specjalnej diety unika także Marcin Lewandowski.  

 – To nie są sztuki walki. W moim przypadku odbywa się to całkowicie inaczej. U biegaczy nie ma czegoś takiego, że szykujemy się do jakiegoś wydarzenia np. przez trzy miesiące. U nas trenuje się przez cały rok, żeby trafić z formą na jedną imprezę. To ciężki kawałek chleba, tak to wygląda. Na co dzień nie stosuję jakiejś diety. Ale jestem sportowcem, staram się dobrze odżywiać. Dużo węglowodanów, makarony, ryże. Ale nie ma czegoś takiego żebym ściśle przestrzegał jakichś rygorów żywieniowych i ważył plasterek szynki, czy jest jej za dużo czy za mało.  Jem to na co mam ochotę i staram się zwracać uwagę, żeby to szło w dobrym kierunku – wyjaśnia Marcin Lewandowski.

W podobny sposób do sportowego odżywiania podchodzi Michał Rozmys.  –Staram się jeść zdrowo, tylko dobre produkty i używać tylko dobrej jakości suplementów. – wyjaśnia biegacz.

Musi więc paść kolejne pytanie  – czy nasi olimpijczycy są dobrze przygotowani do Igrzysk? 

 – Myślę, że tak. Wiadomo, że chciałoby się uzyskać jak najszybciej dobry wynik, aby kibiców, dziennikarzy, komentatorów trochę uspokoić. Ale tak naprawdę szczyt formy ma być na Igrzyska i o to walczymy. Ale zawsze staram się przygotować na 100 procent, żeby później, po ewentualnie nie udanym starcie, nie pluć sobie w brodę, że czegoś nie zrobiłem. Mam więc nadzieję, że w tym roku także nie będę miał sobie nic do zarzucenia – mówi Piotr Lisek.

– Nie jestem jeszcze przygotowany tak „na maksa”. Gdybym teraz już był w takiej ostrej formie, to chyba nawet bym się tym przejął. Do Igrzysk ponad miesiąc a to bardzo ciężko utrzymać formę na tak wysokim poziomie przez tak długi okres. I nie zapominajmy, że po Igrzyskach będę brać udział w różnych imprezach sportowych, które są dla mnie bardzo ważne, będę atakował różne rekordy – życiowe, Polski. Znam siebie, znam swój organizm. Czekają mnie kolejne starty. A ja dochodzę do formy właśnie metoda startową – wyjaśnia Marcin Lewandowski.

Treningi pokazują, że jestem w bardzo dobrej formie. I teraz wystarczy wrócić do mocnego trenowania m.in. na obozie szkoleniowym w St. Moritz w Szwajcarii. Będę tam z trenerem i żoną, która będzie mnie wspierać i pomagać w przygotowaniach. Przed samymi igrzyskami spędzę 8 – 10 dni na zgrupowaniu w Japonii, żeby się zaaklimatyzować do strefy czasowej. Na dwa, trzy dni przed startem przyjadę do wioski olimpijskiej, aby się z nią zapoznać, poczuć trochę atmosferę tych igrzysk. Chociaż przy tych obostrzeniach prawdopodobnie nie będą to takie same igrzyska jak zawsze. Obserwuję znaczną część rywali. Każdy z nich ma inną metodę treningową. Mimo to jest wiele elementów wspólnych. W tym i poprzednim roku poziom wyszkolenia zawodników na świecie znacznie wzrósł. Każdy trenuje coraz mądrzej, używa coraz lepszego sprzętu. Ja też tak robię. A wyniki są rozbieżne. Nie zawsze każdy bieg w moim wykonaniu jest idealny, zawsze mam co do siebie jakieś uwagi, życzenia. Wiem, że po każdym poprzednim biegu mogę dużo poprawić np. jakieś błędy taktyczne – wyjaśnia Michał Rozmys.

Sportowiec w grudniu ubiegłego i styczniu tego roku szlifował formę w Kenii (Lewandowski przebywał tam wiosną tego roku).

Przeszedłem przez sezon halowy i tydzień po Mistrzostwach Europy w Toruniu wróciłem na zgrupowanie w Kenii. Potem powrót do Goleniowa na kilka tygodni i znowu Kenia. Tam są bardzo dobre warunki treningowe. W miejscu naszego zgrupowania było 2400 metrów nad poziomem morza. Cały rok jest ciepło, mimo pory deszczowej. W wiosce, w której przebywaliśmy 80 procent jej mieszkańców jest czynnymi biegaczami. Tam biegi są sportem narodowym – opowiada biegacz.

