Kiedy nie przeprowadza zabiegów i nie jeździ na konferencje naukowe, podróżuje, spaceruje z psem, a czasem nawet chwyci za gitarę. Dr n. med. Marcin Wiśniowski, specjalista chirurgii ogólnej i transplantologii klinicznej opowiedział nam o tym, co robi, kiedy zrzuca lekarski kitel.
Skąd u Pana zamiłowanie do medycyny i wybór takiego kierunku w życiu?
Myślę, że jak to często w życiu bywa, tak właśnie miało być. (śmiech) Lubię pracę z ludźmi, lubię im pomagać. Odkryłem też, że dużą satysfakcję sprawia mi manualne działanie, a że jestem niecierpliwy, to oczekuję szybkiego efektu. Dodatkowo na swojej drodze, podczas praktyk studenckich, spotkałem niesamowitą panią doktor chirurg, która zaraziła mnie swoją pasją. Od tego czasu wiedziałem już, że chce być chirurgiem. Pozostało tylko zrealizować swoje plany.
Myślał Pan o tym już jako dziecko czy to przyszło później?
W szkole podstawowej, chyba w czwartej lub piątej klasie, zostałem zupełnie przez przypadek zgłoszony do konkursu pierwszej pomocy organizowanego przez PCK. Przygotowując się do niego, zafascynowała mnie ta tematyka. Pierwsza pomoc w urazach, oparzeniach, omdleniach. Nauka bandażowania i zabezpieczania ran. To było dla mnie coś zupełnie nowego i wciągającego, a także impuls do rozwoju. Wtedy pierwszy raz poczułem, czym chce zajmować się w życiu.
Jak wspomina Pan czasy studenckie?
Bardzo dobrze. Mimo ogromu nauki, był to dla mnie świetny czas, spędzony ze wspaniałymi ludźmi. Nauka samodzielności z dala od domu i możliwość rozwijania swoich zainteresowań. W Szczecinie zakochałem się od pierwszego wrażenia. Urzekło mnie to miasto i wszechobecna zieleń.
Dobry lekarz to…?
Przede wszystkim dobry i empatyczny człowiek, który chce słuchać pacjenta, ma dla niego czas, a jednocześnie jest specjalistą w swojej dziedzinie.
Co jest fascynującego w tym zawodzie, co sprawia Panu największą przyjemność, radość i satysfakcję?
Największą satysfakcję sprawia mi dobrze wykonany zabieg oraz zadowolony i uśmiechnięty pacjent. W tym zawodzie nie ma nudy i stagnacji. Daje on możliwość ciągłego rozwoju, stawia nowe wyzwania i daje możliwość poszukiwania nowych rozwiązań a przy tym ciągły kontakt z ludźmi.
Co Pan robi, kiedy nie pracuje, nie jeździ na konferencje i sympozja?
Staram się zregenerować i odpocząć w zaciszu własnego domu. Wykorzystać wolny czas na wyjście do filharmonii czy teatru, spotkanie z przyjaciółmi czy spacer z psem. Uwielbiam także podróże. Poznawanie nowych miejsc, ludzi, smaków i zapachów.
Wiem, że gra Pan na gitarze.
To stare dzieje. Jeszcze z czasów liceum i studiów. Obecnie coraz rzadziej mam okazję na niej grać, ale rzeczywiście sprawia mi to przyjemność i jeszcze od czasu do czasu sobie brzdąkam.
Muszę przyznać, że zawsze Pan świetnie wygląda, jest miły, życzliwy i uśmiechnięty. Jak to się robi?
Hmmm… nie wiem. Po prostu trzeba być sobą i żyć w zgodzie ze sobą, a reszta sama przyjdzie. Do tego otaczać się dobrymi ludźmi z pozytywną energią.
Jak radzi sobie Pan ze stresem, jak ładuje tzw. akumulatory?
Szczerze mówiąc, nie mam jakiegoś szczególnego sposobu radzenia sobie ze stresem. Przez wiele lat pracy na oddziałach chirurgicznych chyba już się na niego uodporniłem, a jeżeli nawet się pojawia, to szybko znika w zderzeniu z merdającym ogonem mojego psa.
Dziękuje za rozmowę.







