- Reklama -
spot_img

Design według Agaty Kiedrowicz. Miedzy sztuką a zmysłami

Strona głównaStyl życiaDesignDesign według Agaty Kiedrowicz. Miedzy sztuką a zmysłami

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

Rola kuratorki i edukatorki

Na co dzień jest kuratorką i krytyczką designu, edukatorką oraz wykładowczynią, dla której „dobry smak oznacza czułą i uważną postawę wobec ludzi i rzeczywistości”. Pracuje interdyscyplinarnie, łącząc projektowanie, kulturę i biznes, ze szczególnym zainteresowaniem projektowania dla zmysłów oraz designem jako narzędziem eksploracji i krytyki rzeczywistości.

Kieruje Zakładem Teorii i Historii Designu oraz programem magisterskim Design For Living Systems na Wydziale Wzornictwa Akademii Sztuki w Szczecinie. Współpracuje z projektantami, artystami oraz instytucjami kultury i sztuki, a swoje doświadczenie prezentuje jako prelegentka prestiżowych konferencji, w tym TEDx „Senses”. Jest kuratorką wystaw sztuki i designu pokazywanych zarówno w Polsce, jak i za granicą – m.in. podczas Vienna Design Week, Brussels Design September, Gdynia Design Days, Łódź Design Festival. Autorka licznych publikacji na temat designu, mody i sztuki w wiodących polskich magazynach oraz książkach poświęconych designowi, tworzy prognozy trendów i strategie dla marek związanych ze sztuką, modą i designem, a także prowadzi autorski podcast „Design Stories”.

Jak rozumiem design

Jest wzornictwo przemysłowe i jest design. Wzornictwo przemysłowe narodziło się wraz z rewolucją przemysłową i rozwojem masowej produkcji. Potrzebni byli projektanci tworzący wzory powielane na masową skalę – od naczyń i kubków po maszyny, statki, urządzenia medyczne czy procesy technologiczne. W zasadzie wszystko, z czym stykamy się na co dzień, co nie pochodzi z natury, zostało zaprojektowane. To dziedzina bardzo szeroka i dziś redefiniowana. Rola projektanta przez ponad sto lat bardzo się zmieniła. Design, w którym ja się odnajduję, działa na styku wzornictwa, sztuki oraz nauk humanistycznych – antropologii, filozofii, socjologii.

Design jest dla mnie jednocześnie narzędziem, procesem i dziedziną. Daje narzędzia badawcze – humanistyczne i interdyscyplinarne. W zależności od pytania, na które szukamy odpowiedzi, które nas frapuje można sięgnąć do medycyny, technologii, rzemiosła, procesów przemysłowych. To dziedzina wymagająca ciągłej aktualizacji wiedzy – i to mnie fascynuje.

 

 

 

Dlaczego nie tylko sztuka

Piszę o sztuce, współpracuję z artystami i projektantami, przygotowuję wystawy i obserwuję różnice między sztuką a projektowaniem. Artyści zwykle potrzebują wolności i braku ograniczeń – pierwsza jest potrzebą wewnętrzną. Design bywa trudniejszy, bo wymaga zarówno wrażliwości i introspekcji, jak i przełożenia osobistego doświadczenia na komunikat dla odbiorcy – użytkowy albo refleksyjny. Istnieje design krytyczny, spekulatywny, design jako narzędzie refleksji. Design ma też często niższy próg wejścia dla odbiorcy – bo splata funkcję użytkową z formą. Może to być plakat, instalacja, obiekt 3D. Lubię przeplatanie tych porządków i tak też uczę – interdyscyplinarnie, z otwartością na proces i jego efekty.

Kiedy od czasu do czasu muszę napisać swój biogram, widzę, że jedno słowo spina większość moich aktywności: kuratorka. Przez lata pracowałam np. z marką biżuteryjną YES tworząc biuro projektowe, zasady współpracy z projektantami, raporty trendów. Dostarczając wiedzy o zmianach społecznych, rolach kobiet i mężczyzn, o tym, co dzieje się w sztuce. To dawało realną sprawczość : widzieć po latach, jak idee przenikają do komunikacji marki.