Czy szczecińskich reprezentantów dopadła już przedolimpijska gorączka, stres i nerwówka? Według Piotra Liska stres jest zawsze.

 – Do niedawna startowałem na zawodach w roli takiego czarnego konia, co mi dużo bardziej odpowiadało. Teraz ta presja jest dużo większa, narasta. Świadomość kibica jest dużo większa i jakieś tam nadzieje są we mnie pokładane, co nie jest łatwe dla sportowca. Ale myślę, że z takiego stresowego punktu widzenia udział w drugich Igrzyskach będzie dla mnie łatwiejszy. Już po prostu wiem z czym się to je. A robię co w mojej mocy, żeby skakać jak najwyżej każdego dnia – zapewnia Piotr Lisek.

A może kibice, głodni sukcesu i żądni medali zaczęli już wywierać wpływ na olimpijczyków, artykułując swoje żądania i oczekiwania, w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób? Piotr Lisek przyznaje, że widzi to zwłaszcza w komentarzach np. w mediach społecznościowych. 

– Często jest tak, że nieświadomie zawyżają ten wynik, który chcą, żebym osiągnął. Bo trzeba zaznaczyć, że jestem jedynym polskim tyczkarzem, który skacze 6 metrów. Ale to nie jest tak, że to się będzie działo na każdych zawodach. Ten wynik, nie bez kozery, uznawany jest za tak wartościowy, bo chyba tylko 10 osobom w historii udało się go uzyskać. To pokazuje więc skalę tego osiągnięcia. A rezultaty na poziomie 5,70 lub 5,80 m są wynikami, które z reguły dawały, albo dają medale na najważniejszych imprezach. Często więc kibic, który pisze komentarze nie zdaje sobie sprawy jaką presję wywiera na zawodnika, jeśli oczekuje od niego, że na każdych zawodach będzie pobijał rekord życiowy.  Tak się nie da – wyjaśnia Piotr Lisek.

Marcin Lewandowski przyznaje jednak, że presja kibiców nie ma już dla niego takiego, jak wcześniej.

– Kiedyś się tym przejmowałem, ale jestem zbyt doświadczonym zawodnikiem, żeby na to zwracać uwagę. Ja już swoje zrobiłem, na sportowej scenie jestem od 15 lat, znajduję się w czołówce biegaczy na świecie, mam medale najważniejszych imprez sportowych.  Czuje się spełnionym zawodnikiem, mimo, że nie mam tego ostatniego krążka  – olimpijskiego, którego mi brakuje jako jedynego w mojej kolekcji. Mam medale mistrzostw świata, Europy, stadionów otwartych, zamkniętych. Nie czuję jakiejś większej presji, robię to dla siebie, kocham to, spełniam swoje marzenia. Jak się uda zdobyć ten krążek będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Jeżeli nie, to nic nie zmieni. Bo przede wszystkim liczy się dla mnie rodzina – stwierdził Marcin Lewandowski.

Tokio, Tokio i po Tokio

A co po Igrzyskach? Zwykłe życie sportowca. Treningi, zawody, zgrupowania, obozy szkoleniowe, mistrzostwa, igrzyska itp. itd. Krew, pot i rozłąka z rodziną.

– Bardzo często podróżuję do różnych miejsc na mityngi. Tyczka jest bardzo popularnym sportem, jeśli chodzi o taką poza stadionową dyscyplinę lekkoatletyczną, która gromadzi bardzo dużą publiczność. Często startowałem w Azji i dzięki temu moje kubki smakowe są przyzwyczajone do orientalnej kuchni (śmiech). Moja żona na pewno tęskni za mną, bo jestem 250, 300 dni poza domem. To pokazuje, ile to jest czasu, ile jest poświęceń w życiu sportowca – tłumaczy Piotr Lisek.

Ale może znajdzie jeszcze czas na swoją kolejną wielką pasję, o której pewnie niewiele osób wie. To … majsterkowanie w drewnie. Kiedy on to robi?

