Nie wyobrażamy sobie poranka bez kawy. Jej zapach potrafi postawić na nogi szybciej niż budzik, a pierwszy łyk często wyznacza początek dnia. Nic dziwnego, że od ponad wieku marki kawowe budują wokół niej emocje i rytuały – od klasycznego „Good to the last drop” Maxwell House (od 1907 roku!) po eleganckie „What else?” Nespresso. Tak, marketing działa, ale kawa to coś więcej – to nawyk, przyjemność i (jak pokazują dane) codzienność milionów ludzi. Statystyczny Polak wypija średnio jedną filiżankę dziennie, a ponad połowa sięga po 2-3 kawy w ciągu dnia. Jednocześnie na horyzoncie pojawia się coraz silniejszy konkurent – matcha. Zielona herbata w proszku, której historia zakorzeniona jest w Chinach i Japonii.
Jak już wspomnieliśmy, matcha ma swoje korzenie w Chinach, gdzie już w czasach dynastii Tang (VII–X wiek) liście herbaty parzono, suszono i formowano w sprasowane bryły. Aby przygotować napój, rozdrabniano je na proszek i mieszano z gorącą wodą. Prawdziwy rozwój tej formy herbaty nastąpił jednak w okresie dynastii Song (X–XIII wiek), kiedy zaczęto mielić liście na bardzo drobny proszek i ubijać je z wodą, uzyskując charakterystyczną, pienistą konsystencję – zbliżoną do dzisiejszej matchy. Napój ten ceniono szczególnie za jego właściwości wspierające koncentrację.
Pod koniec XII wieku matcha trafiła do Japonii za sprawą mnicha zen Eisai, który przywiózł nasiona herbaty z Chin. To właśnie w Japonii rozwinęła się jej unikalna kultura uprawy, sposobu przygotowania czy filozofii picia. Matcha stała się integralną częścią ceremonii herbacianej (chanoyu), symbolizującej uważność, prostotę i harmonię.
Początki kawy sięgają zaś IX wieku i legendarnej historii z Etiopii
Pasterz kóz Kaldi miał zauważyć, że jego zwierzęta po zjedzeniu czerwonych owoców pewnego drzewa stają się niezwykle pobudzone i nie chcą spać. Odkrycie szybko trafiło do miejscowego klasztoru, gdzie z ziaren przygotowano napój pomagający mnichom zachować czujność podczas modlitw. Prawdziwy rozwój kawy nastąpił jednak na Półwyspie Arabskim. W XV wieku zaczęto ją uprawiać w Jemenie, a już w kolejnym stuleciu była popularna w całym regionie Bliskiego Wschodu. W miastach powstawały pierwsze kawiarnie – miejsca spotkań, rozmów i wymiany myśli, nazywane „Szkołami Mędrców”. W XVII wieku kawa dotarła do Europy, gdzie początkowo budziła kontrowersje. Niektórzy nazywali ją „gorzkim wynalazkiem szatana”, jednak ostatecznie zdobyła uznanie – także dzięki papieżowi Klemensowi VIII, który po spróbowaniu napoju udzielił mu aprobaty. Od tego momentu jej popularność zaczęła rosnąć już bez przeszkód. I dziś, w XXI wieku, kawa towarzyszy nam na co dzień.
Czy rzeczywiście musimy wybierać między kawą a matchą? A może jedno i drugie ma swoje miejsce w codzienności? O tym, jak naprawdę działa kawa, kiedy pomaga, a kiedy szkodzi – opowiedział nam Jakub Mauricz, jeden z najbardziej rozpoznawalnych dietetyków klinicznych i sportowych w Polsce.
Po co właściwie pijemy kawę? Bardziej dla pobudzenia, czy dla samego rytuału? A może przyzwyczajenia?
Wbrew pozorom odpowiedź nie jest jednoznaczna, bowiem wszystkie odpowiedzi w praktyce są prawidłowe. Dla jednych kawa jest przede wszystkim narzędziem do pobudzenia i poprawy koncentracji, dla innych rytuałem, który porządkuje dzień i daje chwilę oddechu. Są też osoby, które piją ją czysto nawykowo, bo „zawsze tak robiły”, bo kawa dobrze komponuje się z ciastem, rozmową czy porannym spokojem. Ja sam należę do osób, które najczęściej sięgają po kawę około południa właśnie dla pobudzenia. Znam jednak również takich, którzy piją espresso niemal odruchowo, nawet w szlafroku, po czym bez problemu wracają do łóżka. To tylko pokazuje, jak różnie możemy reagować na kofeinę i jak wiele zależy od indywidualnej tolerancji. Nie zmienia to faktu, że kawa jest używką i warto rozumieć zarówno jej potencjał, jak i ograniczenia.