Moje kuratorowanie odbywa się na wielu poziomach. Brałam udział także w procesach partycypacyjnych związanych ze zmianą społeczną – m.in. w Wielkopolsce, Warszawie i na Kurpiach. W projekcie „Wielkopolska Rewolucja” artyści i projektanci pracowali z lokalnymi społecznościami, projektując np. świetlicę kultury w dawnej remizie strażackiej. Byłam kuratorką i mediatorką między architektem a społecznością, prowadziłam warsztaty i negocjowaliśmy decyzje estetyczne i funkcjonalne.

Design w powszechnej świadomości

Z badań Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych wynika, że w Polsce brakuje społecznej świadomości figury projektanta. Projektant bywa mylony z architektem albo artystą, ale projektowanie przedmiotów użytkowych to osobna dziedzina. Dlatego częścią mojej misji jest edukowanie – wpływanie na wybory, styl życia, świadomość zakupową. Marzę, żeby design i sztuka przestały być fetyszyzowane. Oczywiście wiąże się to z siłą nabywczą, ale ta na szczęście rośnie.

Pracowałam też nad projektem galerii sztuki (także internetowej), która miała demokratyzować dostęp do oryginalnych dzieł – nie printów, lecz unikatów. Okazało się, że barierą nie jest tylko cena, ale świadomość. Czy ktoś, mając wolny tysiąc złotych, pomyśli: „kupię sztukę”? Zwykle nie – raczej wybierze coś użytkowego, choćby sprzęt AGD. I to pokazuje, jak wiele jeszcze jest do zrobienia w obszarze edukacji estetycznej i kulturowej.

 

 

 

Odkrycie Skandynawii

– Reklama –

spot_img

Pamiętam, jak pierwszy raz byłam w Kopenhadze kilkanaście lat temu. Pojechałyśmy tam z projektem wystawy, którą robiłyśmy wspólnie z Moniką Petryczko – Polish Design Island, czyli nomadyczną wystawą polskiego dizajnu i rzemiosła. Kopenhadze montowałyśmy ekspozycję na terenie ambasady RP, w pięknie położonym miejscu. Po kilku dniach zorientowałam się, że czuję się tam jak w domu. Po raz pierwszy poczułam, że przestrzeń rozumie mnie, a ja rozumiem ją. Zaczęłam to analizować.

Okazało się, że kluczowa jest niska zabudowa – dwa, trzy piętra, czyli ludzka skala. Do tego brak chaosu wizualnego w przestrzeni publicznej: brak krzyczących reklam, przypadkowych neonów i wizualnego jazgotu, z którym w Polsce zaczęliśmy dopiero walczyć. Ważny był też zrównoważony transport – ludzie poruszali się głównie rowerami, ruch samochodowy był ograniczony, a wszędzie można było dojść pieszo. To wszystko składało się na design rozumiany jako całe otoczenie, w którym żyjemy. Idąc uliczkami, można było zaglądać do wnętrz mieszkań, bo przy tej ludzkiej skali nie było bariery między przestrzenią prywatną a publiczną. Skandynawowie nie odgradzają się zasłonami. Wieczorami widać było ciepłe światło, świece, piękne lampy.

Widziałam tam ikony designu, o których wcześniej tylko czytałam – ale nie na piedestale, tylko w codziennym użyciu. Lampy, fotele, drewniane stoły, krzesła – jakościowe przedmioty przekazywane z pokolenia na pokolenie. Wszystko powściągliwe, niekrzykliwe. Design nie był fetyszem, tylko naturalnym towarzyszem życia.

I chyba o to chodzi – żeby nie fetyszyzować przedmiotów ani nie traktować ich jako czegoś niedostępnego, tylko jako rzeczy, które mają nam dobrze służyć. Dużą szkodę robi powtarzane zdanie, że o gustach się nie dyskutuje. Moim zdaniem powinno się dyskutować – o jakości, estetyce, o tym, czym jest piękno i jak się zmienia.