 – Właśnie nie mam na to czasu, nie mam umiejętności, ani nie mam wiedzy, ale ja to po prostu lubię robić (śmiech) Niestety, często np. kupuję kawałek drewna, z którego później coś tworzę, w sklepie pewnej popularnej sieci handlowej z materiałami budowlanymi. Gdybym pojechał do tartaku lub jakiejś suszarni drewna pewnie podobny kawałek kupiłbym dużo taniej. Ale po prostu nie znam się na tym – brak wiedzy (śmiech). Ale zrealizowałem parę projektów np. taras, saunę. Ale gdyby na nie spojrzał fachowiec, to by się pewnie złapał za głowę mówiąc:
„O kurcze, co Ty tu odwaliłeś” (śmiech) A faktycznie mam w rodzinie fachowca. Paru wskazówek mi udzielił. I gdybym teraz tę saunę robił od nowa, to na pewno inaczej bym do tego podszedł.  Ale powiedział, że jest funkcjonalna i to jest najważniejsze (śmiech) – dodaje Piotr Lisek.

Dla Marcina Lewandowskiego Tokio będą czwartymi Igrzyska Olimpijskimi w karierze (Pekin 2008, Londyn 2012 i Rio de Janeiro w 2016 roku). Jak sam mówi – „kawał roboty za mną i jeszcze wielki kawał przede mną”.  Choć w jednym z wywiadów zasugerował lekko, że tegoroczne Igrzyska Olimpijskie w Tokio mogą być ostatnimi w karierze, że zacznie się powoli wycofywać z zawodowego sportu.

 – Na pewno, w następnych latach, będę jeszcze kontynuował uprawianie biegania. I będę się starał, aby było to na jak najwyższym poziomie. Z tym, że z nieco trochę innym nastawieniem. Więcej czasu będę spędzał w domu, z rodziną. I tak naprawdę tylko tym się będą różniły moje przygotowania. Cele, plany będą takie same. Jestem bardzo ambitnym człowiekiem, perfekcjonistą. Będę więc nadal dążył do doskonałości. Ale na innych zasadach. Teraz jestem przez około 300 dni za granicą na obozach, zawodach, przygotowaniach. A mam rodzinę, dwójkę dzieci, chcę więcej czasu spędzać z nimi. Będzie więc mniej obozów. Ale trening pozostanie taki sam i nadal będę walczył o jak najwyższe wyniki. Zobaczymy, jak to wyjdzie „w praniu”  – dodaje Marcin Lewandowski.

Swoich córek jednak raczej nie będzie namawiał do uprawiania zawodowego sportu.

– Zawsze będę je wspierał, w każdej sytuacji, będę im pomagał osiągać sukcesy, aby były szczęśliwe. Czy będą chciały uprawiać sport, czy też zając się czymś innym np. grą na pianinie. Ale jeśliby miały wybrać sport i przeżyć taką samą drogę sportową jaką ja przeszedłem, to … Nie wiem czy bym tego chciał dla moich córek. Ja tego, broń Boże, im nie żałuję. Ale wiem po prostu jak ciężki jest to kawałek chleba. Wziąłem na siebie tę ciężką pracę, aby moja rodzina, moi najbliżsi nie musieli już tak harować.  Wolałbym, żeby moje córki skupiły się na czymś innym niż sport. Ale jakby co mają moje pełne wsparcie. – zapewnia Marcin Lewandowski.

A Michał Rozmys? Niewykluczone, że wróci do nauki. Bo jego studia, na razie, zatrzymały się na licencjacie.

– Zawiesiłem kierunek, który studiuję – logistykę. Po zakończeniu Igrzysk Olimpijskich prawdopodobnie wrócę na studia – wyjaśnia Michał Rozmys.

 

Post scriptum

Kilka dni po spotkaniu z ekipą magazynu „Prestiż”, podczas lekkoatletycznych Mistrzostw Polski odbywających się w Poznaniu, Piotr Lisek zdobył złoty medal, Marcin Lewandowski złoto w biegu na 1500 metrów, a Michał Rozmys srebro na tym samym dystansie. Przypadek? A może dobra wróżba?

Warto dodać, że Grupa Polmotor wspiera także szczecińskie kluby tenisowe: Akademię Tenisa Promasters oraz Szczeciński Klub Tenisowy w ramach patronatu tytularnego nad halą tenisową KiA Polmotor Arena.

Podziękowanie dla Grupy Polmotor za pomoc w realizacji materiału.   

 

Młodzi sportowcy, którzy wzięli udział w sesji: Wiktoria Urbanowicz, Maciej Słowik, Kacper Knitter.

Prestiż  
Lipiec 2021