Kawa ma dziś trochę złą prasę. Słusznie? W jakich sytuacjach kawa faktycznie może nam szkodzić? Czy kawa rzeczywiście dodaje energii, czy raczej chwilowo maskuje zmęczenie?
Prawda leży gdzieś pośrodku. Kawa nie jest ani cudownym eliksirem zdrowia, ani automatycznie produktem szkodliwym. Jej działanie wynika głównie z wpływu kofeiny na receptory adenozynowe, w uproszczeniu: zmniejsza odczuwanie zmęczenia, poprawia czujność i może przejściowo zwiększać zdolność do wysiłku fizycznego czy intelektualnego. Można więc powiedzieć, że z jednej strony daje odczuwalne pobudzenie, a z drugiej rzeczywiście częściowo „przykrywa” sygnały zmęczenia. I właśnie dlatego tak ważne jest rozsądne korzystanie z kawy, a nie traktowanie jej jako zamiennika snu czy regeneracji. U większości osób 1-2 kawy dziennie nie stanowią problemu, ale regularne picie 4-5 filiżanek dziennie to już sygnał, że próbujemy kofeiną nadrobić coś, czego brakuje gdzie indziej. Kawa może szkodzić szczególnie osobom z refluksem, zgagą, nadwrażliwym żołądkiem, a także osobom z niedoborami żelaza lub anemią, ponieważ zawarte w kawie i herbacie garbniki mogą wyraźnie ograniczać jego wchłanianie.
Przypomnijmy zatem naszym czytelnikom: Jaka jest bezpieczna dzienna dawka kofeiny?
Kofeina ma długi czas półtrwania, nawet do 8 godzin. Bezpieczny dzienny poziom kofeiny to ok. 400 mg, czyli 3-4 filiżanki klasycznej kawy. Ale wszystko zależy od indywidualnej wrażliwości. Dla jednej osoby 100 mg to już zbyt dużo, inna bez problemu funkcjonuje po podwójnym espresso. Ciekawostką jest, że kawa ziarnista jest bardziej przewidywalna, bo w zależności od rodzaju ziaren, zawartość kofeiny może być większa, lub mniejsza. Kawa rozpuszczona, liofilizowana jest pod tym kątem dużo mniej przewidywalna. Bywa i tak, że 2 łyżeczki nie zrobią na nas wrażenia, a innym razem 1 łyżeczka wyrwie nas z butów. Dla bezpieczeństwa, szczególnie osób wrażliwych, sugerowałbym dołożenie suplementacji L-teaniną (100-200 mg na porcję), aby zapewnić łagodne pobudzenie i brak elektrycznego samopoczucia po małej czarnej.
Ważne jest też to „jak” pijemy kawę, prawda? Z tłustym mlekiem, śmietanką, cukrem, słodzikiem, syropem czekoladowym lub karmelowym, a do tego… kawałek serniczka! W takim układzie kawa chyba rzeczywiście może być „niezdrowa”.
W takim układzie przestajemy mówić o samej kawie, a zaczynamy mówić o… deserze w płynie. Czarna kawa ma znikomą kaloryczność, ale każdy dodatek (mleko, napój roślinny, cukier, syrop, śmietanka, miód) stopniowo podnosi wartość energetyczną całego napoju. Jeśli do tego dochodzą regularnie słodkie przekąski, to z pozornie niewinnej „kawy” robi się codzienny nadmiar kalorii, który może bardzo skutecznie utrudniać kontrolę masy ciała. Jeżeli taka kawa jest dodatkiem do aktywnego stylu życia i zdarza się okazjonalnie, nie ma powodu do paniki. Problem pojawia się wtedy, gdy wysokokaloryczna kawa staje się codziennym rytuałem, a my przestajemy zauważać, że pijemy nie napój, tylko pełnoprawny deser.
Zamienniki kawy są wciąż na topie, ale to chyba niezbyt dobre określenie, bo czy jest zastępstwo dla kawy? Jak myślisz, skąd wzięła się ta moda i dlaczego właściwie sięgamy po, no właśnie, alternatywy?
Moda na alternatywy dla kawy wynika przede wszystkim z tego, że nie każdy dobrze toleruje kofeinę, a jednocześnie wiele osób lubi sam smak, aromat i rytuał związany z piciem ciepłego napoju. Kawa bezkofeinowa jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy chcą zachować przyjemność picia kawy, ale bez pobudzenia, kołatania serca czy problemów ze snem. Podobnie jest z napojami na bazie cykorii czy innych roślin, nie są one „zamiennikiem” w sensie działania, ale raczej alternatywą dla samego doświadczenia picia kawy. Ludzie sięgają po nie wtedy, gdy chcą ograniczyć kofeinę, zadbać o sen, zmniejszyć objawy ze strony układu pokarmowego albo po prostu mieć większą elastyczność w codziennych wyborach. To pokazuje, że dla wielu osób kawa to nie tylko kofeina, ale też rytuał, smak i moment dla siebie.
Jakie napoje rzeczywiście mogą być sensowną alternatywą dla kawy, zarówno pod kątem smaku, jak i działania? Znalazłam informacje o nasionach guarany, kakao, liściach zielonej herbaty czy ostrokrzewu paragwajskiego (jeśli chodzi o zawartość kofeiny) i oczywiście wersje decaf – kawa zbożowa i kawa bezkofeinowa.
Kawa, herbata, yerba mate, guarana, kakao – to wszystko grupa używek zawierających związki zaliczane do metyloksantyn. Zatem kawa zawiera kofeinę, herbata teinę (nie mylić z teaniną), zaś kakao teobrominę. Nie każda z tych form jest jednak równa mocą, czy działaniem. Ekstrakt z guarany zawiera najczęściej 22% kofeiny, ale także składniki balastowe, które ograniczają wchłanianie i powodują, że efekt jest bardziej wygładzony. Yerba mate potrafi z kolei kopnąć z opóźnieniem.

Czy istnieją jeszcze jakieś alternatywy?
Cykoria, karob, rooibos oraz yaupon. Cykoria i karob są dobrymi alternatywami smakowymi dla osób, które szukają „kawowego” rytuału bez pobudzenia. Rooibos nie zawiera kofeiny, ale świetnie sprawdza się jako ciepły, wyrazisty napój dla osób ograniczających stymulanty. Yaupon, czyli napar z ostrokrzewu paragwajskiego z innego gatunku niż yerba, nadal jest mało znany, ale również zawiera kofeinę i może być ciekawostką dla osób lubiących eksperymentować.
Czy można w ogóle stawiać obok siebie kawę, matchę, yerba mate, kakao czy kawę zbożową i kawę bezkofeinową? Wydaje się, że to zupełnie różne produkty.
W pewnym sensie tak, ale nie wszystkie w tej samej kategorii. Kawę, matchę, klasyczną herbatę, yerba mate i kakao można zestawić obok siebie jako napoje funkcjonalne, które w różnym stopniu wpływają na układ nerwowy dzięki obecności metyloksantyn. Różnią się siłą działania, profilem sensorycznym i tempem pobudzenia, ale łączy je to, że mogą wpływać na czujność, koncentrację i subiektywnie odczuwany poziom energii. Natomiast kawa zbożowa i kawa bezkofeinowa to już trochę inna grupa. Kawa bezkofeinowa zachowuje smak i aromat kawy, ale zawiera śladowe ilości kofeiny, więc dla większości osób nie będzie działać pobudzająco w klasyczny sposób. Kawa zbożowa natomiast pełni przede wszystkim funkcję rytuału i smaku, a nie stymulacji. To ważne rozróżnienie, bo wiele osób szuka nie tyle „zamiennika kofeiny”, ile po prostu przyjemnego nawyku picia czegoś ciepłego.
Albo próbują zamaskować uczucie zmęczenia.
Trzeba uczciwie powiedzieć, że u większości osób największym „brakiem” nie jest brak egzotycznego napoju, tylko brak dobrej higieny snu. Jeżeli śpisz za krótko, zbyt płytko albo nieregularnie, to żaden napój nie naprawi Ci fizjologii na dłuższą metę. Wtedy szukanie kolejnego stymulanta często tylko maskuje problem, zamiast go rozwiązać.
Pojedynek kawa vs matcha. Jedno albo drugie czy może jedno i drugie? Czy faktycznie musimy wybierać i udawać, że stoimy po dwóch przeciwnych stronach barykady i nie ma innej opcji?
Nie widzę problemu z łączeniem tego. Czasem lubię dodać matchy do szejka i pić takie lassi, a czasem lubię kawę. To nie małżeństwo, że musimy się trzymać jednego aż do śmierci (śmiech).
No dobrze, to w takim razie jaki napój pije Jakub Mauricz i czy ma swój codzienny rytuał? (śmiech)
Najczęściej wybieram po prostu czarną kawę, bez dodatków. Nie traktuję jej jednak jako obowiązkowego rytuału, tylko raczej jako narzędzie funkcjonalne. Czasem pojawia się około 9:00, czasem dopiero po południu, kiedy czuję, że poziom energii zaczyna spadać. To dla mnie ważne rozróżnienie, bo nie chcę pić kawy „dla samego picia”. Jeżeli sięgam po nią, to zwykle w konkretnym celu: poprawy czujności, koncentracji albo wsparcia pracy w danym momencie dnia.
Dziękuję za rozmowę.