Dziś mówi się o tym również w kontekście neuroestetyki – że odpowiednie proporcje, harmonia kolorów czy światła koją układ nerwowy. Inne palety barw działają w krajach południowych, gdzie światło jest ostrzejsze, a inne w naszej szerokości geograficznej, gdzie mamy naturalny filtr szarości. Dlatego w przestrzeni publicznej kolory powinny być dobierane świadomie. Przykładem jest choćby zjawisko „pastelozy” – czyli krzykliwych kolorów bloków mieszkalnych, dobieranych przypadkowo, na zasadzie „aby było weselej” – krytykowane przez Filipa Springera.

To wymaga wiedzy eksperckiej – jak materiały zachowują się w czasie, jak się starzeją, jak zapisują historię użytkowania. Drewno, kamień czy dobre tkaniny zyskują z czasem, nabierają patyny. To coś zupełnie innego niż przedmioty jednorazowe. Wolę mówić o jakości niż o luksusie. Chodzi o zmianę sposobu myślenia: mniej rzeczy, mniej plastiku, ale lepszych, trwalszych, bardziej wartościowych. Bo design to nie tylko estetyka – to sposób, w jaki żyjemy.

Projektowanie dla zmysłów

Skąd u mnie to projektowanie dla zmysłów, ta filozofia? To, o czym mówiłam wcześniej, czyli jakość materiałów, to przecież domena dotyku. To on nam mówi, czy coś jest dla nas miłe. Smak może nie jest najbardziej oczywistym zmysłem w projektowaniu, ale węch już tak – drewno pachnie, skóra pachnie, materiały roślinne pachną. Na gruncie własnej praktyki – dokonałam takiego zwrotu multisensorycznego. Zaczęłam odkrywać, także poprzez różne teorie i refleksje, jak istotne jest to, co cielesne.

Dużą rolę odegrał tu dla mnie Juhani Pallasmaa, autor książek „Oczy skóry” i „Myśląca dłoń”. Jest architektem. Pisał o tym, jak ważne jest czucie cielesne. Jak istotne jest wszystko to, czego doświadczamy poprzez dotyk. Jak ważna jest pamięć ciała, to, co kodujemy w dzieciństwie. Śmiem twierdzić, że większość ludzkiego doświadczenia opiera się właśnie na tej wiedzy pozyskanej przez ciało. To zaczęło mnie fascynować. W końcu postanowiłam wykorzystać tę wiedzę w praktyce – w swoim dyplomie, czyli w „Kuchennym Sensorium”.

 

 

 

„Kuchenne Sensorium” – od tekstu do zapachu

To był dla mnie ważny rytuał przejścia, podsumowanie i rozliczenie z dotychczasowym życiem. Spotkałam wtedy swoją mentorkę i późniejszą współpracowniczkę, profesorkę Annę Królikiewicz, malarkę pracującą z medium pokarmu. Prowadziła zajęcia „Kształt smaku”, bardzo projektowe w swojej formule. Już wcześniej odkrywałam węch i smak w projektowaniu, ale te zajęcia to pogłębiły.

Jedno z ćwiczeń polegało na przyniesieniu fragmentu tekstu – prozy, poezji, czegokolwiek – który w danym momencie był dla nas szczególnie osobisty, rezonował z naszym stanem emocjonalnym. Do dziś wykonuję to ćwiczenie ze studentami, bo uruchamia niesamowite procesy. Na zajęciach nie wiedziałyśmy, co będziemy z tym tekstem robić. To było zawieszenie celowości – ważna strategia w projektowaniu: nie pytaj „po co”, tylko wejdź w proces. Ania poprosiła nas, byśmy na bazie tekstu stworzyły przepis kulinarny. „Posiekajcie tekst, obróbcie go, zamroźcie, usmażcie – przełóżcie go na język kuchni.” Miałyśmy to zrobić w ciągu godziny. Wybrałam tekst Agnieszki Osieckiej z „Białej bluzki”. Byłam wtedy w osobistym momencie rozprawy z damsko-męskimi relacjami. Stworzyłam przepis na dzień i noc.

Dzień był jak robienie wody gazowanej – soda, woda, cytryna, odrobina kuminu. Zakrzątanie, które sami sobie generujemy, odrzucając to, z czym powinniśmy się skonfrontować. Noc była „miodowym tangiem” – dialogiem kobiety i mężczyzny, mrocznym, erotycznym. Powstał przepis na pieczeń z przepiórek i fragmentów wieprzowiny, z karmelem z masła, wina i miodu, z dodatkiem czarnej bazylii.

