Tłusty czwartek. Kto to wymyślił? Jakiś nieudany, sfrustrowany piekarz – cukiernik, któremu pączki i faworki nie „schodziły”? Różnie ludzie powiadają. W każdym razie w ten dzień Polskę ogarnia pączkowy szał. Przed cukierniami kilometrowe kolejki. Cudzoziemcy, którzy nie znają tej naszej tradycji ze zdumienia przecierają oczy. Bo wszyscy ich zapewniali, że w Polsce jest stabilna sytuacja gospodarcza i nie ma biedy, a tu ludzie w kolejkach stoją godzinami. Czyli coś tu jest chyba nie tak. Bo to rzeczywiście trochę dziwne. Tak oszaleć dla kawałka ciasta drożdżowego z nadzieniem? W dodatku coraz bardziej wymyślnego. W tym roku wszystkich zakasowała pewna cukiernia ze Słupska, która ma również swój oddział w Szczecinie. Zaoferowała ona pączka pokrytego… jadalnym złotem. Sześcioma płatami 24-karatowego złota. Jak zapewniała cukiernia „nadzienie składało się z jednej z najdroższych przypraw świata – szafranu, nadającego pączkowi prawdziwie niepowtarzalny smak, podkręcony nutką skórki z pomarańczy”. Ponadto, pączek wypełniony został aksamitnym, muślinowym kremem na bazie włoskiego mascarpone. To najdroższy tego rodzaju wypiek w Polsce. Kosztował 100 złotych za sztukę. Każdy ważył 300 gramów, czyli był trzykrotnie większy od zwykłego pączka. Ich ilość była jednak limitowana. Szczęśliwcy, którzy mieli okazję posmakować tego wyrobu będą chyba latami zanudzać wszystkich dookoła opowieściami o tym wydarzeniu. W stolicy Pomorza Zachodniego wytwarzane są także bardzo oryginalne pączki. Trudni się tym jeden z doktorantów Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego. Lubi eksperymentować w kuchni i zna się na tym. Przygotował więc pączki m.in. z wątróbką (przepis staropolski), kalafiorem i szpinakiem z pistacjami. Brakuje już chyba tylko pączków z paprykarzem, pasztetową, kiszonym śledziem, burakami i pasternakiem. Zresztą fantazja ludzka jest niezmierzona. Wepchną do tego pączka w zasadzie wszystko co się da wcisnąć żeby zadziwić świat, zdobyć lajki na Facebooku lub żeby autora tego dzieła pokazano w TV. Albo wepchną w siebie kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt sztuk drożdżowych kulek z farszem na słodko i obnoszą się potem z tym przez cały dzień. Że niby rekordziści, mają moc i żadna ilość pączków nie jest im straszna. Ale czasami taki pączek może pokazać swoje inne oblicze, mało słodkie. Bo jak pisał znany polski poeta Władysław Broniewski: „w Tłusty Czwartek się swawoli, później czasem brzuszek boli”. I pączkowe szaleństwo może się skończyć wizytą u gastrologa, a w najlżejszym wypadku hektolitrami mięty lub kilogramami stoperanu. Ta nasza tradycja aż się prosi o jakiś filmowy horror pt. „Tłusty Czwartek” w którym np. jakiś oszalały z miłości, ale odtrącony przez kobietę marzeń piekarz – cukiernik postanawia zemścić się na niej i na całym świecie za swą krzywdę oraz zranione uczucie. Postanawia więc w tłusty czwartek wszystkie wyprodukowane przez swój zakład pączki nafaszerować arszenikiem skrytym w przeróżnych nadzieniach. Piekarnia jest bardzo popularna w mieście, pączki z niej są uznawane za najlepsze. Nic więc dziwnego, że od rana ustawia się przed cukiernią bardzo długa kolejka chętnych ogarniętych pączkowym szaleństwem. Pączki schodzą jak świeże bułki i równie szybko trup ściele się gęsto. tłusty czwartek zamienia się Trujący Czwartek. Amatorzy celebracji tego święta łasuchów żegnają się z żywotem w bolesnych konwulsjach w biurach, zakładach pracy, domach, SOR-ach i na ulicach, a mściwy cukiernik zaciera ręce z radości patrząc jak wypełnia się jego zemsta. Finału nie będę spojlerował, bo jest wiele możliwości zakończenia tego horroru. Jedno jest pewne – happy endu nie będzie. To może być także ulubiony film dietetyków, którzy od lat bezsilnie próbują namówić Polaków do zmiany kulinarnych przyzwyczajeń, a zwłaszcza zredukowania ilości pochłanianych cukrów w różnych postaciach. A takie realistyczne pokazanie w filmie co się może stać w wyniku spożycia nadmiernej ilości pączków (nieważne, że wypełnionych zatrutym nadzieniem) może mocno wpłynąć na decyzje chociaż niektórych z konsumentów o porzuceniu tego zgubnego nawyku. Bo jemy tych pączków w tłusty czwartek jak zwariowani, jakbyśmy nigdy tego ciasta na oczy nie widzieli, albo ktoś nam je zabrał kilka lat temu i teraz łaskawie pozwolił raz do roku najeść się nimi do woli. Ta słodka tradycja stała się tematem nawet bardzo poważnych opracowań przygotowywanych przez bardzo ważne instytucje np. finansowe. Kilka dni temu ukazał się specjalny raport sporządzony przez jeden z banków, który poświęcony został właśnie pączkom. Cóż w nim znajdziemy? Otóż według wyliczeń analityków tej instytucji w tłusty czwartek statystycznie zjadamy dwa i pół pączka, co przekłada się na blisko sto milionów zjedzonych ciastek lub trzydzieści cztery miliardy pochłoniętych kilokalorii w skali całego kraju. Do przygotowania takiej ilości pączków wykorzystanie zostanie łącznie 2,5 tys. ton mąki pszennej, po ok. 500 ton cukru i masła, 1,3 mln litrów mleka oraz 25 mln sztuk jaj. Aż dziw, że nam te pączki w gardle nie stanęły.