To był performatywny akt, choć wtedy jeszcze tak o nim nie myślałam. Przepis został zapisany na kartce, Ania zebrała wszystkie kartki i zarchiwizowała je. Po roku, gdy miałam impas z dyplomem, poczułam impuls, by do niego wrócić. Poprosiłam Anię, by przysłała mi tę kartkę. Wysłała ją pocztą. Pamiętam upalny lipcowy dzień, kiedy otworzyłam list. Wszystko nagle się „skleiło”. Zrozumiałam, że moim dyplomem będzie realizacja tego przepisu.

Przeprowadziłam 24-godzinne doświadczenie kulinarne – dzień i noc. Zaprojektowałam cały proces: składniki, proporcje, naczynia, scenografię, dokumentację fotograficzną i filmową. To był mój jednostkowy rytuał przejścia. Nie chodziło jednak o samo danie. Chciałam przetłumaczyć to doświadczenie na zapach. Powstały dwa zapachy: opowieść dnia i opowieść nocy. Dwa razy po 50 ml redukcji mojej tożsamości. Z jednej strony bardzo osobiste, z drugiej – otwarte na interpretację. Zapachy były prezentowane na wystawach, m.in. podczas Vienna Design Week, zostałam także zaproszona na TEDx. Zmysł węchu zaczął wchodzić do designu i sztuki coraz wyraźniej. Miałam poczucie, że poruszam się na obszarze wówczas jeszcze mało rozpoznanym.

Zapach to „niewidzialna architektura”. Przyjęłyśmy z ekspertką olfaktoryczną Aleksandrą Cachą założenia projektowe: cytrusowe, wodne nuty dnia; cięższe, skórzane, piwniczne nuty nocy. Powstał prototyp zapachu, do którego po realizacji mojego performansu wprowadziłyśmy poprawki, by jak najwierniej odzwierciedlał moją historię i wyzwolone emocje. To było projektowanie procesu, doświadczenia i esencji – wiedzy ciała przełożonej na zapach.

 

 

 

Doktorat – rytuały, relacje i materia

Na co dzień jestem kuratorką, stoję na straży procesów innych osób, ale co jakiś czas potrzebuję własnego projektu. Teraz takim projektem jest doktorat. Postanowiłam zająć się food designem i przestrzenią rytuałów.

Początkowo chciałam zbadać, czym jest food design i czy jedzenie może być nośnikiem przyjemności — takiej, która ma znaczenie ewolucyjne, bo przyjemność towarzyszy kluczowym procesom życia. Interesowało mnie jedzenie przyszłości, estetyka jedzenia i możliwość połączenia zrównoważonego projektowania — na przykład dzikich roślin — z przyjemnością. Planowałam serię rytuałów i naczyń jako nośników jedzenia.

W zeszłym roku zmarł mój tata i projekt nabrał innego charakteru. W dużej mierze będzie poświęcony jemu, naszej relacji i miejscu — rodzinnej siedzibie nad jeziorem na Pojezierzu Drawskim. Ważna stała się materia: rośliny, kamienie, krajobraz. Przeprowadziłam trzy rytuały związane z tym miejscem i roślinami, dokumentowane fotograficznie. To opowieść o stracie, relacji, karmieniu, o więzi z miejscem.

Powstają też konkretne formy: syropy, napoje z roślin, dzikich i ogrodowych. Efektem będą serie naczyń — ceramicznych, kamiennych i szklanych — które staną się materialnymi odpowiednikami tych rytuałów. Kamień jest ważny, bo tata zbierał głazy z pól polodowcowych i budował z nich ogród. Szkło nawiązuje do jeziora, wody i piasku, a także do szklanki — ulubionego naczynia mojego taty.

Powstanie do tego artbook — książka łącząca fotografie rytuałów i roślin, mój proces twórczy, eseistyczną opowieść, przepisy i refleksje o materii. To bardzo wielowarstwowy proces — opowieść o pamięci, ciele, jedzeniu, miejscu i relacji.

- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać